Jedną z osób współpracujących z doktorem Bieniasem, niemal od początku, jest Stefania Migocka. Do Oławy przyjechała z Kresów, z matką i dwiema siostrami. Ojciec, który przed wojną był wojskowym w Tarnopolu, został rozstrzelany przez NKWD. W roku 1948 Stefania była świeżo upieczoną maturzystką, absolwentką oławskiego LO, marzącą o studiach. W tym czasie dyrektor Bienias szukał kogoś do pracy w laboratorium. Komendant oławskiego hufca ZHP, harcmistrz Franciszek Niesłuchowski, zaproponował Stefanię, którą dobrze znał z harcerstwa.
- Poszłam, bo druh Niesłuchowski obiecał, że przyjdę na rozmowę - wspomina Stefania. - Wiedziałam, że odmówię, bo chcę iść na studia. Na pytanie dra Bieniasa, czy to będzie medycyna, wyjaśniłam, że nie stać mnie na ten kierunek, muszę jednocześnie pracować. Możliwość łączenia pracy ze studiami miałam na ekonomii. Poszłam więc na tę ekonomię, ale Bienias wezwał mnie jeszcze raz na rozmowę - żebym przyszła do pracy w szpitalnym laboratorium, a on pomoże mi w pogodzeniu pracy z zajęciami na uczelni. Na ten sam kierunek poszła też żona Bieniasa. Później się zaprzyjaźniliśmy, dla ich dzieci byłam "przyszywaną" ciocią. Tymczasem podjęłam pracę laborantki, przyuczał mnie dr Rudzki. Do południa wykonywałam analizy laboratoryjne, później jechałam na zajęcia do Wrocławia. Nie we wszystkich mogłam uczestniczyć, z niektórych wykładów musiałam zrezygnować. Ukończyłam studia, zdałam też egzamin eksternistyczny, uprawniający mnie do zawodu analityka medycznego. Pracowałam w laboratorium, ale też bardzo wiele czasu spędzałam w sali operacyjnej. Nasz szpital miał dobrą opinię, jako dobrze zarządzany i zadbany, toteż przyjeżdżało do nas wielu studentów na praktyki. Często im w czymś pomagałam, podpowiadałam. Widząc moje zainteresowanie medycyną, Bienias namówił mnie do zdawania egzaminu na Akademię Medyczną. Miałam wtedy już trzydzieści lat, po kursie przygotowawczym (w którym uczestniczyło wielu felczerów) poszłam na egzaminy, ale nie wierzyłam, że się dostanę. Załatwiłam już sobie pracę jako ekonomistka, a tymczasem mój kolega z oławskiego liceum, Paweł Maślanka, przywiózł mi wiadomość, że jestem studentką medycyny. Jeździłam na zajęcia do Wrocławia, jednocześnie pracowałam w szpitalnej księgowości (rozliczałam kierowców pogotowia). Po studiach i odbyciu szpitalnych staży dostałam skierowanie do pracy w oławskim szpitalu. Nie obyło się bez problemów - to był rok 1965 - szpitalem kierował wtedy dyr. Milewski, natomiast dr Bienias, odsunięty z tego stanowiska, został ordynatorem oddziału chirurgicznego (pozostał nim już do końca życia). Jako osoby wcześniej współpracującej z Bieniasem nie chciano mnie przyjąć (mimo nakazu pracy), dopiero interwencja doktora u ówczesnego wiceprzewodniczącego Powiatowej Rady Narodowej, Stanisława Kosińskiego, umożliwiła mi podjęcie pracy i tak pozostałam już na chirurgii.
*
- Bienias był bardzo dobrym człowiekiem, ale też stanowczym i wymagającym szefem - opowiada dalej Stefania. - Jeżeli uważał, że jakieś rozwiązanie będzie lepsze, to nie było dyskusji, stawiał na swoim. Zawsze firmował swoje decyzje, ale jeżeli zdarzyły się jakieś nasze "niedoróbki", brał na siebie odpowiedzialność, bo uważał, że widocznie jako szef czegoś nie dopilnował lub za bardzo komuś zaufał. Potrafił każdego zrugać, czasem bardzo ostro. Miał takie powiedzonko "Mów se, ta mów, a do mózgu daleko!"- gdy widział, że jego uwagi nie bardzo trafiają do pracownika. Po "wpadce" brał delikwenta do swego pokoju i tam odbywała się poważna rozmowa i analiza, co było nie w porządku - a potem sprawa była załatwiona. Nie wracał do niej, nie wypominał. Bardzo pilnował porządku i czystości w szpitalu, dlatego często odwiedzały nas różne komisje z Wrocławia, bo wiadomo było, że można się szpitalem pochwalić. Znakomicie zarządzał personelem, dzięki temu zespół miał poczucie bezpieczeństwa. Każdego ranka, po przyjściu do szpitala, Bienias najpierw sprawdzał raporty, potem była odprawa. Każdy wiedział, co do niego należy. Gdy była potrzeba, w sprawach zawodowych można było do ordynatora zadzwonić o każdej porze. Mieszkał blisko, w ocienionej świerkami przedwojennej willi, skrytej za murowanym ogrodzeniem, przy obecnej ulicy ks. Janowskiego. Do szpitala miał kilka minut. - Ale i każdy pracownik, gdy miał jakiś problem życiowy, mógł się do niego zwrócić - mówi dalej Stefania. - Zawsze starał się pomóc, znaleźć jakieś rozwiązanie. Pamiętam, gdy moja siostra została zatrzymana w akcji z Sodalicją Mariańską, Bienias poszedł ze mną do dyrektora liceum - Mariana Bociana, porozmawiał z kimś z szefostwa Urzędu Bezpieczeństwa, potem powiedział tylko, że siostra wieczorem będzie w domu. I tak było. Kiedy była taka potrzeba, potrafił być bardzo pomocny. Szczególnie nauczyciele mieli u niego zawsze otwarte drzwi - bo jego matka była nauczycielką.
We wcześniej wspomnianym materiale Wandy Wojtkiewicz-Rok znalazła się informacja, że dr Bienias i pracująca w tym czasie w szpitalu dr Maria Rybak byli jednocześnie lekarzami kontraktowymi Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa, mieszczącego się (przez pewien czas) w kamienicy naprzeciw szpitala. Antoni Bienias potrafił te kontakty spożytkować dla dobrych celów.
- Był czas, gdy kwestionowano jego wykształcenie, bo na polskich uczelniach nie było informacji, by studiował medycynę - wspomina Stefania. - Nie mogło być, bo kończył studia w Zagrzebiu. Wiem, że po wojnie nostryfikował dyplom. Później przygotowywał materiały do pracy doktorskiej, której temat mieścił się na styku zielarstwa i chirurgii, ale po jakimś czasie z tego zrezygnował. Nie zachowały się żadne zapiski z tego okresu, zostały zniszczone.

*
Bienias miał w Oławie i okolicach ugruntowaną opinię bardzo dobrego lekarza chirurga, szczególnie w zakresie tzw. chirurgii miękkiej. - Jako lekarz był wyśmienity, miał wielką wiedzę, ale też był "dyktatorem", trzymał dyscyplinę - wspomina Bolesław Krochmalnicki. - Czasem pracownicy tu czy tam się zagadali, ale gdy tylko zaskrzypiały jego buty, wszyscy momentalnie uciekali na swoje stanowiska. Siostry zakonne raczej go unikały, bo potrafił być dość bezceremonialny. Wobec pacjentów natomiast był bardzo grzeczny, ale nie daj Boże, by mu ktoś podpadł. Kiedyś jeden z pacjentów miał w szafce wydmuszki jajek, zmyślnie wypełnione alkoholem. Jedno jajko wypadło z szafki i się zbiło - nie było dyskusji, Bienias z miejsca wyrzucił tego pacjenta. Był silnym i stanowczym człowiekiem, zoperował z powodzeniem tylu pacjentów, ale miał też pewną słabość - bał się poddać operacji woreczka żółciowego, chociaż często cierpiał z tego powodu i zdarzało się, że na odprawach siedział z okładem z ciepłego termofora.
Pierwsze kroki w zawodzie lekarza stawiała pod okiem Bieniasa stawiała Maria Tokarz, później przez wiele lat lecząca oławskie dzieci. - Po studiach w 1967 roku przyszłam do Oławy na staż - opowiada. - Bałam się strasznie, ale do dyrektora Bieniasa (tak go wszyscy wciąż nazywali, choć dyrektorem już w tym czasie nie był) zaprowadziła mnie Krysia Lechka, pracująca w rejestracji chorych. Przyjął mnie do pracy, mówiąc: "Koleżanko, 50% mojej życzliwości już pani ma, jako góralka, ale pozostałe 50% musi sobie pani wypracować". Rozpoczęłam staż na chirurgii. Doktor był bardzo wymagający, nikomu nawet nie przyszłoby do głowy, by nie zastosować się do jego poleceń. Mieszkałam wtedy w budynku szpitala na trzecim piętrze. Nieraz zdarzało się, że niezależnie od pory dnia czy nocy przychodził do mnie portier Mazurek, z poleceniem doktora Bieniasa, że mam się stawić na bloku operacyjnym. Nieważne, która była godzina, ani czy miałam jakieś inne plany - trzeba było, to szłam asystować przy operacji. Do dziś pamiętam usypianie pacjentów narkozą, kapiącą na maskę. Na początku tylko trzymałam haki, później doktor pozwalał mi szyć. Pewien starszy pan, któremu zszyłam ścięgno Achillesa, powiedział Bieniasowi: "To dziecko zszyło mi nogę i mogę nią ruszać!". Rzeczywiście, musiałam wtedy bardzo młodo wyglądać. Nie zdecydowałam się jednak na chirurgię, bo obawiałam się, że nie mam odpowiedniej kondycji. Doktor Bienias przekonywał mnie, że nie siła fizyczna, a psychiczna bardziej się w tym zawodzie liczy, że widzi, jak zszywam pooperacyjne rany - że ani mi ręka nie drgnie. Mimo to nie zostałam chirurgiem, tylko pediatrą. Pamiętam, że na oddziale wszyscy się go bali, ale mieli do niego wielki szacunek. Nam, stażystom, poświęcał bardzo dużo czasu i uwagi. Co rano rozdzielał pracę - kto do asysty przy stole operacyjnym, kto do izby przyjęć itd. Nauczył nas bardzo wiele, również diagnostyki, do dziś pamiętam dokładnie badanie brzucha.
(cdn.)
Grażyna Notz







Napisz komentarz
Komentarze