Jeździłem na rowerze po okolicy, zrywałem czereśnie z drzew, odbierałem Wiewiórkę i wędrowaliśmy razem po lesie. Dzikie gołębie gruchały; dźwięk przypominał pocieranie kija o kraty albo o szprychy. Wszystko kwitło. Spotkaliśmy mamzelę, która skarżyła się na dzieci. Listonosz przyniósł mi list z Chin od wuja Martina. Koperta była oblepiona rewolucyjnymi znaczkami [w 1912 proklamowano utworzenie Republiki Chińskiej - KR].
Wiewiórka wyjechała na wakacje, przepełniona tęsknotą za matką. Ja również wziąłem dziesięć dni urlopu. Spędziłem je u rodziców, z siostrą, bratową i siostrzenicami. Potem pojechałem do München - do Seelchena i przyjaciół. Następnie spotkałem się z Wiewiórką w Kosen [wł. Bad Kösen, dzielnica uzdrowiskowa Naumburga (Saale) w Niemczech] w hotelu "Zum mutigen Ritter" . Pływaliśmy łodzią po rzece Saale i przeżyliśmy niewielką kłótnię, w której obie strony wykazały się nie lada uporem.
Dama X
Znowu Klein-Oels [Oleśnica Mała]. Spacery, wizyty, zdarzenia, uczty, obiady, kawy. Zakochałem się w pięknej damie X. von X., goszczącej w zamku. Ponieważ uczucie zostało odwzajemnione, doszło do pełnych galanterii ryzykownych przygód. Wkrótce zaczęły mnie dręczyć wyrzuty sumienia na myśl o powrocie Wiewiórki.
Zakwitły malwy. Jak w Halswigshof [nieustalone - KR]. Zatrudniono nauczycielkę tańca ze szkoły Hellerau [ośrodek reformy ruchu i pedagogiki artystycznej - KR], aby uczyła hrabianki rytmiki.
Wiewiórka wróciła w dniu moich urodzin. Rommel i ja powitaliśmy ją w futrach i słomkowych kapeluszach, wręczając prezenty. Położyłem jej na łóżku książkę o trucicielce Gesche Gottfried [1785–1831]. Hrabina uznała to za niestosowne i zabrała książkę. Wiewiórka znalazła jednak w nocy pod poduszką moją tabakierę z dedykacją oraz butelkę szampana pod umywalką - pozyskaną za pośrednictwem poczciwego Tietzego.

Ta wielka "lodówka" z hakami na mięsiwo na pewno pamięta czasy von Yorcków
Przy obiedzie hrabia wzniósł toast za moje zdrowie. Wieczorem świętowałem z Rommlem przy czerwonym winie we wsi. W nocy wyznałem Wiewiórce mój flirt z X. von X., co wprawiło ją w przygnębienie. Również rachmistrzowa była wyraźnie niezadowolona. Nie wiedziałem, jak w sposób przyzwoity zakończyć znajomość z X. von X. Powstała gmatwanina drobnych kłamstw.
Podczas długiego wieczornego spaceru doszło do rozmowy wyjaśniającej; Wiewiórka, płacząc, w końcu mi wybaczyła. Potem pojawiły się plotki. Gdy X. von X. wreszcie wyjechała, powrócił nareszcie spokój.
Zaaranżowałem sytuację tak, aby różne osoby widziały mnie późno w nocy, gdy z ciężkimi foliałami pod pachą i świecznikiem w ręku zmierzałem do biblioteki. Kto długo nie spał, mógł zauważyć, że świeca paliła się w "remizie" [tak nazywano największą sale biblioteczną w pałacu - KR] przez resztę nocy, i sądzić, że pilny bibliotekarz wciąż ślęczy. W rzeczywistości czytałem w pokoju Wiewiórki ukończoną właśnie nowelę Der tätowierte Apion ["Wytatuowany Apion", utwór własny narratora, pierwsze wydanie ukazało się w czasopiśmie "März" w 1912]. Główna postać - profesor - była w istocie sportretowana na podobieństwo hrabiego, a fakty splatały się tam swobodnie z fikcją.
Hrabia zabrał mnie swoim automobilem do Simmelwitz [dziś Ziemiełowice], polskiej miejscowości, gdzie uczestniczył w posiedzeniu rady powiatowej [organ administracji lokalnej - KR]. Po drodze przejechaliśmy kilka gęsi.
- Nie należą do mnie - stwierdził hrabia i pojechał dalej.
Podczas gdy on w Simmelwitz załatwiał swoje sprawy urzędowe, ja wałęsałem się bez celu. W otwartej krypcie znalazłem kobiecą czaszkę, którą zabrałem ze sobą i której później nadałem imię Liberia Tut. Zadzwoniłem też dzwonem umarłych i dopuściłem się szeregu innych, zupełnie zbędnych czynności.
Towarzystwo
Poznałem różne ekscelencje o wyniosłych tytułach i skromnym wnętrzu. Wielu z nich wolałbym nie wymieniać. Być może w niejednym wypadku oceniłem je niesprawiedliwie.
Po kolacji hrabia czytał większemu gronu: Eurypidesa [ok. 480–406 p.n.e.], Pandorę Johanna Wolfganga Goethego [1749–1832] oraz hiszpańskiego poetę Alarcóna [wł. Pedro Antonio de Alarcón y Ariza (1833-1891) - KR]. Panie były wyraźnie zaniepokojone. Nikt nie mógł przerywać, nawet stara hrabina-matka [Sophie - KR].
Hrabia mawiał: - Interesują mnie wyłącznie autorzy, którzy nie żyją od co najmniej pięćdziesięciu lat.

Ten współczesny widok z pałacowego okna niewiele różni się do tego, co sto lat temu widział Ringelnatz
W południe nad stołem często unosiła się atmosfera duszności. Poza hrabią właściwie nikt nie odzywał się z własnej woli. Hrabia przemawiał z dowcipem i znawstwem, żywo i ironicznie, powtarzał się jednak często - co znałem już od Seebacha i co uważałem za zrozumiałe. Gdy dziesięć razy usłyszeliśmy, że La Mettrie [1709–1751, lekarz i filozof francuski doby Oświecenia] zmarł od zatrucia pasztetem truflowym, zapamiętywaliśmy to na zawsze.
Zakładano wielkie stawy rybne. Wpuszczono do nich sto trzydzieści pięć tysięcy rybek wielkości główki od szpilki. Natychmiast pojawiły się dzikie kaczki i czaple. Wszystko to było bardzo interesujące.
Neugebauer albo ogrodnik sprzedał mi starą, rzeźbioną strzelbę, pochodzącą od hrabiego von Schönaich-Carolath [arystokratyczny ród śląski - KR]. Lufa miała drobne pęknięcie, dlatego nikt nie odważał się z niej strzelać. Ja strzelałem.
Intrygi, plotki, gonitwy za kurami. Przyjechał generał Wildenbruch [Ludwig, 1846-1930] , brat hrabiny-matki [Luise, 1838-1918]. Gości było wielu; raz nawet kardynał-książę-biskup Kopp [Georg Kopp, 1837–1914, 1887–1914 biskup wrocławski, od 1893 kardynał].
Stale któreś z dzieci chorowało. Hrabina znów leżała w łóżku, oczekując kolejnego dziecka [Irene (1913-1950)].
Dożynki
Połowa września. Święto plonów w Klein-Oels. Chłopi przyszli z muzyką pod zamek, stara Schmidten na wózku inwalidzkim. Inspektor wygłosił przemówienie: ubolewał nad niedyspozycją hrabiny, życzył jej i hrabiowskim dzieciom rychłego powrotu do zdrowia i zakończył mowę okrzykiem na cześć hrabiego.
Hrabia w odpowiedzi podziękował za trud całorocznej pracy. Stwierdził, że nigdy nie bywa tak źle, jak się obawiamy, ani tak dobrze, jak mamy nadzieję, i że wszystko zsyłane jest przez Boga dla naszego dobra. A ponieważ tym razem stara Schmidten nie tańczy, on również tańczyć nie będzie. Następnie - zgodnie z dawnym zwyczajem - zaintonowano Nun danket alle Gott [luterańska pieśń dziękczynna - KR], po czym wzniesiono toast za inspektora majątku.
Hrabiego udekorowano wieńcem, a on rozdawał przybyłym pieniądze. Ja również otrzymałem wieniec - od parobka Petschrenka.
Rommel schodził potajemnie tylną, krętą klatką schodową, obok pękniętego masztu i wzdłuż grubych murów, aby wymknąć się do Lorkego na kieliszek. Na dole zostawił zapalone światło. Z czystej przekory zwilżyłem knot, po czym ruszyłem za nim. Klęliśmy na nowego ucznia kucharskiego i na grubą Gertrudę-piekarkę, która każdego ranka okładała nam liche kromki zawsze tą samą kiełbasą.
Miałem porządkować akta.
A. Sprawy prawa prywatnego: akta fideikomisu [niepodzielny majątek rodowy przekazywany w całości następcy - KR], dokumenty gospodarcze.
B. Sprawy prawa publicznego: urbarze [rejestry powinności chłopskich - KR], ugody, akta policyjne, sprawy polityczne, drogi, wody, młyny, sprawy kościelne, koleje.
C. Akta dotyczące historii rodziny i majątku: dokumenty feldmarszałka, stare księgi sądowe, dzienniki i księgi rachunkowe, a także akta sprzed wieków, pisane ręką joannitów [zakon rycerski; wcześniej władający wsią - RK]. Pismo było staranne, dekoracyjne, na znakomitym papierze, który aż zachęcał do pisania. Wyrwałem sobie z foliału kilka czystych kart.
Zakwitły astry. Liście winobluszcza w parku płonęły jaskrawą czerwienią. Las stawał się coraz bardziej przejrzysty. Wysłałem do Seelchena i do rodziców bażanty. Przybyli nowi goście: hrabina Carola z ładną nauczycielką. Hrabia przeżył swój pierwszy wypadek automobilowy, o czym nie należało informować hrabiny. Przez kilka dni był w wyjątkowo dobrym nastroju.
Wiewiórka starała się mnie na wszelkie sposoby uszczęśliwić. Pisała do znanych osób z prośbą o autografy i wręczała mi je potem w prezencie - między innymi urokliwy rysunek piórkiem Maxa Liebermanna [malarz i grafik, 1847–1935]. Miała wyraźne, stanowcze pismo i ujmująco rzeczowy styl. Wszystko, co sobie postanowiła, wykonywała energicznie i z drobiazgową sumiennością.
Dochodziło do sprzeczek i drobnych intryg, podsycanych przez starą damę, którą my z Unterhaus nazywaliśmy Kaczym Dziobem. Zarzucano Rommlowi brak zaangażowania w wychowanie dzieci, Wiewiórce - nieobecność przy ich śniadaniach, mnie - niebezpieczne zabawy z Dają w moim pokoju.

W pałacowej piwnicy - widok współczesny
Zacząłem przy stole manifestacyjnie milczeć, o ile nie byłem pytany. Nie chciałem uczestniczyć w przemowach przesyconych erudycją i samozachwytem. Nie mogłem już słuchać zagmatwanych filozofii panny Moll. Trzynastoletnia hrabianka Püzzi wydawała mi się teraz nienaturalnie dorosła. Podczas podróży alpejskiej znajdowała najwyraźniej największą przyjemność w ironizowaniu nad obcymi ludźmi i obyczajami. Przestało mnie także cieszyć, gdy hrabia Ernst lub ktokolwiek inny wznosił za mnie toast.
Moim ulubieńcem spośród dzieci pozostawała Daja. Była najbardziej prostolinijna i najmniej wystudiowana. Nauczyłem ją słowa, które nie miało żadnego sensu, a które wypowiadałem jednym tchem, bardzo szybko. Brzmiało ono:
"Orotscheswenskiforrestowskiofurchtbariwucharisumaniusambaripipileikakamankabudibabalutschistaneilemamittararakandara."
Uczyłem się go na pamięć przez kilka dni. Ośmioletnia dziewczynka potrafiła powtórzyć je bez zająknięcia po kilku godzinach.
W zamku byli pracownicy rozpieszczani i byli pracownicy nadmiernie obciążani. Służący Robert biegał bez przerwy po schodach i wyglądał chorobliwie blado. Inny służący wypowiedział umowę i nagle stał się bezczelny. Pojawiały się skargi na niewystarczające wyżywienie. Wiewiórka po długim wahaniu porozmawiała z hrabiną o tym, jak można powierzać wychowanie dzieci osobie, którą ich rodzice traktują jako gorszą.
Cdn.
*
Ze wspomnień Joachima Ringelnatza pt. Mein Leben bis zum Kriege [Zürich 1994, S. 275-299, http://www.zeno.org/Literatur/M/Ringelnatz,+Joachim/Autobiographisches/Mein+Leben+bis+zum+Kriege/Klein-Oels].







Napisz komentarz
Komentarze