- Gospodarzymy od 35 lat i bywało różnie, raz lepiej, raz gorzej, ale tak tragicznie jak teraz nie było nigdy - mówi Kamil Bojakowski, rolnik z Pełczyc, który prowadzi wielohektarowe gospodarstwo, a także skup zbóż. - To najgorszy rok z w dziejach rolnictwa. Obecna sytuacja rolników jest dramatyczna. Nie wiem, czy rządzący są w stanie jakoś temu zaradzić. Ja światełka w tunelu nie widzę.
Potężne straty
Latem i jesienią ubiegłego roku tonę pszenicy można było sprzedać za 1400-1500 zł i - zdaniem Bojakowskiego - była to cena zadowalająca. Wielu z tych, którzy mieli możliwość magazynowania zboża, w tym on, wstrzymywało się jednak ze sprzedażą, ponieważ głównym wyznacznikiem stały się rosnące ceny nawozów. Np. cena saletry z 1500 zł za tonę nagle wzrosła do nawet 6 tys. zł. Podobnie było z innymi nawozami i środkami ochrony roślin. Ich ceny wzrosły średnio o 300%. Co więcej, pojawiły się informacje, że może ich zabraknąć, więc kto mógł, to kupował nawet kosztem zadłużenia się. Szacowano bowiem, że na początku tego roku ceny pszenicy wzrosną do ok. 1800 zł za tonę i dzięki temu wysokie koszty zakupu nawozów przynajmniej częściowo się zwrócą. Tak się jednak nie stało, bo ceny zbóż zamiast wzrosnąć - jak mówi rolnik - drastycznie spadły. Firmy produkujące pasze i handlujące nimi zaczęły bowiem skupować dużo tańsze, o 300-400 zł za tonę, zboże z Ukrainy, które wręcz zalało polski rynek.
- Ja dotychczas sprzedałem około 30% swoich zbóż, co oznacza, że 70% zalega w magazynach, a to jest kilka tysięcy ton towaru - mówi Bojakowski. - O tej porze roku to powinno być odwrotnie. Żeby wyjść za zero, musiałbym sprzedać pszenicę po minimum 1200 zł za tonę. Obecnie takiej możliwości nie ma. Propozycje kupujących są na poziomie 900 zł za tonę. Tak samo wygląda sytuacja z innymi zbożami. To oznacza milionowe wręcz straty. Rząd mówi o jakichś jednorazowych dopłatach, ale to, co proponują, nie rozwiąże problemu. Nie zwróci nam poniesionych kosztów, a wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku lepiej nie będzie. Kupiłem nawozy o 70% droższe niż były. Wykorzystam je, ale jeżeli obecna cena pszenicy się utrzyma, w przyszłym roku będę miał kolejne straty. To naprawdę dramatyczna sytuacja. Nie wiem, jak rozwiązać te problemy, ale tak gospodarzyć się nie da. Rozumiem, że w Ukrainie jest wojna i wielu tamtejszych rolników sprzedaje zboże nawet po zaniżonych cenach, bo lepiej mieć coś, niż pozwolić to przejąć Rosjanom, ale to nie może odbywać się kosztem polskich rolników. Nie wiem, czy obecne protesty rolników pomogą w rozwiązaniu problemu. Szczerze w to wątpię.
Kamil Bojakowski ma też ogromne straty jako właściciel skupu zboża. Jesienią kupił duże ilości kukurydzy od rolników, którzy nie mają magazynów oraz możliwości suszenia i przytrzymywania ziarna. Według obietnic rządzących miał sprzedać magazynowany towar po wyższej cenie. Takiej możliwości jednak nie miał. Zanim jeszcze zdążył wysuszyć kukurydzę i policzył związane z tym koszty, które w ciągu paru miesięcy również bardzo mocno poszły w górę ze względu na wysokie ceny gazu, paliw oraz prądu, to ceny zbóż mimo zapewnień rządu zaczęły drastycznie spadać.
O ogromnych stratach mówi też Jacek Mikoda - rolnik z Kończyć. Jest kolejnym pokoleniem w rodzinie, które prowadzi gospodarstwo rolne, a także delegatem do Rady Powiatowej Dolnośląskiej Izby Rolniczej. Obecnie na niespełna 300 hektarach ziemi uprawia zboża i ziemniaki. Jak wielu rolników uległ sugestiom byłego już dziś ministra rolnictwa Henryka Kowalczyka i nie sprzedał zbóż zaraz po żniwach ubiegłego roku, licząc że za kilka miesięcy ich ceny wzrosną. Razem z grupą 4 innych producentów rolnych wynajął magazyny, by przytrzymać ziarno. Dziś zamiast zapowiadanych zysków liczy coraz większe straty.
- Przy obecnej cenie np. pszenicy, która waha się od 900 zł do 1000 zł za tonę, nie można nawet wyjść na zero - mówi. - Co więcej, jest problem ze sprzedażą zboża za tak marną cenę, bo skupy są pełne. Tymczasem nie możemy dłużej czekać na lepsze czasy i nadal składować zboża, bo w moim przypadku generuje to kolejne straty.
Ze względu na zaistniałą sytuację rolnik musiał przedłużyć umowę na wynajem magazynów. Okazało się jednak, że po zakończeniu umowy opłata za wynajem magazynu na rzepak jest kilkakrotnie wyższa niż była na początku, a to oznacza kolejne nieplanowane wydatki. Następny problem to wysokie ceny nawozów, które kupił.
- Jesienią ubiegłego roku - jak mówi - pojawiły się informacje, że wojna w Ukrainie spowoduje braki w dostawie gazu, a to będzie dla Zakładów Azotowych problem przy produkcji nawozów, więc może ich brakować, a ceny będą jeszcze wyższe. Ta informacja spowodowała, że wielu rolników, w tym ja, zdecydowało się kupić nawozy jesienią, mimo że były bardzo drogie. Tona mocznika kosztowała ponad 4 tys. zł. Obecnie mamy w magazynach duże ilości rzepaku, pszenicy, kukurydzy i dwa razy droższe nawozy, co łącznie powoduje stratę w skali całej naszej grupy blisko miliona zł, a przed nami kolejne żniwa i żadnych perspektyw na szybkie rozwiązanie obecnych problemów, chociaż rolnicy już dawno przed nimi przestrzegali.
Strajki to akt desperacji
Ryszard Borys, rolnik z Jelcza-Laskowic i prezes Dolnośląskiej Izby Rolniczej, dodaje, że obecne protesty i strajki to akt rozpaczy oraz desperacji rolników i w obecnej sytuacji chyba jedyny sposób na to, by rządzący zainteresowali się problemem. Dotychczas, mimo że przestrzegali przed tą sytuacją, nikt ich nie słuchał. Zarówno były już minister rolnictwa jak i polski komisarz UE ds. rolnictwa, a także ówczesny przewodniczący sejmowej komisji rolnictwa, a obecny minister Robert Telus, powtarzali, że wszystko jest pod kontrolą.
Zdaniem Borysa powstałych problemów na pewno nie rozwiąże dymisja poprzedniego ministra czy proponowane dopłaty dla rolników. Nie chodzi bowiem tylko o ilość zboża napływającego z Ukrainy, ale też brak kontroli i jakość tego towaru, a także duże ilości zbóż z którymi zostali polscy rolnicy.
- Takie ilości zboża, które napływa do nas od miesięcy z Ukrainy, i którego nikt nie kontroluje, to skandal - mówi Borys. - Nam Unia narzuca ekoschematy i wspólną politykę rolną, która polega na tym, by stosować jak najmniej nawozów i środków ochrony roślin o określonym składzie. Z drugiej strony otwiera naszą wschodnią granicę i wpuszcza zboże z Ukrainy, gdzie wymogi unijne dla upraw nie obowiązują. Początkowo mówiono, że te zboża będą tylko przewożone przez nasz kraj. Teraz okazuje się, że u nas zostają. Może gdyby docierały do innych krajów Unii Europejskiej takich jak Niemcy i Francja, to komisarze unijni zajęliby się problemem, ale tak się nie dzieje, a zarówno Unia jak i nasz rząd ewidentnie nie czują tego problemu. Zachowują się tak, jakby go nie było. Tymczasem jest i to bardzo poważny. Nowy minister duże obiecuje, ale czasu jest zbyt mało, by to zrealizować jego pomysły, bo żniwa za pasem.
Borys dodaje, że rolnicy liczyli na wsparcie polskiego komisarza w UE, że przedstawi problemy z ukraińskim zbożem w Brukseli. Podejmie próby jego rozwiązania, ale on - podobnie jak były już minister Kowalczyk - tego problemu nie widział i powtarzał, że wszystko jest fajnie.
- No, nie jest - powtarza prezes DIR. - Zaraz po otwarciu naszych granic dla ukraińskiego zboża trzeba było wszystkie transporty kontrolować i pilnować, do kogo jest adresowane i czy opuściło nasz kraj. Od początku powtarzaliśmy też, że trzeba to zboże badać na granicy i jeżeli nie spełnia wymogów unijnych, to nie ma prawa wjazdu do naszego kraju. W ubiegłym roku w czerwcu, w lipcu, w czasie żniw, a także po nich pisałem pisma do ministra rolnictwa, żeby zatrzymać napływ zboża z Ukrainy. Nie tylko ja. Wszystkie izby rolnicze i związki zawodowe rolników mówiły jednym głosem, ale nikt nas nie słuchał, a minister uspokajał, że nie ma problemu. Że to nie są duże ilości, bo dwa razy tyle eksportujemy, jak importujemy, aż tu nagle ceny polskich zbóż zaczęły drastycznie lecieć w dół...
Cały tekst w najnowszej "Gazecie Powiatowej" - do kupienia na terenie powiatu oławskiego - lub TU:







Napisz komentarz
Komentarze