Są takie miejsca, w których historia nie kończy się nawet wtedy, kiedy mija wojna, zmienia się granica czy umiera ostatni człowiek pamiętający dawne czasy. Historia potrafi zostać w ziemi, w wałach, w rowach melioracyjnych, a czasem... w przepisach. Tak właśnie jest z polderem Oława-Lipki. Od lat spełnia on swoją funkcję i kiedy przychodzi wielka woda, nie pyta ona o księgi wieczyste, granice działek ani o to, czy ktoś właśnie skończył remont domu. Zalewa. Bo to jej miejsce. Tak wymyślili budowniczowie polderu sto lat temu.
We wrześniu 2024 roku polder Oława-Lipki przejął część wód powodziowych. Według Wód Polskich ograniczyło to skutki wezbrania i zwiększyło bezpieczeństwo terenów położonych poniżej. Podobnie było z wcześniejszymi powodziami.
I tu dochodzimy do sedna całej historii. Bo z punktu widzenia ochrony przeciwpowodziowej polder ma zostać zalany, żeby nie zostały zalane inne miejsca. Tyle że słowo "polder" w tym przypadku oznacza konkretne wsie - Stary Otok i Stary Górnik. Oznacza konkretne domy konkretnych ludzi zamieszkujących teren polderu, o czym pisaliśmy wielokrotnie, domagając się uwzględnienia ich racji.
Obiekt powstał przed 1945 rokiem, a przez lata pojawiały się pytania dotyczące jego formalnoprawnego statusu. Dzisiaj Wody Polskie stoją na stanowisku, że korzystanie z polderu jest legalne. Wskazują przy tym na ustawę Prawo wodne z 24 października 1974 roku i argumentują, że urządzenia wodne istniejące już w dniu wejścia tej ustawy w życie nie wymagają pozwolenia wodnoprawnego. Można więc powiedzieć, że polder ma za sobą całkiem długą drogę: od przedwojennej infrastruktury, przez powojenne przemiany i dziesięciolecia prawnych wątpliwości, aż po współczesne plany inwestycyjne. Tyle że prawo dość prosto, nawet z dnia na dzień może wszystko zalegalizować, ale od ręki nie rozwiąże problemów ludzi mieszkających w miejscu, które zgodnie z jego przeznaczeniem ma być zalewane.
Po powodzi w 2024 roku Jacek Drabiński, zastępca dyrektora Wód Polskich RZGW we Wrocławiu do spraw ochrony przed powodzią i suszą, tłumaczył skomplikowany status prawny polderu i problemy z jego uregulowaniem. Jest to polder tylko z nazwy, przyznał. Zapowiedział jednak, że w ramach naprawiania szkód powodziowych jako pierwsze zadanie zgłosił odpowiedniemu ministerstwu właśnie temat uregulowania statusu prawnego polderu Oława-Lipka wraz z wykupem ziemi i przesiedleniem mieszkańców. - Jeśli tylko dostaniemy środki, rozpoczniemy prace - mówił.
I tak się dzieje. Wody Polskie ruszają z modernizacją polderu Oława-Lipki. Na razie nie koparki, nie buldożery i nie wielkie inwestycyjne otwarcie, ale przetarg na dokumentację, analizy hydrologiczne i hydrauliczne, warianty rozbudowy, dokumentację środowiskową oraz decyzje administracyjne. Czyli wszystko to, co w Polsce zwykle musi wydarzyć się długo przed wbiciem pierwszej łopaty.
To bardzo dobrze. Wreszcie sprawa jest jasno postawiona przez państwo - bo to je reprezentują Wody Polskie - trzeba to wszystko wreszcie unormować, uregulować, postawić z głowy na nogi.
Łatwo nie będzie. I szybko też nie. W informacji o przetargu pojawia się słowo "przesiedlenie". I chyba właśnie jest najważniejszy fragment całej informacji Wód Polskich. Wśród planowanych działań wymieniono bowiem opracowanie planu przesiedleń i wykupu nieruchomości w Starym Otoku i Starym Górniku. To nie jest już wyłącznie rozmowa o wałach. To rozmowa o tym, czy i w jakiej formule ludzie mieszkający na terenie polderu będą mogli tam dalej mieszkać. I tutaj zaczyna się prawdziwie trudna część całej inwestycji. Bo można zaprojektować wał, można policzyć przepływy, można stworzyć model hydrauliczny, narysować kilka wariantów i obliczyć, ile metrów sześciennych wody przyjmie polder. Znacznie trudniej jednak policzyć wartość miejsca, w którym ktoś mieszkał przez trzydzieści, czterdzieści czy siedemdziesiąt lat. Ile kosztuje dom? To można policzyć. Ile kosztuje działka? Też. Ale ile kosztuje konieczność opuszczenia miejsca, w którym wychowały się dzieci, gdzie rodzina prowadziła gospodarstwo, gdzie są sąsiedzi, cmentarze, wspomnienia i lokalna historia? Tego nie wpisze się łatwo do kosztorysu inwestorskiego.
Cieszę się, że Wody Polskie w imieniu państwa wreszcie zrobiły krok we właściwym kierunku - ten pierwszy krok, bez którego w ogóle nigdzie się nie zajdzie. Jednocześnie wiem, że najważniejsze dopiero przed nami. A właściwie przed mieszkańcami polderu. Jak długo potrwa cały proces? Czy mieszkańcy Starego Otoku i Starego Górnika dowiedzą się o swoich przyszłych losach odpowiednio wcześnie, czy też - jak to czasem bywa przy dużych inwestycjach - najpierw powstanie dokumentacja, potem decyzje, a dopiero na końcu ktoś zacznie szczegółowo tłumaczyć ludziom, co właściwie się wydarzy? To ostatnie będzie miało ogromne znaczenie.
Cała historia polderu Oława-Lipki jest w pewnym sensie opowieścią o konflikcie dwóch racji. Pierwsza mówi, że musimy chronić ludzi przed powodzią. Druga odpowiada, że nie można chronić jednych ludzi kosztem innych, udając, że problem nie istnieje.
Obie racje są prawdziwe.
*

Stary Otok na polderze Oława-Lipki - powódź z 1997 roku, fot. Jerzy Kamiński

Napisz komentarz
Komentarze