Na razie nie znamy jeszcze daty pogrzebu - Zmarły pochowany będzie prawdopodobnie na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu, gdzie jest grób rodzinny.
Ireneusz Grochowski zasłużył się jako twórca PSS "Społem" w Oławie i ten, który przez wiele lat z sukcesami kierował tą firmą.
- Ja tu się czuję spełniony, ujęła mnie ta firma - mówił nam 5 lat temu, gdy Jego ukochana firma, czyli PSS "Społem" świętowała 75 lecie istnienia. - Handel generalnie jest działalnością atrakcyjną. Emocje, kontrakty, gra cenowa, dyskusje, polemiki, nawet spory sądowe... To wszystko się toczyło w takim tempie, że w sumie to nie miałem nawet czasu się zastanowić, kiedy przyszła pora emerytury... Spółdzielnie społemowskie zawierały w sobie dużo większą wiedzę, takt i kulturę na tle innych spółdzielni, np. gminnych. Była dbałość o nowoczesne formy handlu, wydzielone stoiska. Reagowaliśmy na wszystkie nowości, choć czasem brakowało środków. Dbaliśmy o szkolenia pracowników, wymagaliśmy, aby w każdym oddziale byli specjaliści do spraw techniki sprzedaży, od reklamy - wtedy jeszcze nie było pojęcia marketingu.
*
Fragment rozmowy z Ireneuszem Grochowskim z 2020 roku:
W "Społem" miałem wiele zdarzeń i ciekawych przygód
- W grudniu mija 75 lat oławskiego "Społem", którego prezesem był pan przez 30 lat. Od kiedy firma przekształciła się w spółkę, czyli od 10 lat, pełni pan funkcję tzw. jednoosobowego zarządu. Wychodzi na to, że rok 2020 jest wyjątkowy. Podobno to także ostatni rok Ireneusza Grochowskiego jako prezesa "Społem". Prawda?
- Tak.
- Czyja to decyzja?
- Moja. Zatrudniano mnie na dłużej, nawet Rada Nadzorcza prosiła mnie o dalszą pracę, ale...
- Co się stało, że akurat teraz taka decyzja, czy po prostu przyszedł czas?
- Czas. W styczniu będę miał 74 lata. To już jest pewien wiek. Ja tu się czuję spełniony, ujęła mnie ta firma. Handel generalnie jest działalnością atrakcyjną. Emocje, kontrakty, gra cenowa, dyskusje, polemiki, nawet spory sądowe... To wszystko się toczyło w takim tempie, że w sumie to nie miałem nawet czasu się zastanowić, kiedy przyszła pora emerytury.
- Chce pan odpocząć?
- Dostrzegam, że czas na zmiany. Mam żonę, która przeszła poważne operacje i leczenie. Jest już zdrowa, ale Barbara często bywa sama w domu. Dzieci już są u siebie, a ja długo nie chciałem zrezygnować z pracy. Prawda jest taka, że zależy mi na naprawie szkód, jakie powstały w ostatnich latach w wyniku braku rąk do pracy, a obecnie strasznej pandemii.
(...)
- Wróćmy do samego początku. Skąd pochodzi pana rodzina?
- Mama z Poznańskiego, ojciec z Łódzkiego, a ja urodziłem się we Wrocławiu. Ojca w czasie wojny zgarnęli na granicy polsko-rumuńskiej, gdzie miał obstawiać przemarsz wojsk. Ponieważ w cywilu był szefem restauracji, w obozie jenieckim zgłosił się na ochotnika, że pójdzie do kuchni, bo zna się na gastronomii. Niemiec zauważył, że faktycznie jest sprawny, więc ojciec mógł pracować w kuchni, gdzie nauczył się piekarstwa i cukiernictwa. Gdy wracał do Polski po wojnie, na granicy pytali go o zawód. Powiedział, że piekarz-cukiernik. W takim razie oni dopytują, czy nie chciałby pojechać do Wrocławia odbudowywać wielką poniemiecką piekarnię - chodziło o słynnego "Mamuta". Zgodził się. Przyjechał do Wrocławia i zabrał się do roboty.
- A co z mamą?
- Mamę, córkę powstańca wielkopolskiego, tata poznał właśnie w Niemczech. Zabrali ją tam do fabryki konserw - to miała być kara dla dziadka za udział w Powstaniu Wielkopolskim. Moi przyszli rodzice do Polski wracali osobno, choć byli już - jak to się mówi - po słowie. Mama wróciła transportem w Poznańskie, gdzie dziadek miał dom. Tam przyjechał po nią ojciec - bo tak się wcześniej umówili - i razem przyjechali do Wrocławia, gdzie zamieszkali przy ul. Kurkowej. We Wrocławiu ja się urodziłem. Potem, gdy dziadek się rozchorował, pojechaliśmy do jego domu, do Góry koło Jarocina, gdzie mieszkaliśmy parę lat. Tam kończyłem szkołę podstawową i liceum ogólnokształcące. Po maturze złożyłem dokumenty na Akademię Rolniczą w Poznaniu, Wydział Leśnictwa. Wówczas imponowała mi rola leśniczego, ale niestety nie dostałem się na wnioskowany wydział i pojechałem do Wrocławia, do swojego rodzinnego miasta, gdzie zgodnie z pierwotnym zamiarem złożyłem dokumenty na Uniwersytecie Wrocławskim na Wydział Prawa i Administracji. Ten kierunek bardzo mi się podobał, oglądałem sporo amerykańskich filmów o prawnikach - to mnie urzekło. Zdałem na prawo i je ukończyłem, co potem przydało mi się w praktyce zawodowej. Również ukończyłem Studium Podyplomowe na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, co zbiegło się ze zmianą ustroju naszego kraju z komunizmu na kapitalizm. Ten szczęśliwy zbieg okoliczności spowodował, że z posiadanymi kwalifikacjami pracodawcy dostrzegli mnie jako kandydata na stanowiska kierownicze.
- Pewnie kwalifikacje przydały się także w trakcie prezesowania oławskiemu "Społem"?
- Oczywiście, ale to nie było tak od razu. Wcześniej byłem dyrektorem wrocławskiego oddziału Spółdzielni Transportu Wiejskiego, który miał swoje oddziały terenowe, obsługujące transportem specjalistycznym i ciężarowym dany rejon. W Zarządzie STW pracowałem jako kierownik tzw. przewozów międzywojewódzkich, które koordynowałem. Dyrektorem oławskiego oddziału STW był wtedy pan Wolański, który jednak awansował i był wakat. Zaproponowano, abym to ja zajął jego miejsce. Wtedy jeszcze studiowałem, więc nie bardzo chciałem, ale podjąłem tę pracę. Mowa była, że to będzie co najmniej na dwa lata. Chodziło też o pensje, bo była wyższa niż na poprzednim stanowisku. Oławę do tej pory mijałem, jak z Wrocławia, gdzie mieszkałem, jechałem do Opola, na Śląsk. Ostatecznie zdecydowałem się tu przyjść.
- Nie musiał pan wstąpić do PZPR, aby objąć takie stanowisko?
- Byłem bezpartyjny, nie chciałem nigdzie wstępować, bo uważałem, że to jest niepotrzebne. Jak po maturze, kiedy od razu nie dostałem się na studia, trafiłem na dwa lata do wojska, też mnie wciągali do PZPR. Żeby się wykręcić od tamtego kierunku, ojciec ze znajomym prezesem ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego załatwił, że będę członkiem właśnie ZSL. Mam nawet gdzieś tamtą legitymację. Zdjęcie jest w mundurze wojskowym, bo robiłem je w trybie natychmiastowym. Chodziło o to, abym mógł przyjechać do jednostki i wykazać, że już jestem członkiem ZSL, więc nie mogę należeć do PZPR. Oficer polityczny, który prowadził w wojsku wtedy dosyć mocną agitację, zauważył, że legitymacja jest nowa, a data lekko "cofnięta", ale nic nie mógł z tym zrobić. To był taki mój unik. Gdy przyszedłem do Oławy i objąłem funkcję dyrektora oddziału STW, sekretarzem Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR był pan Szczepan Strojecki, bardzo porządny człowiek, trochę zawadiaka, ale z humorem. - A wy, towarzyszu, do partii to nie? - pytał. Ja mu wtedy wytłumaczyłem, że nie. No to się napatoczył były działacz oławski pan Stanisław Domagała i postawił mi ultimatum. Miałem pół roku, żeby zapisać się do PZPR. Nie wiedziałem, że potrzebny jest wprowadzający, jakieś rekomendacje. Okres wstępny mi skrócili i już było posiedzenie Miejskiego Komitetu PZPR, na którym przyjmowali mnie na członka partii. Trochę to przeżywałem, bo nie chciałem kłamać, a byłem wychowany normalnie, w rodzinie katolickiej - i to było bardzo szczere, dziadkowie byli bardzo praktykujący. Ojciec był trochę inny i może dzięki niemu nie popadłem w zbyt duże zaangażowanie religijne. Ponieważ na studiach miałem filozofię materialistyczną i dialektyczną, na pytanie kogoś z komitetu PZPR, czy jestem o przekonaniach materialistycznych, odwróciłem sytuację i to ja go spytałem: - A pyta pan o materializm dialektyczny czy historyczny? Facet zgłupiał, nie podtrzymał pytania i poszliśmy dalej. Nie musiałem kłamać.
- I ostatecznie przyjęli pana?
- Tak, przyjęli i od razu zwrócili się do mnie, że skoro jestem młody, to będę w jakichś komisjach. Było tych zebrań dużo, ale ja zająłem się transportem, wymagał modernizacji z uwagi na duże obciążenia przewozowe, jakie tutaj miały miejsce.
- To jak pan do tego "Społem" doszedł?
- Po kolei. Komitet mnie angażował do różnych usług dla zakładów pracy, miałem koparki, ładowarki, dźwig, a był na to spory popyt. Użyczałem ten sprzęt wielu firmom, w tym także "Społem". Po pogrzebie mojego poprzednika w "Społem" zaproszono mnie nieoczekiwanie na rozmowę, w której brał udział m.in. znany mi wcześniej naczelnik miasta Michał Wąsiewicz. Był człowiekiem ogólnie lubianym, cieszył się sympatią. - Ty powinieneś wziąć udział w tym konkursie na prezesa oławskiego oddziału "Społem" - mówi. Powiedziałem, że nie, bo zacząłem już budowę biurowca STW i chciałem dokończyć. - Przecież ktoś tym STW się zajmie, fachowców mamy dużo - argumentował i prosił, abym się zgodził dla niego i dla Oławy, bo inni kandydaci byli z Jelcza, z Wrocławia. Mówię - dobra. Znałem hurt, bo tym się parałem, ale na detalu się nie znałem. - Idź, zobaczymy, jak będzie - usłyszałem. Pojechałem więc do Zarządu WSS, stanąłem przed komisją i zaczęli mnie wałkować. Jak czegoś nie wiedziałem, otwarcie mówiłem, że zawsze można tę wiedzę uzupełnić. Kandydatów było kilkunastu, ale okazało się, że wygrałem. Trochę niechcący, bo jakoś specjalnie się nie starałem. W ogóle nie byłem zachwycony tą propozycją Wąsiewicza. Po 10 dniach przekazali informację naczelnikowi i przyszła do mnie do biura STW pani Marysia Mazur, by powiadomić o rezultacie konkursu. - Czy pan jest członkiem "Społem" - spytała. - Skąd? - odpowiedziałem. - No to musimy uzupełnić - powiedziała. I już miałem deklarację do wypełnienia. Konkurs był w listopadzie, a już w grudniu byłem zaproszony przez pracowników "Społem" na zabawę sylwestrową. Chciałem poznać tych ludzi, bo w większości byli dla mnie obcy.
- W STW pracował pan głównie z mężczyznami, a w "Społem" prawdziwy babiniec...
- Różnica była oczywista. To była firma, która zatrudniała 450 osób, w tym większość pań. Od tamtej pory nazwałem ją "Rzeczpospolitą Babską", jak w tytule znanego filmu. Wiedziałem, że teraz muszę się odnosić do współpracowników z jakąś taką inną kulturą.
- Była różnica w kierowaniu zespołem kobiecym?
- Duża. Tam krótko wszystko załatwiałem. Tu musiałem więcej mówić. I to ładnie. Oraz słuchać, a pilnie słuchałem, bo okazało się, że mamy tu wiele świetnych pań, które znają handel. W tych pierwszych miesiącach pomagał mi księgowy Teofil Turczyniewicz, była też wiceprezes do spraw gastronomi i produkcji Halina Wierzbicka, bardzo kompetentna osoba, która zastępowała prezesa do czasu wyborów nowego. Przekazywała mi wszystkie informacje, siedzieliśmy nieraz po godzinach, żeby nie tylko czytać, ale i rozmawiać o tym, co naprawę jest ważne w tej firmie.
- Co z perspektywy tych wszystkich lat okazało się pana największym osobistym sukcesem jako prezesa "Społem"?
- To była generalnie decyzja i realizacja budowy nowego dużego sklepu na Osiedlu Sobieskiego - chodzi oczywiście o supermarket "Jakub", który spotkał się z uznaniem klientów. Wcześniej przekonałem Radę Nadzorczą spółdzielni do remontu kapitalnego bardzo ładnego obiektu handlowego, jakim był "Kwadraciak". I tak się stało. W miejsce sześciu sklepów w nim działających i po odkupieniu części należącej do byłej Spółdzielni Wielobranżowej w Oławie, powstał nowoczesny supermarket, który z powodzeniem funkcjonuje do dzisiaj. Obiecałem wtedy radzie, że rentowność obiektu wzrośnie dziesięciokrotnie. I przekroczyłem te zobowiązania, bo przychody i zyski były nawet wyższe. Byłem wtedy uparty, przekonany, że tak będzie i... miałem rację.
- Czy coś jeszcze można poprawić w działaniu tego sztandarowego sklepu "Społem"?
- Oczywiście tak, postęp jaki obserwujemy w rozwoju nowoczesnych sklepów wielkopowierzchniowych pokazuje, że można stosować inne rozwiązania w zakresie urządzeń chłodniczych, które są bardzo kosztowne w eksploatacji. To powoduje, że musimy przygotować stosowne projekty i zgromadzić środki finansowe, które pozwolą przeprowadzić kolejną uzasadnioną modernizację "Kwadraciaka". Pytał pan o mój sukces, to może wspomnę jeszcze sklep nr 36 na Paderewskiego, bo to ciekawa historia. To był mały kiosk. Poprosiłem wtedy Zarząd WSS, żeby pozwolili mi rozbudować magazyny tego punktu. Tłumaczyłem, że jest za mały i nie mam jak przechować większej masy towarowej, a to wtedy było ważne, bo Osiedle Sobieskiego się mocno rozbudowywało. No to wpisali do inwestycji pewną kwotę. Przygotowałem projekt i zrobiliśmy taki trick, że kiosk został obudowany nowymi murami, tak że został w środku, potem wystarczyło go usunąć i mamy nowy sklep - ten, który jest obecnie użytkowany przez sportowców. Przyjechał potem prezes z WSS Wrocław i mówi do mnie: - Co wy tu, kolego, jakiś nowy sklep budujecie? To miał być tylko magazyn. Przecież nie mamy tyle pieniędzy! Ale miałem mądrych księgowych, więc mogliśmy też własne środki przeznaczyć na ten sklep i wyszło tak, jak zaplanowaliśmy.
- A pamięta pan sytuację, jak to pracownicy piekarni chcieli pana odwołać za zniszczenie porządnej kotłowni węglowej?
- To prawda. Aktywni działacze spółdzielni krytykowali i wzywali do odwołania zarządu za zniszczenie kotłowni. Gdyby wcześniej przyszli i posłuchali mnie, to by zapewne nie podjęli takiego protestu. Ta kotłownia rzeczywiście była nowoczesna jak na lata 80. O co poszło? O węgiel. Bo ja zamieniłem wtedy paliwo do ogrzewania na olej opałowy, a byli tacy, którzy "korzystali" z tego węgla. Zapasy węgla przekraczały 800 ton rocznie.
- Czy ostatecznie było głosowanie za odwołaniem Grochowskiego?
- Nie, ale musiałem wyjaśniać, jak duża jest różnica w kosztach między tymi przy opalaniem węglem a olejem opałowym. Ostatecznie przekonałem wszystkich i stanęło na wymianie dużych kotłów na mały kocioł olejowy. W tej firmie miałem wiele przygód. Ja to wszystko nazywam wielką przygodą dla mnie. Los nie szczędził mi różnych problemów, ale też nie żałował mi sukcesów. Bo jak potem zdecydowałem się na gaz, to uzyskałem świetne warunki, znacząco obniżyłem koszty.
- Podobno w latach 80. milicja goniła kierowników sklepów, bo trzymali na zapleczu towar reglamentowany.
- Wtedy wszelkie towary budziły zainteresowanie. Sprowadzałem np. obtłuczone garnki z Olkusza, na wagę. Pracownicy przebierali je i te mniej uszkodzone wystawiali do sprzedaży na sztuki. Wtedy była wojna z państwową Inspekcja Handlową, bo uznawała, że to jest zła działalność - nie było wtedy jeszcze wolnego rynku. Proszę sobie wyobrazić, że milicja miała pretensje o to, że trzymaliśmy na zapleczu koniaki czy "sowietskoje igristoje". Myśmy tego nie wprowadzali do handlu, to były znikome ilości, a potrzebne nam do "przeprowadzania transakcji". W ten sposób pozyskałem np. Zakłady Mięsne Wrocław. Już ich nie ma, ale to były wyroby, które zmieniły smak naszych konsumentów w Oławie i okolicy. "Załatwialiśmy" też inne produkty, np. farby. Jak się jechało z tymi butelkami, to wszystko można było załatwić, także materiały budowlane. Był taki wiceprezes GS Marian Pałczak, rzutki facet. - Wiesz, znasz kogo w tej firmie od cementu pod Opolem" - pyta. - Tak - mówię. - A mógłbyś coś załatwić? - Spróbuję. Wydzwaniałem do tych znajomych, których miałem z czasów zajmowania się transportem i mówię, że potrzebuję 20 ton cementu w workach. - Nie, to jest niemożliwe, bo nie mamy wolnego taboru. - Ale ja się nie pytam o tabor, ja wynajmę wagony czy ciężarówki - mówię. I tak to było, wszystko się załatwiało. Kiedyś kolega, którego poznałem na jakiejś konferencji, świetny facet, wysłał mi z Mazur, z potężnej hodowli, którą prowadził, indyki poza kartkami, ale bez odpowiednich świadectw sanitarnych. Nasz urząd trochę podskakiwał, ale ostatecznie sprawę wyciszył, sanepid chciał badań, więc faksowałem do tej firmy na Mazury, żeby dosłali jak najwięcej papierów. - Stary, przepraszam, już dosyłam - usłyszałem tylko. Sanepid zaakceptował i można było sprzedawać. Ludzie nie wierzyli, że to było mięso poza kartkami.
- A to prawda, że jak mieliście wykańczać lokal pod restaurację "Adrię" w Rynku, to drzewa, z których miała być robiona boazeria, jeszcze były w lesie?
- Prawda. Tartak oławski zgodził się przyciąć deski, bo kierownik to był bardzo sympatyczny gość, ale musiałem jechać do nadleśnictwa do Wrocławia uzyskać jakieś zgody. No i było klasycznie. Gadamy, gadamy i nic. Facet coś nie łapie czy co? Wreszcie otworzył szufladę i kolega, który był ze mną, wsunął do niej przywieziony prezent, słodycze, alkohol. - Panowie, drzewo będzie gotowe za tydzień! No takie były czasy. Ale dzięki współpracy jako szefowie oławskich zakładów potrafiliśmy zawierać ze sobą różne sojusze, aby coś zyskać dla miasta. Inaczej nie dało się funkcjonować. A dziś nawet nie bardzo wiadomo, kto jest szefem czy właścicielem firmy. Wszedł obcy kapitał, a tam wszyscy incognito, czasem nawet nie ma z kim pogadać. Wciąż gdzieś tam głęboko mam ukryty żal do samorządu o dopuszczenie do tego, co się stało. O masowe wpuszczanie do nas obcego kapitału.
- To był błąd?
- Uważam, że oni mogli to jakoś powstrzymać, a przynajmniej opóźnić. Od wielu prywatnych drobnych kupców wiem, że likwidowali swoją działalność, bo nie wytrzymywali konkurencji, presji cenowej tych nowych sklepów. W okresie PRL-u wyniki działalności gospodarczej nie podlegały kapitalizacji, stąd brak własnych środków na rozwój, a można to było rozwiązać inaczej. Należało odpowiednio wcześniej zrewidować te sprawy, w których obcy kapitał nie grał fair. Bo teraz to oni są już tak śmiali, bezczelni, że nie muszą nikogo pytać, tylko robią, co chcą.
- Swego czasu wprowadzaliście na lokalny rynek oławskie marki. Był makaron oławski, sernik oławski... Co nie wyszło?
- Do realizacji i aktywizacji rynku odbiorców naszych produktów są potrzebne osoby, które posiadają umiejętności handlowe i doświadczenie. Takich osób brakowało i brakuje nadal. To wymaga osobnego rozstrzygnięcia przez zaangażowanie środków na szkolenia kandydatów, którzy się do takiej roli zgłoszą. Wtedy można wrócić do poszerzenia produkcji własnych wyrobów.
(...)
- Czy nie żal panu tego, że dawna spółdzielnia nie jest już spółdzielnią, tylko spółką.
- Z wielką sympatią do tego wracam wspomnieniami. Spółdzielnie społemowskie zawierały
w sobie dużo większą wiedzę, takt i kulturę na tle innych spółdzielni, np. gminnych. Była dbałość o nowoczesne formy handlu, wydzielone stoiska. Reagowaliśmy na wszystkie nowości, choć czasem brakowało środków. Dbaliśmy o szkolenia pracowników, wymagaliśmy, aby w każdym oddziale byli specjaliści do spraw techniki sprzedaży, od reklamy - wtedy jeszcze nie było pojęcia marketingu.
- Ale żal panu, czy nie, bo trochę ucieka pan od odpowiedzi?
- Nie pomyliłem się przekształcając spółdzielnią w spółkę. Spółka wniosła prawo własności udziałowców i prawo spadkobrania, czego nie było i nie ma dotąd w spółdzielczości. Gdybyśmy to zrobili wcześniej, jak jeszcze mieliśmy większy wpływ na rynek lokalny, a często byliśmy monopolistą, to zmiany by lepiej zaprocentowały. Ale wcześniej nie można było się przekształcać bez odpowiednich zgód. Jak już można było, zrobiłem to, aby członków spółdzielni przekształcić w udziałowców i dać im szansę korzystania w większym stopniu ze swoich udziałów. I stała się wtedy rzecz niecodzienna. Jak przygotowywaliśmy przekształcenie spółdzielni w spółkę, zaczął się ruch przystępowania członków rodzin do spółdzielni, bo liczyli na udziały.
Pamiętam również czasy, kiedy z chwilą zmiany ustroju naszego państwa byliśmy zobowiązani oddać lokale miastu, czyli własności komunalnej. Chciałem niektóre sklepy zatrzymać, ale nowe władze odmówiły dalszego posiadania tych lokali komunalnych, stąd zaproponowałem by przekazali je dotychczasowym pracownikom tych sklepów, którym pomogliśmy stworzyć i zarejestrować spółki cywilne, co dało im pracę i źródła utrzymania, a nam ograniczyło koszty związane ze zwrotem tych lokali...







Napisz komentarz
Komentarze