Po obiedzie hrabia zapraszał czasem Ottona i mnie na partię bilarda. Graliśmy w sklepionej komnacie, gdzie podawano też mokkę. Hrabia grał znakomicie. Otto był od niego nawet nieco lepszy. Ja zaś grałem bardzo nieudolnie i - przy stole bilardowym, podobnie jak podczas całego mojego pobytu w tym domu - stawałem się coraz bardziej niepewny, mając świadomość własnej niższości.
- Pan daje mi fory - mówił hrabia, gdy wykonałem szczególnie nieudane uderzenie.
Przy stole hrabia prowadził rozmowę, o ile nie było gości. Mówił zawsze błyskotliwie, potoczyście, często z ukrytym sarkazmem.
- "Liczne śmiechy fal" - powiedział kiedyś. - Czy to nie brzmi po niemiecku niemal tak pięknie jak po grecku?
Był bowiem gorącym wielbicielem Hellenów.
- Nie chciałby pan czegoś wydać? - zapytał mnie. - Na przykład listów Scharnhorsta [Gerhard von Scharnhorst (1755-1813), pruski generał - KR]?
Na początek powierzył mi uporządkowanie listów i akt z zachowanego archiwum feldmarszałka Kalckreutha [Friedrich Adolf hrabia von Kalckreuth (1737-1818)]. Była to interesująca praca: prywatne listy wielkiego księcia Sachsen-Weimar-Eisenach do szambelana, profesora Stanislausa hrabiego Kalckreutha [1820-1894), a także korespondencja Ernsta von Sachsen-Meiningen [1859-1941]. Akta z dawnych czasów, z odręcznymi notatkami ludzi znanych.

Tu mieściła się kiedyś słynna biblioteka (stan z 2025 roku) - miejsce pałacowej pracy Joachima Ringelnatza (fot. K. Ruchniewicz)
Hrabia zaprosił mnie na kolację. Nie miałem odwagi powiedzieć, że jadłem już kolację w Villa-Gräfin [osobna rezydencja należąca do dóbr - KR], u damy w żałobie, powszechnie lubianej z racji jej dobrego serca [prawdopodobnie chodzi o Helene York von Wartenburg z d. Kalkreuth (1852-1925) - KR]. Była ona siostrą malarza Leopolda von Kalckreutha [1855–1928].
Pracowałem pilnie, lecz brak głębszej wiedzy historycznej i językowej coraz bardziej dawał mi się we znaki. Starałem się możliwie nie wystawiać na kompromitację wobec inteligentnych dorosłych i - co gorsza - wobec jeszcze inteligentniejszych dzieci. W dodatku często brakowało mi pieniędzy, ponieważ to, co zarabiałem pisaniem, nie wystarczało.
Dzieci
Dzieci obudziły mnie poranną serenadą. Przyniosły gałązki jodły ozdobione kolorowym papierem i zaśpiewały starą pieśń żebraczą. Dałem im czekoladki. Dwaj synowie hrabiego, Brüder i Peter, mieli na sobie mundury piechoty i jeździli na kucach. Spotkałem ich za parkiem. Dla zabawy uciekałem przed nimi, a oni próbowali mnie stratować swoimi rumakami. Byli to sympatyczni chłopcy. Starszy, Brüder, bywał porywczy. Peter był szczególnie zabawny.
Nocami siedziałem jeszcze długo z hrabiowskim stenografem Albrechtem i sekretarzem Paulem Neugebauerem nad nudną pracą dotyczącą projektu ustawy o lokowaniu funduszy kas oszczędnościowych w papierach na okaziciela [ówczesna forma inwestowania kapitału publicznego - KR].
Do pałacu przyjechała z wizytą ochmistrzyni [wysoki urząd dworski - KR] następnej w kolejności księżnej koronnej [żony następcy tronu - KR], pani von Alvensleben .
Zrezygnowałem z oświetlenia mojego korytarza. Gdy ktoś przychodził do mnie po książkę albo jakąś informację, często powtarzała się ta sama scenka: kroki zbliżały się zdecydowanie, potem stawały się coraz mniej pewne, aż wreszcie następowało zderzenie i głośne przekleństwo:
- Ten przeklęty Wolter!
Spośród dzieci najbardziej lubiłem Daję [Davida (1900-1989)]. W jej wypracowaniu znalazłem zdanie: "Ukąszenie żmii zabija człowieka, ale jeżowi nic nie robi". Daja przynosiła mi tulipany od ogrodnika. Zbudowałem i podarowałem jej "Wesołego konia" [zabawkę własnej konstrukcji - KR].
Każdego ranka coś nowego się zazieleniało. Jasne pasma łąk pokrywały się kolorowymi plamami krokusów.
Neugebauer potrafił wpadać w gwałtowne napady gniewu. W domu rzucał wtedy przedmiotami - talerzami, łyżkami i czym popadnie. Jego żona miała umiejętność chwytania ich w locie. W rezultacie wybuchy złości przybierały u nich formę popisu zręcznościowego i kończyły się bez większych szkód.
Moja praca była bardzo interesująca. Porządkowałem spuściznę Wilhelma Diltheya [1833–1911, niemiecki filozof, teolog, pedagog i historyk - KR]. Do mych rąk trafiały rzadkie ilustracje i czasopisma. Przeglądałem ozdobne dekrety, patenty i dokumenty z odręcznymi dopiskami znanych osób, dedykacje drukowane na jedwabiu. Natomiast woźnica przyszedł do mnie z prośbą o książkę z weterynarii.

Oryginalne szafki biblioteczne przetrwały, ale stoją dziś w innym miejscu niż za czasów von Yorcków (fot. K. Ruchniewicz)
Otto i ja strącaliśmy jemiołę z akacji. [Mieszkanka] Villa-Gräfin zaprosiła mnie na herbatę. Bawiłem się z dziećmi. Miały chyba wszystkie zabawki, jakie istniały. Raz do roku chłopcy musieli w osobnym pokoju odtwarzać bitwę pod Lipskiem przy użyciu ołowianych żołnierzyków - ściśle według szyków, pułków i realiów historycznych [bitwa narodów 1813, w której jednym z dowódców był ich pradziad].
Poczciwy Tietze był mi życzliwy. Często było mi go żal, gdy hrabia przy stole traktował go jak nierozgarniętego chłopca. Tietze opiekował się hrabią jeszcze wtedy, gdy był on dzieckiem.
Otrzymałem od hrabiego pięćdziesiąt marek jako zwrot kosztów podróży. Było to bardzo na czasie.
Püzze była najstarszą z hrabianek, miała trzynaście lat. To ona przyniosła mi słowa piosenki, którą niedawno odśpiewano mi pod oknem jako serenadę.
Czerwony strój,
zielona, piękna lipa,
Szukajmy, szukajmy
- gdzie coś się trafi.
Chodźmy do zielonego lasu,
Tam śpiewają ptaki, młode i stare,
Tam splatają się głosy:
Pani gospodyni, czy jesteś w domu?
Jeśli jesteś - wyjdź do nas,
Wynieś nam napiwek.
Nie możemy długo stać,
Musimy iść dalej.
Czerwone róże, czerwone,
Na jednej łodydze kwitną;
Pan jest piękny, pan jest piękny,
A pani jak anioł.
Pan nosi wysoką czapkę,
Pełną złotych dukatów.
Na pewno się namyśli,
By na lato coś nam ofiarować.
Złoty łańcuch oplata dom,
Piękna pani gospodyni
Chodzi tam i z powrotem.
Ma biały czepiec,
Piękna jest jak gołębica.
Białe rybki, białe,
Pływają w stawie.
Pan jest piękny, pan jest piękny,
A pani jak trup.
Na pewno się namyślą,
By na lato coś nam ofiarować.
Z młodszymi dziećmi żartowałem na różne sposoby. Były tak rozpieszczone, że interesował je wyłącznie to, co nowe - i to tylko tak długo, jak długo pozostawało nowe. Hrabianka Daja wręczyła mi potajemnie paczuszkę z fiołkami. Mimo wszystko wyczuwałem gdzieś obecność wdzięcznych dziecięcych duszyczek, niebezpiecznie zasypywanych nadmiarem form, wiedzy i ambicji dorosłych.
Stałem w bibliotece w fartuchu roboczym i przeglądałem pierwszy numer Morgenblatt für gebildete Stände [czasopismo literackie i kulturalne epoki klasycyzmu i romantyzmu, wydawane od 1807 roku – KR], w którym znalazłem błyskotliwy wstęp Jeana Paula [1763–1825, jeden z prekursorów romantyzmu w literaturze niemieckiej]. Dołączył do mnie Otto, by poskarżyć się na swój los. Był z Brüderem i Hansem Dannenbergiem w Ohlau [Oława], gdzie chłopcy zdawali egzamin. Obydwaj oblali - ku wielkiemu zmartwieniu hrabiny. Sam hrabia przebywał w tym czasie poza domem.

Pomieszczenia w pałacu - stan z 2025 roku (fot. K. Ruchniewicz)
Püzze zaprosiła pannę Pönitz, Ottona i mnie na kawę. Dla dzieci zbudowano osobny, dwupiętrowy domek, zwany Schwäbische Hütte [pawilon dziecięcy przeznaczony do nauki i zabawy - KR]. Na dole mieściła się w pełni wyposażona kuchnia dziecięca - sprzęty w mniejszej skali, lecz funkcjonalne. Dzieci gotowały nam tam czasem posiłki. Ich zabawy były na ogół zawsze przemyślane i ściśle związane z nauką.
Przechwyciłem depeszę od Daji do Hansa Dannenberga: "Słyszałam o waszej flocie i słyszałam, że generał Tulubu pokonał piratów morskich, i cieszę się, że tak dobrze sobie z tym radzi. Z pozdrowieniami, Friedrich I.R.".
Przeczytałem dzieciom Gospodę w Spessarcie [nowela Wilhelma Hauffa (1802–1827)] i zabawiałem je sztuczkami magicznymi.
Wieczorem grałem z rachmistrzem w szachy. Miał obsesję na punkcie zdrowia, ćwiczył nago, jadł według rygorystycznych zasad dietetycznych i mówił niemal wyłącznie o swoim stanie fizycznym. Z księgi kucharskiej Apicjusza [autor rzymski, I w. n.e. - KR], którą mu pożyczyłem, nie potrafił jednak zrobić żadnego użytku.
Jedna z członkiń hrabiowskiej rodziny obchodziła urodziny. Peter kupił jej ze swojego kieszonkowego broszkę za dwadzieścia fenigów. Chodził po całym zamku i pytał każdego:
- Podoba ci się?
Zwolniono Ottona. Poprzedniej nocy, kompletnie pijany, potknął się i zahaczył o miedzioryt. Nowy nauczyciel domowy, pan Rommel, był młodym, ale statecznym człowiekiem. Oprowadziłem go po zamku, parku i wielkich stajniach.
Krowy
Miały imiona zaczynające się - zależnie od rocznika - od tej samej litery, na przykład "M": Mirabeau, Marc Aurel, Molière, Miltiades. Buhaje otrzymywały imiona greckich rozpustników: Alkibiades, Dikaiopolis, Alkmaion.
- Co robi Penelope? - zapytał hrabia dojarkę.
- Co? Kto? - odpowiedziała.
- Co robi Penelope? - powtórzył hrabia.
Dopiero inspektor wyjaśnił jej, że chodzi o chorą krowę.
- Aaa... ta Łaciata? Już jej lepiej.
Przyznajecie się?
Ponieważ hrabia był wójtem gminy, osobiście - a pod jego nieobecność sekretarz Neugebauer - prowadził od czasu do czasu drobne rozprawy sądowe [jurysdykcja patrymonialna: prawo pana dóbr do sądzenia ludności zależnej - KR]. Przy jednej z nich byłem obecny. Dwaj wiejscy chłopcy wepchnęli sowę do zegara wieżowego, uszkadzając zapewne i zegar, i ptaka.
- Przyznajecie się?
- Nie, to nie my.
Neugebauer rozkręcił prasę do kopiowania.
- Włóżcie tu ręce.
Dokręcił śrubę tak, że palce chłopców zostały lekko ściśnięte.
- Przyznajecie się?
- Nie, to nie my.
Neugebauer dokręcił mocniej.
- Tak, przyznajemy się, to my.
- Dobrze. Wolicie ciupę czy dwadzieścia pięć razów na tyłek?
- Dwadzieścia pięć! - krzyknęli chórem.
Wyrok wykonano natychmiast.
Cdn.
tłumaczenie i opracowanie: Krzysztof Ruchniewicz
*
Ze wspomnień Joachima Ringelnatza pt. Mein Leben bis zum Kriege [Zürich 1994, S. 275-299, http://www.zeno.org/Literatur/M/Ringelnatz,+Joachim/Autobiographisches/Mein+Leben+bis+zum+Kriege/Klein-Oels]







Napisz komentarz
Komentarze