Głos podczas dyskusji zabrał Krzysztof Skrzydłowski z klubu "Nowa Generacja". Radny stanowczo sprzeciwił się szukaniu oszczędności w kieszeniach lokalnych klubów sportowych.
- Powiedział pan jednoznacznie - kluby sportowe 20-30 proc. do góry - rozpoczął Skrzydłowski. - Zarówno my jako radni, jak i myślę panowie burmistrzowie, nie oczekiwaliśmy tego, by w chwili obecnej sztucznie załatać dziurę. Bo to cały czas są pieniądze z jednego kurnika. Te kluby teraz przyjdą do miasta, będą prosiły o 20-30 proc. więcej dotacji, po to, żeby wpłacić to spółce. Czyli my zaczynamy sztucznie zaniżać ten dług. Jako samorząd oczekiwaliśmy jakichś pomysłów. A nie jest pomysłem założenie, że podwyższamy ceny. To nie o to chodzi, bo te pieniądze będą cały czas pochodziły z gminy. Nic się nie zmienia.
Radny nawiązał również do głośnego "listu sygnalistów", domagając się od władz miasta i samego prezesa poważniejszego potraktowania opisywanych tam zarzutów. Otwarcie pytał też o trwającą kontrolę Państwowej Inspekcji Pracy, redukcje etatów oraz gwałtowny - jak stwierdził - wzrost cen karnetów na siłownię, który według niego budzi duże niezadowolenie mieszkańców. Skrzydłowski poddał w wątpliwość nową organizację siłowni, pytając prezesa wprost: - W jaki sposób aktualnie sprawowany jest nadzór nad siłownią? Wcześniej byli tam instruktorzy, którzy odpowiadali za porządek w obiekcie, a także bezpieczeństwo osób. Jak pan to nadzoruje?
Odpowiadając, Piotr Woźniak zarzucił radnemu "mówienie nieprawdy" w kwestii karnetów, twierdząc, że średnia podwyżka wyniosła zaledwie około 10 proc., a ceny i tak są bardzo niskie na tle innych tego typu miejsc w regionie. Najwięcej emocji wzbudziła jednak kwestia braku stałej opieki instruktorskiej. Prezes, powołując się na zmiany w przepisach, tłumaczył, że prawo nie nakłada już takiego obowiązku, a odpowiedzialność za własne zdrowie spoczywa na ćwiczącym.
- Kupujący bilet, karnet, podejmuje decyzję, że jest zdrowy i może ćwiczyć - mówił prezes Woźniak. - W tym momencie ktoś, kto świadczy usługi, musi być ubezpieczony od OC. Klient musi udowodnić, że lód był dziurawy i on jeżdżąc na łyżwach, złamał nogę, albo że spadła mu sztanga, która pękła. Takie jest prawo.
Dodał też, że nie zredukował ani jednego etatu, ograniczając jedynie podwójne umowy zlecenia. Potwierdził również trwającą kontrolę PIP, która ma zakończyć się w październiku.
Temat "listu sygnalistów" prezes skwitował tak: - Dokładnie tego nie analizowałem. Pobieżnie. Ja nie jestem specjalistą ani nie jestem kompetentny do udzielania odpowiedzi na takie zarzuty. Nie wiem nawet, co odpowiedzieć, bo nie mieszczą się w mojej wiedzy i doświadczeniu. Mam 40 lat doświadczenia i nikt nigdy nie pisał na mnie żadnej skargi, a pracowałem tu raptem niecałe 60 dni. Co pan może domniemać? No ale to wolny kraj, każdy ma prawo.
Te słowa wyraźnie zirytowały Skrzydłowskiego. Radny stwierdził, że w obliczu tak mocnych zarzutów, czytanie pisma "pobieżnie" jest niedopuszczalne.
- Przytoczył pan formułki prawne, że kiedyś musiało być tak, dziś musi być tak, ale chodzi o usługę i komfort naszych mieszkańców. To nie jest prywatny folwark, panie prezesie. To spółka gminy i tam ma być tip-top, a pan mówi o formułkach - ripostował Skrzydłowski, po czym przeszedł do opisu własnych doświadczeń z siłowni, na którą - jak przyznał - regularnie uczęszcza.
Jego relacja drastycznie różniła się od optymistycznej wizji prezesa Piotra Woźniaka. Skrzydłowski opisywał "jeden wielki smród i bród" w szatniach oraz marnotrawstwo energii - tu wspomniał o sytuacji, której miał być świadkiem, gdy na dworze było 25 stopni, okno w siłowni otwarte na oścież, a klimatyzacja włączona na maksa.
- Kto to nadzoruje? Kto za to zapłaci? Nie pan, tylko samorząd, czyli mieszkańcy - podkreślał radny. Podważył również kwestie bezpieczeństwa, o których wcześniej mówił prezes: - Mówi pan, że musiałbym udowodnić, że sztanga się złamała. Wchodząc tam, widzę kable pod napięciem zwisające z sufitu. Ktoś się dotknie i nie wiem, czy będzie miał możliwość cokolwiek udowodnić, jak kopnie go prąd. Ciężary porozrzucane, jest totalny syf, bo nikt tego nie nadzoruje. To są te pana autorskie pomysły, żeby pousuwać stamtąd ludzi.
Radny zarzucił prezesowi brak rozwojowych pomysłów, oczekując czegoś więcej. W obronie szefa CSiR stanęła skarbnik gminy, Agnieszka Górska, przypominając, że spółka znajdowała się na granicy upadłości, a prezes działa dopiero od kilku miesięcy.
- Proszę nie strzelać pytaniami o wizję, tylko docenić to, co prezes robi. Uważam, że powinniśmy dać trochę więcej czasu - apelowała.
Prezes Woźniak postanowił jednak osobiście odpowiedzieć na zarzuty Skrzydłowskiego dotyczące bałaganu: - Bardzo dziękuję za informacje na temat siłowni. Widzę, że jest pan weteranem mojej siłowni. Mówię mojej, bo utożsamiam się z tą firmą. Nigdzie kabli wystających z sufitu nie widziałem. Natomiast w kwestii oszczędności - jeżeli pan otworzył okno i włączył klimatyzację, to przepraszam bardzo. Muszę domniemać, że tak było...
- Jest pan bezczelny! - wypalił w odpowiedzi radny Skrzydłowski, przerywając wywód prezesa.
Wymianę zdań musiał tonować przewodniczący Załubski, apelując o rezygnację z insynuacji, personalnych uszczypliwości i powrót do merytorycznej dyskusji z zachowaniem szacunku i godności. Prezes Woźniak bronił jednak swojego stanowiska, argumentując, że skoro radny snuje domniemania, on również ma do tego prawo. Zapewniał, że osobiście nadzoruje porządek, odwiedzając siłownię kilka razy w ciągu dnia
- Siłownia to mój drugi dom. Pisałem pracę magisterską w 1994 roku z ćwiczeń siłowych. Ja się na tym znam - skwitował, dodając, że nawet obecność instruktorów nie gwarantowała braku zniszczeń, a nieodkładanie sprzętu na miejsce przez klientów to problem stary jak świat.

Napisz komentarz
Komentarze