Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
sobota, 17 października 2026 02:24
ZOBACZ:
Reklama
Reklama Jaśnikowski
Reklama BMM

Rok 2013, czyli ... krajobraz po bitwie (3)

Podziel się
Oceń

I tak to się skończyło...

Listy, polemiki, opinie

W czerwcu 1990 roku, decyzją Rady Pracowniczej JZS, Jan Dalgiewicz został odwołany z funkcji dyrektora  naczelnego Jelczańskich Zakładów Samochodowych. Centrala w Warszawie, biorąca "Jelcz" pod opiekę nazywała się "Zasada Group" uznała, że nie da się utrzymać wszystkich fabryk samochodów w Polsce, aby były samodzielne. Dwie zamierzano wprowadzić w "stan upadłości". Pierwszą miał być JZS Jelcz. Na przeszkodzie stał jednak dyrektor naczelny Jan Dalgiewicz, który miał w zanadrzu projekt współpracy z silnym inwestorem strategicznym - szwedzką firmą "VOLVO". Aby do tego nie dopuścić, zapadła decyzja (zaryzykuję twierdzenie - bez wiedzy centrali), aby odwołać z funkcji dyrektora naczelnego "Jelcza". Z różnych względów, np. z powodu zmniejszenia się sprzedaży, co było widać po zatłoczonych magazynach wyrobów gotowych, nadwyżek materiałowych, itp. Wkrótce  pojawiły się pierwsze problemy. Niektórzy członkowie Rady Pracowniczej mieli moralny dylemat, czy głosując za odwołaniem Dalgiewicza nie przyczynili się pośrednio do upadłości fabryki z ponad 50-letnia tradycją. Przyszłość dała im odpowiedz: przyczynili się, niestety... Czy nie wykorzystali swego stanowiska w Radzie do wyrządzenia wielkiej krzywdy człowiekowi, powszechnie szanowanemu przez załogę fabryki, a także przez wdzięcznych mieszkańców nowego miasta Jelcz-Laskowice? Miasta, wpisanego na mapę Polski 1 stycznia 1987. Bez fundamentalnej pomocy "Jelcza", a szczególnie jego dyrektora Jana Dalgiewicza, nie byłoby to możliwe. Kierował fabryką prawie 13 lat. Były to lata gorsze i lepsze. Tych drugich  znacznie więcej. Fabryka oddawała do skarbu państwa prawie 80 procent zysku ze sprzedaży samochodów, a mimo to nie brakowało środków na zakup niezbędnych materiałów, na terminowe spłacanie rat za inwestycje beretowskie, a także na konieczne inwestycje lokalne, a przede wszystkim na płace. Pierwsze poważne kłopoty zaczęły się kilka dni po odwołaniu  Dalgiewicza.

Do Jelcza przyjechała 6-osobowa delegacja z  "VOLVO", w skład której wchodzili wysokiej rangidygnitarze z kierownictwa fabryki , na czele z prezesem Rady Nadzorczej, w randze generała szwedzkich sił powietrznych. Zatrzymali się we Wrocławiu się, w nieistniejącym dziś hotelu "Panorama". W pełnym składzie przybyli do fabryki. W sekretariacie, na X piętrze wieżowca, panika, bo goście chcą rozmawiać wyłącznie z dyrektorem Dalgiewiczem. Nie przyjmują do wiadomości, że Dalgiewicza już nie ma w "Jelczu", bo został odwołany, decyzją Rady Pracowniczej, cztery dni wcześniej.

- Co znaczy odwołany?- dopytywali się goście. Nie mogli pojąć, że jakaś rada ma więcej do powiedzenia w fabryce, niż naczelny dyrektor. Zanosiło się na międzynarodowy skandal. Goście zapowiedzieli, że jak nie będzie dyrektora Dalgiewicza, to oni wracają do hotelu.

Stanęło na obietnicy, że Krzysztof Rozenberg, pełniący funkcję tymczasowego szefa fabryki, poprosi telefonicznie Jana Dalgiewicza o przyjazd do "Jelcza", bo wymaga tego nadzwyczajna sytuacja. Dalgiewicz wyraził zgodę, pod warunkiem przysłania po niego samochodu. Krzysztof Rozenberg szybko go spełnił. Jan Dalgiewicz pojawił się w fabryce niezwłocznie. Przywitał się serdecznie z gośćmi, tak jakby się znali od lat. Członkom  szwedzkiej delegacji wrócił dobry humor. Jan Dalgiewicz wrócił  na swoje miejsce, gdzie spędził prawie 13 lat, i zżył się z załogą fabryki, kierownictwem zakładów i wydziałów, z mistrzami - z ludźmi, którzy go nigdy nie zawiedli. Nie mógł odmówić prośbie Rozenberga. W rozmowie z członkami delegacji "VOLVO" potwierdził, że nie jest już dyrektorem i dalsze rozmowy powinny być prowadzone na szczeblu kierownictw obu przedsiębiorstw. Goście odnieśli się sceptycznie do propozycji nawiązania współpracy na linii Jelcz -"VOLVO", bo zabraknie gorącego zwolennika tej współpracy - Jana Dalgiewicza. Mimo to, obie strony wyraziły nadzieję, że nowe władze "Jelcza" pozytywnie ustosunkują się do tej współpracy, gdyż pozostawienie "Jelcza " bez pomocy strategicznego partnera" doprowadzi do upadku fabryki. Przy pożegnaniu członkowie szwedzkiej delegacji zaprosili Jana Dalgiewicza na pożegnalną kolację w hotelu "Panorama". Tam kontynuowano przyjacielską dyskusję  do bladego świtu. Dyskutowano nadal nad urealnieniem współpracy. Obie strony stwierdziły, że taka współpraca jest konieczna. Przyjęcie kończyło się - kelner przyniósł rachunek. Za szampańską wielogodzinną kolację dla siedmiu osób taki rachunek w ekskluzywnym hotelu nie jest niski i na ogół psuje humor biesiadnikom. Dywagacje na temat rachunku przerwał Jan Dalgiewicz :- Moi drodzy, jesteście we Wrocławiu, czyli jesteście moimi gośćmi, rachunek to mój problem. I sięgnął po portfel... Od tamtego spotkania minęły 23 lata, a Jan Dalgiewicz nadal miło je wspomina. Żałuje, ze nie spełniły się życzenia odnośnie współpracy "Jelcza" i VOLVO, ale po czerwcowej decyzji Rady Pracowniczej nie miał żadnego wpływu na dalszy rozwój sytuacji. Po wycofaniu się firm "Man" i Mercedes" z propozycji współpracy, nowy dyrektor fabryki Krzysztof Rozenberg  wysłał do Goeteborga swojego zastępcę, dyrektora Jana Dubielaka, aby ten rozeznał się w możliwości współpracy z tą firmą. Po powrocie oświadczył, ze ma dwie wiadomości - dobrą i złą. Dobra to taka, że VOLVO zgadza się na współpracę z "Jelczem" na warunkach uzgodnionych przed laty z Dalgiewiczem. Zła- kierownictwo VOLVO w strukturze organizacyjnej JZS nie widzi Krzysztofa Rozenberga jako dyrektora naczelnego. To stanowisko dyrektor Rozenberg uznał za osobistą zniewagę.W odwecie dał do zrozumienia pracownikom VOLVO, że muszą się wynieść z "Jelcza" i nie czekał na to zbyt długo.

Szwedzi przenieśli się do Wrocławia, gdzie zainwestowali w pomieszczenia, w których kiedyś wytwarzano antyrakowy preparat prof. Tołpy. Skorzystały na tym władze Wrocławia, które bez żadnych monitów i próśb, otrzymały nowoczesną fabrykę samochodów z setkami miejsc pracy. Skorzystali na tym także jelczanie, którzy pociągnęli za "VOLVO" do Wrocławia. Tam zajmują się spokojną pracą i nie muszą się obawiać upadłości firmy, czy innej groźby utraty pracy. Wielką stratę poniósł "Jelcz", który we współpracy z "VOLVO" mógł istnieć i pracować do dziś. Tym drugim zakładem, który lada dzień zostanie wprowadzony w stan upadłości (wniosek już jest w sądzie) będzie AUTOSAN - fabryka autobusów w Sanoku. Tu jednak nie robiono farsy z poważnej sprawy, nie odwoływano z funkcji niewinnego. Centrala przyznała się do własnych błędów. Zaliczono do nich m.in. restrukturyzację fabryki, nietrafne decyzje zarządu i Rady Pracowniczej. Do tego przyczyniła się błędna polityka rządu, dotycząca polskiego przemysłu motoryzacyjnego, zezwala na zakup wyeksploatowanych autobusów. Odbija się to nie tylko na sprzedaży nowych pojazdów, ale również stwarza zwiększa niebezpieczeństwo na polskich drogach. Usankcjonowanie tej sytuacji odbijało się również na sprzedaży samochodów produkowanych w "Jelczu", co miało wpływ na ostateczna decyzję sądu, który kilka lat wcześniej ogłosił upadłość Jelczańskich Zakładów Samochodowych.

 I tak to się skończyło...

Michał Szczupak.

opr. (WK)


Napisz komentarz

Komentarze

ZASTRZEŻENIE PODMIOTU UPRAWNIONEGO DOTYCZĄCE EKSPLORACJI TEKSTU I DANYCH

Dokonywanie zwielokrotnień w celu eksploracji tekstu i danych, w tym systematyczne pobieranie treści, danych lub informacji ze strony internetowej tuolawa.pl i publikacji przy użyciu oprogramowania lub innego zautomatyzowanego systemu („screen scraping”/„web scraping”) lub w inny sposób, w szczególności do szkolenia systemów uczenia maszynowego lub sztucznej inteligencji (AI), bez wyraźnej zgody wydawcy - RYZA Sp. z o.o. jest niedozwolone. 

Zastrzeżenie to nie ma zastosowania do sytuacji, w których treści, dane lub informacje są wykorzystywane w celu ułatwienia ich wyszukiwania przez wyszukiwarki internetowe. Szczegółowe informacje na temat zastrzeżenia dostępne są TUTAJ

KOMENTARZE
Autor komentarza: z Owczar Treść komentarza: MPZP jest z 2014 roku, gdzie NIS i ich nowa koleżanka ex-posłanka byli przez 12 lat? Co radni NIS robili od maja 2024 r. mając większość w radzie? Data dodania komentarza: 16.10.2026, 22:03 Źródło komentarza: Dowiedzieli się kilka dni przed upływem terminu i to... pocztą pantoflową Autor komentarza: Marik Treść komentarza: Akurat tutaj muszę się z Tobą nie zgodzić. MPZP jest z 2014 roku, uchwalone bez żadnych uwag. Ludzie mieli 12 lat żeby go zmienić jak nie chcieli tam wiatraków, to są 3 kadencje, w trakcie których funkcję wójta sprawowały 3 różne osoby. Data dodania komentarza: 16.10.2026, 21:55 Źródło komentarza: Dowiedzieli się kilka dni przed upływem terminu i to... pocztą pantoflową Autor komentarza: Człowiek Treść komentarza: Dobrze się czujesz? Data dodania komentarza: 16.10.2026, 20:10 Źródło komentarza: Dowiedzieli się kilka dni przed upływem terminu i to... pocztą pantoflową Autor komentarza: Rock Treść komentarza: Radni i sołtysi są zobowiązani do regularnego przeglądania i czytania obwieszczeń, zamieszczonych na stronie BIP Gminy Oława. Skoro był uchwalony MPZP, to Radni wyrazili zgodę na budowę OZE. Również Ci z Oleśnicy Małej, Owczar, Chwalibożyc, Osieka....Jeżeli inwestor spełni wszystkie wymagane ustawami wymagania to te wiatraki powstaną. Data dodania komentarza: 16.10.2026, 20:04 Źródło komentarza: Dowiedzieli się kilka dni przed upływem terminu i to... pocztą pantoflową Autor komentarza: Gocha ze Zwierzyńca Treść komentarza: Festiwal spychologii. Kto naprawdę zawinił w Oławie? Analizując wiatrakową aferę w gminie Oława, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z klasycznym, urzędniczym gridlockiem, w którym każdy umywa ręce. Jednak w gąszczu pism, procedur i wzajemnych oskarżeń, wina rozkłada się bardzo konkretnie. Kto zawiódł? Główny winowajca: Urząd Gminy i Wójt (Wina ewidentna) Pełną i bezpośrednią odpowiedzialność za odcięcie mieszkańców od informacji ponosi Urząd Gminy Oława na czele z wójtem Arturem Piotrowskim. • Tłumaczenie, że pismo z RDOŚ nie zawierało listy miejscowości, jest kuriozalne. Urzędnicy referatu planowania przestrzennego doskonale wiedzieli, gdzie TK WIND chce stawiać turbiny – wniosek inwestora leżał w urzędzie od ponad roku (od sierpnia 2023 r.). • Zasłanianie się „błędem ludzkim” to unikanie odpowiedzialności politycznej i menedżerskiej. Wójt odpowiada za organizację pracy urzędu. Jeśli podlegli mu pracownicy nie potrafią skojarzyć, że budowa 9 gigantycznych turbin dotyczy konkretnych sołectw, i nie potrafią wysłać jednego e-maila do sołtysów, to mamy do czynienia z głęboką niewydolnością systemową. Gmina zastosowała tzw. "złośliwą zgodność z przepisami" – wrzuciła dokument do BIP-u i uznała, że ma święty spokój. To rażące zaniedbanie i lekceważenie własnych mieszkańców. Współwinny: RDOŚ we Wrocławiu (Wina proceduralna) Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska również nie jest bez winy. Choć formalnie dopełniła procedur, wysyłając pismo elektroniczne, to jej działanie pokazuje bezduszność aparatu urzędniczego. • RDOŚ poprosił o ogłoszenie sprawy w sposób „zwyczajowo przyjęty”, ale sam nie pofatygował się, by precyzyjnie wskazać, o które wsie chodzi, działając po linii najmniejszego oporu. • Co więcej, instytucja ta ograniczyła własne obwieszczenia do swojego BIP-u. Obietnice o publikacji w prasie okazały się fikcją w skali lokalnej. RDOŚ potraktował udział społeczeństwa jako uciążliwy obowiązek do „odhaczenia” w tabelce, a nie realny element procesu decyzyjnego. Inwestor (TK WIND): Działanie w cieniu Firma TK WIND działała zgodnie ze swoim interesem ekonomicznym. Złożyła wniosek w 2023 roku i czekała na bieg spraw. Dla inwestora brak rozgłosu to idealne warunki – im mniej uwag mieszkańców, tym szybsza i łatwiejsza ścieżka do uzyskania decyzji środowiskowej. Choć trudno winić biznes za to, że nie robi wokół siebie hałasu, to jawne ignorowanie negatywnej opinii Sanepidu z lipca świadczy o tym, że inwestor liczył na przepchnięcie projektu kolanem, bez oglądania się na koszty społeczne. Podsumowanie: Urzędniczy mur kontra obywatele W tej układance bezbłędnie zadziałał tylko jeden element: mieszkańcy, sołtysi i lokalni aktywiści. Ludzie, którzy zostali zmuszeni do biegania od drzwi do drzwi i wyręczania opłacanych z ich podatków urzędników. Winny jest system zarządzania w gminie, który przedkłada biurokratyczny spokój nad transparentność. Przeprosiny wójta będą coś warte tylko wtedy, gdy pociągnie on do odpowiedzialności winnych urzędników, a wywalczony (miejmy nadzieję) nowy termin RDOŚ zostanie wykorzystany do realnej, otwartej debaty z mieszkańcami. Na ten moment gmina Oława dostała czerwoną kartkę z lekcji pod tytułem „Samorządność”. Data dodania komentarza: 16.10.2026, 19:26 Źródło komentarza: Dowiedzieli się kilka dni przed upływem terminu i to... pocztą pantoflową Autor komentarza: Leszek Górecki Treść komentarza: Panie Wieśku, nikt tu nie postuluje powrotu do średniowiecza ani wypasu krów, a mylenie walki o transparentność z „fobią na rozwój” to głębokie nieporozumienie. Rozwój gminy i nowoczesne technologie – w tym odnawialne źródła energii – są potrzebne, ale nie mogą być wprowadzane metodą faktów dokonanych i za plecami mieszkańców. W tej sprawie kluczowym problemem nie jest sam fakt budowy wiatraków, ale to, jak potraktowano ludzi Data dodania komentarza: 16.10.2026, 19:21 Źródło komentarza: Dowiedzieli się kilka dni przed upływem terminu i to... pocztą pantoflową
Reklama
NAPISZ DO NAS!

Jeśli masz interesujący temat, który możemy poruszyć lub byłeś(aś) świadkiem ważnego zdarzenia - napisz do nas. Podaj w treści swój adres e-mail lub numer telefonu. Jeżeli formularz Ci nie wystarcza - skontaktuj się z nami.

Reklama
Reklama