W rzeczywistości są to relikty II wojny światowej – jednoosobowe bunkry znane w niemieckiej terminologii jako Ein-Mann-Bunker lub Splitterschutzzellen (SSZ). Ich obecność w tym miejscu nie jest przypadkowa: kilkaset metrów dalej działały zakłady zbrojeniowe Friedrich Krupp–Bertha Werke, jeden z największych kompleksów produkcji zbrojeniowej III Rzeszy na Dolnym Śląsku.
Podobne obiekty zachowały się także w Laskowicach (część Jelcza-Laskowic) i kilku pobliskich miejscowościach. Większość pozostaje nieoznaczona i bez opieki konserwatorskiej. Wyjątkiem są Ratowice, gdzie jeden z bunkrów odrestaurowano i udostępniono zwiedzającym.
Fabryka Kruppa i obóz pracy
W latach 1942–1943 koncern Kruppa zbudował w Jelczu, leżącym wtedy na wschodnich peryferiach Niemiec, duży kompleks zbrojeniowy Friedrich Krupp–Bertha Werke. Produkowano tu elementy artylerii, wyrzutnie torped oraz części do sprzętu wojskowego. Lokalizacja była starannie przemyślana: Jelcz leżał około 20 km od Wrocławia, daleko od frontów, poza zasięgiem alianckich bombowców. Kompleks obejmował sześć hal produkcyjnych o łącznej powierzchni około 40 000 m², magazyny, bocznicy kolejowe oraz poligon artyleryjski ciągnący się przez okoliczne lasy w stronę Brzegu.
Zakłady funkcjonowały w dużej mierze dzięki pracy przymusowej. Spośród około 12 000 zatrudnionych znaczną część stanowili więźniowie KL Fünfteichen w Miłoszycach – filii obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Byli wśród nich Polacy, Żydzi, Rosjanie i jeńcy wojenni różnych narodowości. Liczbę ofiar szacuje się na kilka tysięcy.
W początkach 1945 roku kompleks został częściowo ewakuowany przed nadejściem Armii Czerwonej; pozostałe maszyny i urządzenia wywieziono do ZSRR, a w halach powstały kilka lat później Jelczańskie Zakłady Samochodowe.
Czym był Ein-Mann-Bunker
Splitterschutzzelle – dosłownie „cela/komora ochronna przed odłamkami” – była cylindrycznym schronem z żelbetonu przeznaczonym dla jednej osoby, rzadziej dwóch. Spotyka się również nazwy Brandwachenstand (stanowisko strażnika przeciwpożarowego) i Einzelschutzraum (indywidualny schron).
Pierwsze konstrukcje tego typu powstały w latach 30. XX wieku z metalu; szybko jednak zastąpiono go tańszym i odpowiedniejszym materiałem. Ściany ze zbrojonego betonu miały 25 cm grubości, dach do 30 cm. Typowy obiekt miał około 2,3 m wysokości i nieco ponad metr średnicy zewnętrznej, ważył od 3,5 do ponad 5 ton. W ścianach wycięto trzy do sześciu wąskich szczelin obserwacyjnych, zapewniając pełny widok dokoła. U szczytu dachu tkwił hak – służył do załadunku bunkra np. na wagon kolejowy czy podczas ustawiania w wyznaczonej lokalizacji.

Bunkry tego typu nie były pełnoprawnymi schronami przeciwlotniczymi. Nie chroniły ani przed gazem bojowym, ani przed bezpośrednim trafieniem bomby. Ich zadaniem było osłonięcie chroniącego się przed odłamkami, kamieniami i gruzem oraz – przede wszystkim – umożliwienie obserwatorowi pozostania na stanowisku podczas ostrzału.
Człowiek zamknięty w SSZ śledził teren przez szczeliny, lokalizował miejsca upadku bomb i pożary, wypatrywał niewybuchów, a następnie meldował telefonicznie – wiele SSZ wyposażono w linię telefoniczną i oświetlenie elektryczne. W fabryce produkującej różne typy uzbrojenia szybki meldunek mógł uratować całe hale produkcyjne. Z zachowanych relacji wynika jednak, że część bunkrów była przewracana falą uderzeniową, a obserwatorzy ginęli lub doznawali ciężkich obrażeń zwłaszcza przy bliskich trafieniach.
Skala stosowania SSZ była bardzo duża. Historycy szacują, że w III Rzeszy ustawiono kilkadziesiąt tysięcy takich obiektów – tylko wzdłuż głównych linii kolejowych w 1943 roku zainstalowano około 2000 sztuk. Produkcją zajmowały się zarówno duże firmy budowlane, jak DYWIDAG (Dyckerhoff & Widmann AG) czy Leonhard Moll Betonwerke z Monachium, jak i lokalne betoniarnie, co tłumaczy dużą różnorodność kształtów i rozmiarów zachowanych egzemplarzy.
Bunkrowe cmentarzysko nad Odrą
Na terenie i w otoczeniu Bertha Werke ustawiono liczne SSZ dla strażników i obserwatorów zakładowej obrony przeciwlotniczej. Po wojnie kilka pozostało na miejscu; kilkanaście innych – prawdopodobnie przeszkadzających w ich lokalizacjach zwieziono na składowisko – znalazło się ono w zakolu Odry, obok ruin zamku.
Kilkanaście betonowych walców leży tam powalonych do dziś wśród drzew i zarośli, bez żadnej tablicy ani oznaczenia. Skupisko takie jest ewenementem w skali Europy. Gdzie indziej SSZ ocalały jako pojedyncze egzemplarze – eksponaty muzealne lub ciekawostki przy torach. W Jelczu jest ich kilkanaście w jednym miejscu, w stanie bliskim pierwotnemu. Podobne obiekty w rozproszeniu zachowały się również w innej części miasta i kilku okolicznych wsiach; w Ratowicach jeden z nich odrestaurowano i udostępniono zwiedzającym.

Po kapitulacji Niemiec alianci nakazali likwidację budowli obronnych, lecz solidne betonowe bunkry opierały się rozbiórce. Wiele egzemplarzy po prostu porzucono lub przeniesiono. Efekt jest paradoksalny: na terenie dawnych Niemiec Zachodnich zachowało się dziś zaledwie kilkadziesiąt SSZ, podczas gdy na Dolnym Śląsku, w Alzacji i Lotaryngii przetrwało ich proporcjonalnie więcej. Dawne tereny Rzeszy okazały się lepszym archiwum tej wojennej historii niż sama Republika Federalna.
Żelbetowe SSZ budowano z materiału, który może zachować wytrzymałość przez stulecia – ich rozbiórka wymaga dziś ciężkiego sprzętu i jest kosztowna. Skupisko przy zamku w Jelczu, razem z historią zakładów Kruppa i obozu Fünfteichen, tworzy trzy warstwy przeszłości złożone w jednym miejscu nad Odrą. Do ich opowiedzenia wystarczyłyby tablice informacyjne i możliwość wejścia do środka jednego bunkra – jak w Ratowicach. Niepozorne betonowe „ołówki” są jednym z ostatnich materialnych śladów wojennej infrastruktury przemysłowej regionu.
Krzysztof Ruchniewicz / Miłoszyce-Wrocław








Napisz komentarz
Komentarze