(Bez)wartościowa 

  • 28.03.2020, 17:06
  • Kamil Tysa
(Bez)wartościowa
Za ten tekst Kamil Tysa otrzymał nominację w ogólnopolskim konkursie SGL LOCAL PRESS 2019 (kategoria wywiad). Dziś pierwszy raz na tuOlawa.pl publikujemy ten materiał w całości

Była dzieckiem alkoholiczki, matką alkoholiczką i żoną, bitą przez męża alkoholika. Minęło ćwierć wieku, odkąd przestała pić. To dwadzieścia pięć lat nauki nowego życia, często dużo trudniejszego niż to poprzednie. Z Renatą Sosnowską rozmawia Kamil Tysa


 

Córka

- A jakbym tak zaczął od tezy, że urodziła się pani skazana na alkoholizm?

- Chyba można tak powiedzieć, bo ciągle chodziłam z ojcem do pijalni i spijałam piankę z kufli, które wychylał z kolegami. Pozwalali mi na to, a ja po dziesięciu łykach byłam już pijana. Mogłam mieć wtedy cztery lub pięć lat. Tata brał mnie na ręce, sam był pod wpływem i tak razem wracaliśmy do domu.

- A kiedy pierwszy raz upiła się pani sama?

- Jak miałam osiem lat. Rodzice poszli do pracy, a do moich braci przyszli koledzy i przynieśli jakieś butelki. Wygonili mnie z kuchni, ale w pewnym momencie znalazłam bańkę po mleku. Wsadziłam palec, spróbowałam, wyszłam na zewnątrz i wszystko wypiłam. Dwa i pół litra słodkiego wina. Bracia mnie znaleźli, przynieśli do domu i położyli do łóżka. Potem wrócili rodzice, wciąż byłam nieprzytomna, więc wezwali karetkę. Obudziłam się już w szpitalu. Takie historie się wiele razy powtarzały. Alkohol zawsze bardzo mi smakował.

- W jakim domu się pani wychowała?

- Bardzo biednym, ciągle brakowało nam jedzenia. Miałam sześcioro rodzeństwa, ja urodziłam się przedostatnia, pięć lat po mnie jeszcze siostra. Jako dziewięciolatka pracowałam w polu. Byłam biednie ubrana, przez co wstydziłam się chodzić do szkoły. Mama miała kochanka, który podczas nieobecności taty przychodził do domu. Wtedy zamykali mnie i moją młodszą siostrę w pokoju na klucz. Kiedyś uciekłam i ich nakryłam. Powiedziałam, że wszystko opowiem tacie. Przekupywali mnie, bym tego nie robiła. On jednak nie miał nic do gadania. Robił wszystko to, co chciała mama. Wiedział, że go zdradza i chyba się z tym po prostu godził. Mama była bardzo uzależniona, piła praktycznie cały czas. Tato popijał. Gdy się upił, nie musiał sięgać po kolejną butelkę następnego dnia. Ona musiała i tym się różnili.

- Wstydziła się pani domu?

- Bardzo. Cały czas kłamałam, starałam się ukryć to wszystko, co działo się za zamkniętymi drzwiami. Cieszyłam się, gdy w szkole wprowadzili mundurki, dzięki którym byłam w stanie zatuszować biedę. Sama sobie na ten fartuszek zarobiłam i nie odróżniałam się od innych dzieci. Gdy zaczynała się przerwa na śniadanie, zamykałam się w toalecie, żeby nikt nie zobaczył, że tego śniadania nie mam. Przez pewien czas się udawało.

- Szybko musiała pani dojrzeć, bo praca w polu to nie wszystko. W czwartej klasie podstawówki zarabiała pani w piekarni.

- Tak, chodziłam na nocki i byłam całkiem szczęśliwa. Dostałam pieniądze, mogłam przynieść do domu chleb, coś do chleba i jeszcze zostało parę groszy. Marzyłam o tym, żeby kupić sobie zeszyt i przybory szkolne. Nagle mogłam to zrobić. Nie chciałam już chodzić głodna, więc potrzebowałam tej pracy. Problem polegał na tym, że pracując na nocce, odsypiałam potem na lekcjach. I nauczyciele szybko się zorientowali, że coś jest nie tak. Przyszli do domu porozmawiać z moimi rodzicami i zastali mamę totalnie pijaną...

- W konsekwencji trafiła pani do domu dziecka?

- Jeszcze wtedy dali mamie szansę. Prosili, by poszła na leczenie, by wzięła się w garść, ale ona bagatelizowała problem. Powtarzała, że nic złego się nie dzieje, mąż pracuje, a dzieci mają wszystko, czego potrzebują. Szybko jednak tę szansę zaprzepaściła. Byłam w szkole, dyrektorka wezwała mnie do sekretariatu i powiedziała, że mam czekać na siostrę. Wytłumaczyła nam, że ze względu na sytuację rodzinną ktoś inny musi się nami zaopiekować. W trakcie długiej przerwy przyjechała policja. Powiedziałam, że pilnie potrzebuję do ubikacji, zamknęłam się tam i nie chciałam wyjść. Może gdyby funkcjonariusze nie zabierali nas na oczach wszystkich innych dzieci, łatwiej byłoby zaakceptować tę sytuację. Ale ja robiłam wszystko, żeby zostać. Wolałam chodzić głodna, niż mieszkać w domu dziecka. Obiecywałam, że będę ciężko pracować, przekonywałam, że młodszej siostrze nigdy niczego nie zabraknie. To oczywiście nie pomogło. Wsadzili nas do nyski, ale się nie poddałam. Cały czas kombinowałam, jak uciec. Wybłagałam, żebyśmy podjechali jeszcze na chwilę do domu. Matka leżała pijana. Płakała, że zabierają jej kochane córeczki, ale nie zrobiła nic, żebyśmy zostały. Poszłam do pokoju i uciekłam po piorunochronie.

- Nieskutecznie.

- Zgadza się, najpierw trafiłam do pogotowia opiekuńczego, gdzie jeden z pedagogów poniżał mnie, bo jestem leworęczna. Czułam się jak w więzieniu. Doceniałam to, że siostra jest razem ze mną, że nie chodzi głodna. Wciąż jednak chciałam do domu...

- Więc ciągle pani uciekała?

- I z pogotowia opiekuńczego i potem też z domu dziecka. Mając ojca i matkę nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego nie jestem z nimi. Mogłam nic nie jeść, żyć w najgorszej biedzie, ale chciałam być z rodziną.

- Była szansa na adopcję?

- Raz przed świętami Bożego Narodzenia dyrektorka zawołała do gabinetu moją siostrę. Przyjechało małżeństwo i chciało ją zabrać do siebie na święta. To miały być takie przymiarki przed ewentualną adopcją. Pojechała z nimi, a ja dostałam szału. W tym samym czasie ona zaczęła płakać, bo mnie z nią nie było. W Wigilię przyjechali więc też po mnie. Wcześniej nie mieli pojęcia, że Jola ma siostrę. Dyrektorka im nie powiedziała, bo byłam konfliktowa, uciekałam, popijałam alkohol. Pojechałam z nimi na te święta. Mieli niesamowity, wielki dom, nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam. Dostałam prezent i powiedziałam, że muszę się przewietrzyć. Wyszłam na zewnątrz i uciekłam do rodziców.

- Jak zareagowali?

- Bałam się, że mama mnie wyrzuci za drzwi, więc kupiłam jej czerwone wino. Była oczywiście potwornie pijana, ale wzięła ode mnie butelkę i powiedziała, że teraz mogę sobie iść. Tłumaczyłam jej, że nie mam dokąd, że uciekłam z domu dziecka, że Jola jest u rodziny zastępczej. Groziłam, że się zabiję, ale to jej nie ruszało. Pobiegłam na strych i próbowałam się powiesić. Tato wybiegł za mną i w ostatniej chwili mnie uratował. Zabrano mnie z powrotem do domu dziecka. Zrozumiałam, że mam młodszą siostrę, powinnam być przy niej i samobójstwo nie jest rozwiązaniem problemów. Wtedy jednak jeszcze mocniej poszłam w alkohol.

- W domu dziecka pewnie trzeba było kombinować, żeby pić?

- Uciekaliśmy po piorunochronach, wychodziliśmy na dyskoteki i na dancingi. Byłam dziewczyną przy kości, więc nikt by nie powiedział, że ja mam 14 czy 15 lat. Podobało mi się takie życie. Alkohol dodawał mi pewności siebie, czułam, że pijana jestem w stanie komuś zaimponować, nabierałam odwagi. Potem wracałam, strasznie śmierdziałam, wychowawcy to czuli, ale niczym się nie przejmowałam.

- Dzieci alkoholików często czują się niedowartościowane, bo w domu zawsze były mniej istotne niż wódka. Pani też tak miała?

- Oczywiście, że tak. Brak przytulania, brak czułości, brak miłości - to wszystko przekłada się na problemy z funkcjonowaniem w społeczeństwie. Wtedy pomaga alkohol, bo nagle sprawia, że puszczają hamulce. Teraz to wiem, ale wtedy nie byłam świadoma, że mam jakikolwiek problem. Nie wiedziałam, jak bardzo się niszczę. Piłam, bo to sprawiało mi radość. Mogłam wszystko. Trzeźwa nie potrafiłam rozmawiać z ludźmi, czułam niemoc przy każdej podstawowej czynności, byłam agresywna, wulgarna, nie dało się ze mną wytrzymać.

- Kiedy pani wyszła z domu dziecka?

- Uciekłam pod koniec pierwszej klasy szkoły zawodowej. Miałam skończone szesnaście lat. Wszystkie nakazy i zakazy były już dla mnie nie do wytrzymania. Mówiłam wprost, że jak mnie nie wypuszczą, to ucieknę. Rodzice nie odwiedzili mnie ani razu, więc wiedziałam, że mnie nie chcą i nic na to nie mogłam poradzić.

- O czym myśli dorastające, niechciane dziecko alkoholika?

- O tym, by nigdy nie stworzyć takiej rodziny, jaką się miało. Cały czas byłam przekonana, że tego nie zrobię. Jednocześnie już jako nastolatka byłam uzależniona.

- Mama powiedziała kiedyś „przepraszam”?

- Nigdy. Raz, jak byłam w ciąży z przedostatnim dzieckiem, przyszłam do niej z butelką wódki. Ona zachorowała i od jakiegoś czasu nie piła. Powiedziała mi, że powinnam się zastanowić, co robię, bo jestem w ciąży z czwartym dzieckiem. Odpowiedziałam jej, że po kimś to musiałam odziedziczyć, więc nie powinna mi mówić, co mam robić. Zaczęła płakać i prosiła, żebym się opamiętała. Gdy umierała, w szpitalu przytuliła mnie pierwszy raz w życiu. Z biegiem czasu myślę, że sama nic dobrego z domu rodzinnego nie wyniosła. Inne dzieci brała jednak na kolana i przytulała, a mnie nigdy. Czułam się niechciana, nielubiana i niepotrzebna.

- Wybaczyła jej pani?

- Tak i dziś czuję dużą ulgę.

Kamil Tysa

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (2)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Serwis internetowy tuolawa.pl z siedzibą w Oławie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
Aa
Aa 28.03.2020, 21:27
Niej da się tego czytać przez te reklamy!!!
Janek
Janek 29.03.2020, 08:31
Dostajesz taki tekst za darmo i jeszcze Ci reklamy przeszkadzają... A z czego ma się portal utrzymywać jak nie z reklam??

Brawo Reniu jesteś wielka!

Pozostałe