(...) Pamiętajcie o ogrodach,
Przecież stamtąd przyszliście.
W żar epoki udzielą wam chłodu
Tylko drzewa, tylko liście...
(Jonasz Kofta)
Miejska przestrzeń zawiera wiele śladów przeszłości. Widok z lotu ptaka, pomimo zmian w układzie ulic, pokazuje w przybliżeniu zasięg murów obronnych Oławy, z ich pięcioma bastionami. Historię przywołują niezbyt licznie zachowane zabytki architektoniczne. Czasem o przeszłości mówią mniej oczywiste pamiątki - zachowana roślinność sprzed wieków. Na rogu ulicy Młyńskiej przy skręcie w Rybacką, w pewnej odległości od siebie rosną dwie wielkie, rozłożyste morwy przypominające o osiemnastowiecznych oławskich hodowcach jedwabników. Morwy żyją 200-300 lat, jest więc wielce prawdopodobne, że pochodzą z tamtego okresu. Starych drzew morwowych pozostało zresztą w różnych miejscach w Oławie więcej.

Charakterystyczne morwy na końcu Młyńskiej
Nieco dalej, już na Rybackiej, u szczytu czteropiętrowego bloku z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, rośnie wielki kasztanowiec, a dalej wzdłuż ulicy kilka równie okazałych dębów. Natomiast tuż za kasztanowcem, w jego cieniu kryje się stara, trochę krzywa grusza. Lat ma chyba ze sto, jeśli nie więcej, jej owoce zawsze były drobne, twarde, niezachęcające do jedzenia. Rośnie tu jakby "nie na temat". Jest niemym, ostatnim świadkiem historii ogrodu, po którym nie ma dziś śladu.

Grusza w sierpniu 2026
W latach pięćdziesiątych grusza rosła na skraju sporej posesji położonej za ogrodzeniem z siatki, biegnącym wzdłuż ulicy Rybackiej aż do ciągu pieszego, którym wzdłuż boiska szkoły nr 2 można dziś dojść do osiedla Chrobrego. Posesja zajmowała obszar niewiele mniejszy, niż istniejące dziś dwa pięcioklatkowe bloki mieszkalne. Tuż przy gruszy była furtka, a za nią ścieżka - po jej lewej stronie zalegało porośnięte dziewanną gruzowisko, być może ślad minionej wojny, po prawej było spore podwórze, a dalej rozciągał się wielki ogród. Ścieżka wiodła do położonego za gruzowiskiem niskiego płotku z malutką furteczką, za nim był niewielki ogródek kwiatowy i równie niewielki domek, w którym..
Był sobie dziad i baba,
Bardzo starzy oboje,
Ona kaszląca, słaba,
On skurczony we dwoje...
No niezupełnie było tak jak u Kraszewskiego. W domku mieszkała pochylona wiekiem babunia i groźnie postukujący obciągniętą czarną skórą drewnianą nogą wąsaty dziadunio. Byli to rodzice naszej sąsiadki z drugiego piętra - Franciszka i Szymon Kosteccy. Z perspektywy 5-6-letniego dziecka wydawali mi się wtedy bardzo starzy, chociaż ona urodziła się w 1890 roku, on w 1888, czyli około połowy lat pięćdziesiątych byli jeszcze przed siedemdziesiątką. Franciszka pochodziła z Czortkowa, Szymon, który w czasie I wojny światowej stracił nogę, miał warsztat mechaniczny w Trembowli. Tam przed wojną mieszkali, stamtąd przyjechali do Oławy i zamieszkali nieopodal Odry, w małym domku, przy którym w przylegającym garażu Szymon - podobnie jak w Trembowli - urządził warsztat mechaniczny. Podwórza strzegł pies Bryś, a także nastawiająca bojowo rogi koza Mećka.

Grusza w czerwcu 2026
Wnętrze domku otwierał mały korytarzyk, po jego prawej stronie było wejście do kuchni, w której toczyło się codzienne życie. Na ścianach wisiały wonne wianki z kwiatów i ziół, plecione na oktawę Bożego Ciała i święto Matki Boskiej Zielnej. Pod oknem wychodzącym na podwórze stał stół z krzesłami, a w głębi królował piec kuchenny. Była też chyba jakaś leżanka. Naprzeciw okna były drzwi do pokoju - dzieciom nie wolno było tam wchodzić. Czasem tylko, przez szparę w uchylonych drzwiach, można było w dość mrocznej izbie dostrzec łóżko przyozdobione ułożonymi, jedna na drugiej, poduszkami - od największej na spodzie do małego jasieczka na samej górze. Ściana za łóżkiem przysłonięta była kilimem. To było dla mnie bardzo tajemnicze miejsce.
W korytarzyku były jeszcze drzwi do ubikacji oraz drabina, prowadząca na niewielki stryszek.
Dla nas - dzieci - najważniejszy był ogród. Chodziłyśmy tam w trójkę - wnuczka dziadków Kosteckich - Elka, jej rówieśnica, a moja siostra Buśka (tak ją wtedy wołano), no i ja, młodsza od nich o cztery lata. Najpierw trzeba było przebiec przez podwórze, szybko, by umknąć atakowi Mećki. Za furtką po prawej stronie rozciągał się warzywnik, a po lewej kolejne zagrożenie - duża pasieka, przywieziona przez Szymona z Trembowli, później rozbudowana przez jego zięcia Bronisława, którego teść zaraził pasją do pszczelarstwa. Ścieżkę wzdłuż pasieki pokonywałyśmy biegiem, zarzuciwszy spódnicę na głowę, by ochronić ją przed pszczołami - jakby tylko w głowę mogły użądlić...
Ze ścieżki wbiegało się wprost na porośniętą gęstą trawą łąkę, nad którą królowały dwa wielkie, rozłożyste drzewa - jabłoń rodząca pyszne papierówki i wspaniała czereśnia. To był nasz plac zabaw. Na miękkiej trawie można było bezpiecznie robić przewroty, mostki i inne wymyślne wygibasy gimnastyczne, w słoneczne dni opalałyśmy się, a także "gotowałyśmy obiady". Na dwóch cegłach kładło się kawałek blachy, pod blachą rozpalało się ogień z nazbieranych patyków - to była kuchnia. W jednym garnku gotowałyśmy kilka kartofli z warzywnika na pierwsze danie, a na deser w drugim garnku były gotowane jabłka. Te "obiady" za wiele smaku nie miały - ale frajdy było co nie miara, no i nikt się nie poparzył, ani niczego nie podpalił. Nie pamiętam też, żeby nas ktoś z dorosłych pilnował w tej zabawie. Rodzice byli w domu, a dziadkowie Elki mieli swoje zajęcia.

Napisz komentarz
Komentarze