Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
sobota, 4 kwietnia 2026 05:42
ZOBACZ:
Reklama
Reklama Jaśnikowski
Reklama Michał Rado
Reklama BMM

Pałac w Oleśnicy Małej. Opowieść sprzed 100 lat (3)

Ze wspomnień Joachima Ringelnatza
Pałac w Oleśnicy Małej. Opowieść sprzed 100 lat (3)
Pałac w Oleśnicy Małej. Ze wspomnień Joachima Ringelnatza
Podziel się
Oceń

Do moich obowiązków należało także przeglądanie katalogów antykwarycznych, które regularnie napływały do pałacu. Zaznaczałem pozycje, które należało polecić hrabiemu do zakupu, bo uzupełniłyby zbiory. Jedna z pobliskich bibliotek, zwana Ressource [czytelnia -stowarzyszenie mieszczańskie - KR], była właśnie likwidowana. Zaproponowano hrabiemu zakup całego księgozbioru w pakiecie. Oburzył się - nie był handlarzem książkami, lecz kolekcjonerem. Wybrał więc tylko najcenniejsze egzemplarze.

Siedzieliśmy nad tym do późnej nocy. Biblioteka kryła nieprzeliczone skarby bibliofilskie. Po dokonaniu wyboru przez hrabiego Neugebauer nabył wiele pozycji dla siebie, a z pozostałych ja kupiłem około tysiąca tomów, które wysłałem w skrzyniach do München [Monachium]. Podarowałem swemu ojcu [Georg Bötticher,1849-1918, rysownik i literat] sporo literatury francuskiej. Nie powodziło się mu finansowo. Pisanie przynosiło tylko niewielki dochód. Posiadał jednak ogromną wiedzę i spędzał codziennie długie godziny na czytaniu. Na wędrownych straganach bukinistów wyszukiwał w stosach tandety wartościowe egzemplarze: rzadkie dysertacje i zapomniane druki. Czyścił je, odnawiał fachowo, podklejał i oferował muzealnikom lub wyspecjalizowanym kolekcjonerom. Działał uczciwie i bez rozgłosu, dlatego zawsze znajdował nabywców.

Pocztówka z wizerunkiem pałacu - początek XX wieku

 

 

Strumień starej literatury francuskiej, który nagle zalał jego mieszkanie, początkowo go przeraził. Pisał niemal z wyrzutem, że nie wie, gdzie ustawić tyle książek. Wkrótce jednak cieszył się z pięknych pierwodruków i innych rarytasów, dziękując mi z prawdziwym entuzjazmem.

Dla żartu ukryłem kilka szczególnie cennych książek hrabiego, a na ich miejsce wstawiłem niezbyt cenne egzemplarze z własnego zbioru. Gdy potem grałem z hrabią i Rommlem w bilard, powiedziałem nagle:

- Co to za stary muzealny rupieć. Takie tomiszcza należałoby porwać na strzępy.

Wyciągnąłem dwie swoje książki i rozdarłem je demonstracyjnie. Hrabia i Rommel zamarli. Nie kazałem im jednak długo czekać na wyjaśnienia.

Hrabia zabrał mnie w podróż inspekcyjną po swoich majątkach. Jechaliśmy powozem przez pola, a inspektorzy dóbr towarzyszyli nam konno, zdając relację.

- Dzień dobry, mój synu.

- Dzień dobry, moja córko.

- Koniczyna rzadka.

- Dlaczego nie dosialiście?

- To ubytki przez myszy.

- To musi zniknąć, żadnych niekompletnych zbiorów.

- Ilu Polaków tu macie? [robotnicy sezonowi przybywający z ziem polskich - KR]

Zające i bażanty przebiegły nam drogę. Nagle hrabia sięgnął po strzelbę i zastrzelił psa.

- Nie wolno włóczyć się po polach.

Hrabia był przesądny.

Ceniłem Yorcka za wiedzę i pracowitość. Gdyby okazywał więcej serca, mógłbym być jego młodym przyjacielem.

Hrabia Hasso, kuzyn hrabiego Yorcka, przyjechał z wizytą. Chodziłem z leśniczym Rudim na polowanie na króliki. Mieliśmy z sobą fretkę i psa myśliwskiego. Z dużej odległości zastrzeliłem sowę.

 

W paru miejscach pałacu do dziś można znaleźć oryginalne meble, być może nawet pamiętające wizytę Joachima Ringelnatza 

(fot. K. Ruchniewicz)

Wydawano uroczyste obiady dla gości. Sytuacja stawała się wówczas dość przykra dla pana Rommla, panny Timm i dla mnie - czyli dla tzw. Unterhaus [niższy personel intelektualny: nauczyciele domowi, bibliotekarz, wychowawcy - KR].

Gra w krokieta w ogrodzie. Przejażdżki bryczką zaprzężoną w kuce. Spokojne godziny u rachmistrzostwa, w ogrodzie między białą tarniną a ciemną zielenią świerków. Z czasem zauważyłem, że nie wszystko było idealne. Jak to zwykle bywa. Między panną Timm a mną z pierwotnej, ostentacyjnej antypatii zaczęła się wyłaniać sympatia.

Hrabia zaprosił mnie na kolejną myśliwską przejażdżkę. Był w dobrym nastroju i oznajmił mi przy tej okazji, że odtąd będzie mi wypłacał stałe miesięczne wynagrodzenie w wysokości pięćdziesięciu marek. W trakcie rozmowy strzelił nagle tuż obok mnie do zwierzyny.

Grywałem na mandolinie w Zielonym Korytarzu [w pałacu - KR], gdzie akustyka była dla mnie dość łaskawa. Dwie jaskółki zaprotestowały jednak, zanieczyszczając instrument. Uznałem to za wyraźny głos sprzeciwu i zaprzestałem dalszych występów.

Pani Dannenberg troszczyła się o mnie, jak tylko mogła.

Teatr

Z okazji urodzin hrabiny dzieci wystawiły przedstawienie teatralne: Künstlers Erdenwallen i Künstlers Apotheose ["Wędrówki artysty po ziemi" i "Apoteoza artysty"]. Byłem jego reżyserem. Próby przebiegały z trudem, ponieważ dzieci nie miały ochoty realizować pomysłu hrabiego. Znacznie bardziej interesowało je to, że hrabia nabył automobil.

"A jeśli zechcesz tego młodego człowieka

- jak na to zasługuje - kiedyś wynieść,

to proszę: za jego życia,

dopóki jeszcze potrafi żuć i całować,

daj mu w odpowiedniej chwili to, co konieczne.

Niech radośnie czuje, że Muza go kocha,

gdy lekko i cicho płyną szczęśliwe dni.

Tę cześć, która mnie teraz nawet w niebie smuci,

pozwól mu kiedyś - jak mnie

- lecz z większą radością przeżyć."

 

Dom zapełnił się gośćmi. Przyjechały hrabianki von Kalckreuth wraz z muzykalnym bratem [Johannes (1893-1956), kompozytor i krytyk muzyczny], którego w pałacu zwano Hannekitsch. One oraz ich matka [Bertha z domu Yorck von Wartenburg (1864-1928) - KR], żona malarza Leopolda von Kalckreuth ,1855–1928], były mi prawdziwą osłodą.

Zakwitły jaśmin, róże dzikie i ogrodowe. Park i las pełne były spacerowych alei, cichych miejsc i zarośniętych ścieżek. Stały tam sędziwe drzewa i skupione w ciszy miejsca pochówku z poważnymi inskrypcjami. Przed słomianą chatką w zaniedbanym zakątku między niebieskawą trawą a dzikim makiem stał sobie osioł o imieniu Faserkinn.

 

Wnętrza pałacowe - widok współczesny (fot. K. Ruchniewicz)

 

Wieczorami chodziłem do gospody Kirzla we wsi. O północy rzeźnik zapytał stałych bywalców, czy za godzinę chcą jeść Wellfleisch. Woda już się grzała, a świnia czekała na swój los.

Hrabia zadawał przy stole pytania nie tylko dzieciom, lecz także pannie Timm, Rommlowi i mnie. Miały one charakter sprawdzianu wiedzy i z czasem coraz bardziej nas drażniły. Gdy także graf Hasso zaczął naśladować kuzyna, dawaliśmy wyraz niezadowoleniu, wycofując się po obowiązkowym ucałowaniu dłoni.

W salonie stały pomarańczowe meble pluszowe i osobliwy fotel w kształcie litery "S". Tam zbierano się na posiłki i przyjęcia. Od tej pory my troje z Unterhaus trzymaliśmy się możliwie na uboczu.

 

Wiewiórka

 

Między panną Timm a mną rozwijała się stopniowo serdeczna przyjaźń. Odwiedzaliśmy się nocą - albo ona mnie, albo ja ją. Jej pokój leżał bardzo daleko, za szeregiem pokoi gościnnych, i za każdym razem musiałem pokonywać długą trasę korytarzem, szybko i bezszelestnie, poruszając się niemal na czworakach, by dotrzeć niezauważonym do jej drzwi. Otwierały się one natychmiast na umówione skrobanie. Potem siedzieliśmy długo razem i mówiliśmy o sprawach dobrych i pięknych.

Panna Timm miała pokój starannie urządzony i zawsze czekały w nim na mnie owoce. Gdy ona przychodziła do mnie, również przynosiła niespodzianki - na przykład ogonek wiewiórki. Od tego czasu nazywałem ją Wiewiórką. Przychodziła o ustalonej godzinie, a moje serce biło razem z jej sercem, aż zamykałem za nią drzwi.

Lampę zakrywałem niebieską chustą. Stała też butelka wina mszalnego od pastora. Czytałem Wiewiórce moje opowiadanie Das Gute [opowiadanie "To, co dobre", po raz pierwszy ukazało się w czasopiśmie "März" 1912 roku], a potem snuliśmy rozmowy pełne uniesienia. Była stanowczą, a zarazem niezawodną, rozsądną i bardzo sumienną dziewczyną. Była już wcześniej nauczycielką domową w innych wielkich domach arystokratycznych; jej ubiór i maniery były stonowane i nienaganne. Przede wszystkim jednak miała wrażliwe serce. Jakże pięknie potrafiła się śmiać - wtedy ukazywał się rząd drobnych, perłowych ząbków.

Musiałem opowiadać jej o swoim życiu - coraz więcej i coraz szczegółowiej. Wyobrażaliśmy sobie, jak będziemy drażnić grubego poczmistrza i strażnika, powierzając im jakieś szczególnie zawiłe i skomplikowane zlecenie. Śmialiśmy się przy tym co rusz. Wymyślaliśmy tajne słowa i hasła. Tresowaliśmy malutkiego hrabicza Hänsiego [Hans (1909-1939)], by najpierw mówił "Ä bebeh", zanim włożyliśmy mu do ust truskawkę. Wiewiórka opowiadała mi o swoim bracie i o swojej wzruszająco dobrej matce, która jako recytatorka jeździła po kraju i wyrzekała się wielu wygód, by jej dzieci miały zapewnione spokojne i bezpieczne życie. Matka i córka kochały się głęboko - chwilami, jak mi się zdawało, aż nazbyt intensywnie.

Znów bawiono się w teatr. Podczas prób wszystkie hrabiny i inne arystokratyczne damy wtrącały się bez przerwy. Rommel i ja wybraliśmy się z dwiema szwedzkimi pokojówkami, A. i N., na wycieczkę do lasu. Innym razem zderzyliśmy się w Zielonym Korytarzu [w pałacu], gdy każdy z nas potajemnie oliwił inne drzwi [metafora schadzki - KR].

Do zamku przybyła wychowawczyni Dürchen Moll. Dzieci przyjęły ją z entuzjazmem, Rommel, Wiewiórka i ja - z rezerwą, gdyż jej popularność od razu wzbudziła naszą czujność. Była już wcześniej w tym domu i pracowała przy katalogu biblioteki. Hrabia wysoko cenił jej inteligencję.

Wieczorem czekałem nad stawem feldmarszałka [staw parku - KR] z latarnią osłoniętą blendą, by zaskoczyć Wiewiórkę. W wodzie rozgrywały się drobne dramaty zwierząt. Czerwone ryby przecinały rzęsę i krążyły wokół nenufarów.

Odbyło się wielkie przyjęcie. Stół przystrojono różami, damy wystąpiły w eleganckich toaletach. Wiewiórka była ubrana na czerwono, z krągłymi ramionami. Nocą w parku unosiła się duszna zmysłowość. Cienie przemykały, a umówiony sygnał koguci rozlegał się wśród drzew. Park był pełen czaru. O zmierzchu setki świetlików unosiły się w powietrzu niczym gwiazdy krążące po przecinających się orbitach. W tej scenerii dzieci wystawiły pewnego dnia Sen nocy letniej Williama Shakespeare`a.

Czytałem tak dużo, że oczy czasami odmawiały mi posłuszeństwa.

 

Cdn. 

tłumaczenie i opracowanie: Krzysztof Ruchniewicz

*

Ze wspomnień Joachima Ringelnatza pt. Mein Leben bis zum Kriege [Zürich 1994, S. 275-299, http://www.zeno.org/Literatur/M/Ringelnatz,+Joachim/Autobiographisches/Mein+Leben+bis+zum+Kriege/Klein-Oels].


Napisz komentarz

Komentarze

Redaktor 18.02.2026 07:47
A tym czasem na wp.pl artykuł...: "Niebezpieczne związki: polski historyk i przyjaciel Grupy Wagnera. Kulisy odwołania szefa Instytutu Pileckiego"

ZASTRZEŻENIE PODMIOTU UPRAWNIONEGO DOTYCZĄCE EKSPLORACJI TEKSTU I DANYCH

Dokonywanie zwielokrotnień w celu eksploracji tekstu i danych, w tym systematyczne pobieranie treści, danych lub informacji ze strony internetowej tuolawa.pl i publikacji przy użyciu oprogramowania lub innego zautomatyzowanego systemu („screen scraping”/„web scraping”) lub w inny sposób, w szczególności do szkolenia systemów uczenia maszynowego lub sztucznej inteligencji (AI), bez wyraźnej zgody wydawcy - RYZA Sp. z o.o. jest niedozwolone. 

Zastrzeżenie to nie ma zastosowania do sytuacji, w których treści, dane lub informacje są wykorzystywane w celu ułatwienia ich wyszukiwania przez wyszukiwarki internetowe. Szczegółowe informacje na temat zastrzeżenia dostępne są TUTAJ

KOMENTARZE
Autor komentarza: Waldemar RożekTreść komentarza: Rzeczywiście, to był błąd z naszej strony. Uprzedzę naszego grafika w tej sprawie i poproszę o korektę grafiki. Chcę wierzyć, że to nie cytat kłuje w oczy nasze władze, ale właśnie kwestia ochrony insygnia miejskiego. A na przyszłość oczywiście zaproponuję naszej partii stworzenie z tej sprawy postulatu wyborczego zmierzającego do uwolnienia korzystania z insygniów miejskich wszelkim organizacjom działającym w powiecie oławskim i nie tylko pod warunkiem godnego prezentowania symboliki. Wszak to chyba jednak dobrze dla promocji naszego miasta, gdyby nasz herb był powszechnie używany i eksponowany w przestrzeni publicznej. A jak Państwo myślicie?Data dodania komentarza: 3.04.2026, 21:12Źródło komentarza: OŁAWA Na wykorzystanie herbu miasta trzeba mieć zgodęAutor komentarza: WysokaTreść komentarza: Jest wykorzystywane mienie publiczne, zobaczymy jakieś rozliczenie finansowe tej szopki?Data dodania komentarza: 3.04.2026, 20:38Źródło komentarza: Oławska Niedziela - każda taka akcja to kolejne przebadane osobyAutor komentarza: cześTreść komentarza: Jeszcze zróbcie imienia tego cudotwórcy domańskiego z otoku :DData dodania komentarza: 3.04.2026, 19:17Źródło komentarza: OŁAWA Mamy Rondo Klementyny... Pomysł dobry, ale mieszkańcy też powinni mieć głosAutor komentarza: NataTreść komentarza: Demokracja musi być!!!Data dodania komentarza: 3.04.2026, 15:31Źródło komentarza: OŁAWA Mamy Rondo Klementyny... Pomysł dobry, ale mieszkańcy też powinni mieć głosAutor komentarza: cześTreść komentarza: Zwierzętom chodnik niepotrzebny, a pastwisko tam jestData dodania komentarza: 3.04.2026, 15:12Źródło komentarza: Trzy samorządy złożą się na tę ścieżkę rowerowąAutor komentarza: Szok i nie do wiaryTreść komentarza: Czytając te komentarze, z szoku wyjść nie mogę. Mam zagadkę, wymieńcie choć jedną rzecz, którą zrobiła nasza oławska opozycja. I nie chodzi mi o plucie jadem na innych, ale jeden, choćby malutki projekcik w przeciągu ostatnich 10 lat?Data dodania komentarza: 3.04.2026, 15:11Źródło komentarza: Oławska Niedziela - każda taka akcja to kolejne przebadane osoby
Reklama
NAPISZ DO NAS!

Jeśli masz interesujący temat, który możemy poruszyć lub byłeś(aś) świadkiem ważnego zdarzenia - napisz do nas. Podaj w treści swój adres e-mail lub numer telefonu. Jeżeli formularz Ci nie wystarcza - skontaktuj się z nami.

Reklama
Reklama