Matko jedyna, to było jakieś zagrożenie?! Ani słowa urząd wcześniej nie pisnął, że ponad 2 tysiące ludzi protestuje, że zbierają podpisy, że skarżą się podczas konsultacji społecznych, że matki z dziećmi wyszły z transparentami w obronie lasku, że radni bronili go na sesji, a tu nagle ciach... i lasek uratowany. Przed kim? Najprościej byłoby stwierdzić, że burmistrz uratował lasek przed... sobą. To byłoby jednak zbyt proste.
Władza przekazała dobrą nowinę 11 czerwca na swoim urzędowym profilu, dodając, że "więcej informacji wkrótce". Odczekałem grzecznie do 16 czerwca do godz.19.30, a tu nadal nic. Najwyraźniej zapomniałem, że gdy w piątek obiecuję żonie zrobić coś na jutro, to i ona, i ja, mamy na myśli sobotę. Gdy to samo zapowie urzędnik, chodzi rzecz jasna o poniedziałek. Chyba że akurat wtedy wypada święto, wtedy mowa o wtorku itd. Jeszcze gorzej z "wkrótce".
W każdym razie brak dalszych informacji skłania do gdybania, zwłaszcza że urzędowa informacja nijak się nie klei z poprzednią narracją burmistrza, który dwoił się i troił, żeby udowodnić wszystkim potrzebę umożliwienia w tym lasku budowy domów - na spotkaniu konsultacyjnym z mieszkańcami, na sesji czy wreszcie podczas mojej półtoragodzinnej z nim rozmowy (w cztery oczy, ale mam nagranie). Tymczasem teraz okazuje się, że dobrą wiadomością jest coś zupełnie przeciwnego!
Zwłaszcza słowo "zostaje" jest ciekawe - przecież burmistrz publicznie zarzekał się, że lasku nie zamierza wycinać. Ot, najwyżej parę domów ktoś postawi. Czyżby urzędnicy wiedzieli więcej? Czyżby pozostanie lasku stało dotąd pod znakiem zapytania?
Nie wiem, co się stało ponad to, że burmistrz próbuje teraz sięgnąć prawego łokcia tą samą ręką. Najpierw bowiem przekonywał, że wniosek o wprowadzenie do planu ogólnego możliwości zabudowy części lasku nie jest jego, tylko jakiegoś ZWiK, a przecież on tej firmy praktycznie nie zna, nie ma z nią związku, tym bardziej wpływu na nią, bo zgodnie z prawem działa ona samodzielnie. Tymczasem teraz, po spotkaniu burmistrza z delegacją mieszkańców Nowego Otoku (w której nie uczestniczył nikt ze ZWiK), od razu nagle zmiana banana i na zadrzewionym terenie ma być tylko strefa zieleni nieuporządkowanej - żadnej możliwości budowy domów mieszkalnych. Jak to możliwe? Zwłaszcza że nawet podczas tego ostatniego spotkania burmistrz nadal próbował przekonywać mieszkańców do zabudowy części lasku choćby tylko malutkimi domkami jednorodzinnymi (oczywiście do wysokości 12 metrów), czyli na spotkanie przyszedł wciąż walczyć o swoje (albo czyjeś), choć ostatecznie spasował.
No właśnie - tu się też coś nie klei. Skoro wniosek o zmianę w planie złożył niezależny od burmistrza ZWiK, a on sam formalnie jako burmistrz tego wniosku nie odrzucił, to o planie ogólnym powinna teraz zadecydować niezależna Rada Miejska. Tymczasem urzędnik na miesiące przed głosowaniem w tej sprawie już ogłasza, że "lasek zostaje". Czyżby ZWiK wbrew zapędom burmistrza sam wycofał swój wniosek? Skoro jednak teraz to "dobra wiadomość", więc poprzednie starania burmistrza, aby przekonać mieszkańców do możliwości zabudowywania lasku trzeba by potraktować jako odwrotność, czyli... niedobrą wiadomość. Burmistrz miałby robić coś niedobrego dla miasta, dla mieszkańców?
Oczywiście dopóki nie poznamy szczegółów tego zbierania widelcem rozlanego mleka gdybanie można rozciągać, bo przecież może dał się po prostu przekonać delegacji mieszkańców, w której był radny z opozycji? A może przestraszył się zapowiedzi referendum w sprawie odwołania go? A może dotarło do niego, że w lasku zamieszkuje chroniony prawnie jelonek rogacz, więc wycinanie tam drzew mogłoby być kłopotliwe, zwłaszcza że WIOŚ już został o wszystkim powiadomiony. A może...
PS
Tak poza wszystkim, to oczywiście cieszę się, że burmistrz - choć trochę to trwało i wymagało zabiegów - jednak potrafi zmienić zdanie i przychylić się do wniosku mieszkańców. Tych zwykłych. Presja ma sens ;)

Napisz komentarz
Komentarze