Janinę Waszewską znali w Oławie niemal wszyscy. Nikt nie wiedział o niej wiele, ale każdy wiedział, jak wygląda. Nigdy nie odpowiadała na zaczepki. Gdy ktoś rzucił za nią kamieniem albo wyzwiskiem, tylko się uśmiechała i szła dalej. Następnego dnia znów pojawiała się na ulicy – w tym samym płaszczu.
Od młodych lat żyła w świecie wiary i wyrzeczeń. W czasie wojny, jeszcze we Lwowie, postanowiła wstąpić do zakonu. Nie było to jednak możliwe – była za młoda i zbyt biedna, by spełnić zakonne wymagania. Jak twierdziła po latach, zaproponowano jej inną drogę: życie w pokucie i milczeniu.
Wprawdzie chrzestnym był kościelny, a koleżanki nazywały ją kościelną myszką, nie od razu chciała wstąpić do zakonu. Uczyła się, i to całkiem nieźle, w szkole handlowej. Mówili wtedy, że swoim ślicznym uśmiechem będzie przyciągać klientów. Wszystko zmieniło się w czasie drugiej wojny światowej, gdy mieszkała u cioci we Lwowie.
Poznali się w konfesjonale. - Chrzestny nauczył mnie spowiadać się bardzo dokładnie, nie tak piąte przez dziesiąte - mówiła Waszewska.
- To zrobiło na spowiedniku wrażenie. Pytał nawet, co to za dziewczynka tak ładnie mówi, jak na generalnej spowiedzi przed śmiercią.
Ksiądz podpisywał karteczkę. Poznała jego imię. A on jej. Wiedział też, z jakiej jest szkoły. Pewnego dnia zjawił się, by wybrać dziewczynki do pomocy przy malowaniu plakatów.
- Chciał mnie w ten sposób zwabić do siebie - oceniła. - I zwabił. Był księdzem zakonnym. Na imię miał Stanisław.
Przez dwa lata spotykali się wielokrotnie, aż wyjechał na Zachód. Mógł mieć wtedy około czterdziestki. Jańcia miała 15-16 lat: - Wierzył we mnie, dlatego tak strasznie go pokochałam. To były szczęśliwe czasy. Koleżanki mówiły nawet, że jestem jego kochanką. Ale księdza kochać nie wolno. On też mnie kochał, ale nie tak, żeby mnie posiadać, tylko cieszył się, żeby mnie panu Bogu ofiarować. Mówił, że musi zrobić ze mnie świętą. Bo jak miałam osiem lat, podczas pierwszej komunii świętej ofiarowałam się Bogu. “Chcę być twoja, tylko twoja” powiedziałam wtedy w kościele. Potem, gdy byłam już w domu, padłam nieprzytomna na łóżko i usłyszałam odpowiedź: “Będziesz moją, tylko moją”.
*
W 1944 roku, według jej własnych słów, otrzymała włosiennicę – pokutną szatę noszoną bezpośrednio na ciele. Robiono ją z bardzo grubego płótna, przetykanego końskim włosiem dla poprawienia trwałości. Miała ją nosić nieprzerwanie przez 50 lat. Ukrywała ją pod długimi płaszczami, które sama szyła i gromadziła „na zapas”. W domu miała ich kilka: czarne, brązowe, wiśniowe. Wszystkie podobne, wszystkie długie.
– Ludzie nie wiedzieli, dlaczego zawsze tak się ubieram – mówiła po latach. – A ja nie mogłam powiedzieć.
Znana była również z pomocy dzieciom. Przez lata została matką chrzestną ponad stu osób. Chrzciła dzieci z domów dziecka, z biednych rodzin, dzieci, których inni nie chcieli. Chrześniacy przychodzili do niej po pomoc, czasem po radę, czasem po pieniądze. Nigdy nie miała własnej rodziny.
Przełom nastąpił w 2002 roku. Sąsiedzi znaleźli ją w domu nieprzytomną. Po raz pierwszy zobaczono ją bez płaszcza, peruki i chustki. Trafiła do szpitala, a potem do Domu Pomocy Społecznej. Jak przyznała później, właśnie wtedy zdjęła włosiennicę i spaliła ją – uznając, że jej zadanie dobiegło końca.
Ostatnie lata życia spędziła w ciszy, już z dala od ulic, po których przez dziesięciolecia chodziła niemal codziennie. Zmarła 6 kwietnia 2009 roku. Miała 81 lat. Na pogrzebie na starym oławskim cmentarzu pojawił się tylko jeden z jej chrześniaków.
Dla jednych była postacią dziwną, dla innych – kimś, kto żył według własnych zasad i własnej wiary. Dziś Jańcia od włosiennicy pozostaje jedną z tych osób, które na trwałe zapisały się w pamięci miasta – cicho, bez słów, samą obecnością.







Napisz komentarz
Komentarze