Nieczęsto się zdarza, by po tylu latach udawało się znaleźć wspólny język i rozmawiać bez tematów tabu. Im się udaje. Od lat. Gdy się kolejny raz zbiorą, początkowo głównie wspominają, co kto zapamiętał, potem są tematy dotyczące życia, czyli jak się komu potoczyło, aż wreszcie dochodzą do spraw bieżących i rozmawiają bez bariery czasowej, jakby się widywali codziennie.

Niektórzy znają się jeszcze z przedszkola. W pierwszym rzędzie drugi z prawej to Jarek Surdel, czwarty z prawe Arek Sobczak, szósta z prawej Dorota Banasiak, a czwarty z prawej w ostatnim rzędzie jest Krzysiek Pałczak
Spotykali się już wiele razy wcześniej, ale tym razem, 4 lipca, było prawie oficjalnie, a na pewno bardziej uroczyście, bo w hotelowej restauracji "Marta".
- Musieliśmy zaznaczyć tę przyjaźń, która trwa już ponad pół wieku - uzasadniają.
Bo wyjątkowe jest to, że trzymają się razem przez całe życie. Zwykle dotyczy to roczników szkół średnich czy grup studentów, a tu... absolwenci podstawówki. To nieczęste.
- Głęboko się na tym zastanawiałam - opowiada Dorota Banasiak, która na spotkanie przyleciała aż z Australii. - Jest mi to potrzebne do jakiegoś podsumowania życia, naszej dojrzałości... I zrozumiałam, że byliśmy grupą dzieci wyjątkowo emocjonalnie dojrzałych.
Skąd to się wzięło? Tłumaczy, że w klasie był chłopiec - jak byśmy dziś powiedzieli - niskorosły, Robert Woźniak, na którego wszyscy mówili Jimmy.
- To ukształtowało w nas takie wyjątkowe podejście - tłumaczy Dorota. - Myśmy go bronili, myśmy go nosili... Dzieci mogą być brutalne i generalnie tak bywało, ale u nas było inaczej. Mieliśmy poczucie, że trzeba się nim opiekować. Był wśród nas jakiś niepisany kod postępowania. Od samego początku byliśmy w tym podobni do siebie, jakby ulepieni z jednej gliny...

Boisko SP nr 5 w 1981 roku. Po zakończeniu ósmej klasy. Z przodu od lewej Ela Goch i Jola Zawiślak, z tyłu od lewej Iwona Omelańska, Renata Tyc, Dorota Banasiak
*
Do "Marty" dotarło około 15 osób, co jest niezłym wynikiem na takie klasowe spotkanie po latach. Po wielu latach.
Gdy zaczynali chodzić do szkoły przy Kamiennej, nosiła ona imię Partyzanckiej Brygady "Grunwald". Ich pierwszą wychowawczynią była pani Kott, a jedną z kolejnych pani Kochutek. Na pewno je wspominali - jak to na takich spotkaniach - podobnie jak klasowe miłości, bo i takie były. Beata Krawczyk i Jarek Sobczak od lat są małżeństwem.
- Z tamtych czasów wiele pamiętam, choćby sytuację, gdy kolega wybił szybę na półpiętrze - mówi Jarek Surdel, który specjalnie na to spotkanie przyjechał z Niemiec.
- A pamiętacie, jak Renacie Lech pod tyłek podłożyliśmy kaktusa, gdy siadała na krześle? - pyta Grzegorz Śliwa, ale od razu dorzuca: - To jednak nie przeszkadza nam dzisiaj być najlepszymi przyjaciółmi.
- Najjaskrawiej z tamtych czasów wspominam to, jak nauczycielowi, który zalazł nam za skórę, przenieśliśmy samochód spod szkoły i wcisnęliśmy między słupki, żeby nie mógł sam wyjechać - opowiada Arek Sobczak. - Tego maluszka, bo to był mały Fiat, niosło 5-6 osób. Rodzice musieli się potem za nas tłumaczyć, ale nikt nie wydał kolegów.
- Zapamiętałem taką sytuację - mówi Tadeusz Polan, dziś ksiądz proboszcz z parafii w Kurapatniku. - Oczywiście słów świętej pamięci Piotra Maraja nie będą cytował, ale pamiętam, że graliśmy wtedy w piłę na asfalcie, bo takie tam było boisko, a on nie miał odpowiedniego obuwia. Przyszedł do mnie i powiedział: - Tadek, dawaj trampki, wyskakuj ze swoich, bo jak nie, to...!

Spotkanie klasowe w 2003 roku
*
Słowo "przyjaźń" pada wiele razy w tych opowieściach.
- Bo to ona nas łączy, przyjaźń - mówi Jarek Surdel. - Znamy się od pierwszej klasy podstawówki, szanujemy się. I to jest najważniejsze. Nie jest ważny wiek, ale szacunek. Zawsze sobie pomagaliśmy. Pamiętam, że gdy ktoś nie miał zadania domowego, zawsze inny mu pomógł.
- Mamy już po te 60 lat i fajnie jest usiąść razem przy stole, powspominać, a każdy ma coś nowego do powiedzenia - mówi Grzegorz Śliwa. - Najbardziej wspominam to, że kiedyś to było pięknie... Już zapowiedziałem, że na każde kolejne spotkanie zawsze postaram się być. Jesteśmy sami swoi, choć się nie widujemy na bieżąco. Jest jakiś klej między nami, który powoduje, że trzymamy się razem.
- Takie spotkanie to podróż wstecz, wspominanie, ale i wyrażenie szacunku wobec wszystkich, z którymi się spotykamy - mówi Arek Sobczak. - Jesteśmy różni, ale łączy nas przyjaźń, która przetrwała 50 lat. I wzajemny szacunek. Dlatego po tylu latach znów chcieliśmy się spotkać. Nasza przyjaźń jest autentyczna, choć nie jakaś wyidealizowana. Dlatego przychodzimy na te spotkania. Chcemy powspominać i pobyć ze sobą. Co nam to daje? Wzmacnia nas. Kiedyś będziemy mogli sobie uświadomić, że była taka grupa ludzi, taka klasa, która przez tyle lat utrzymywała kontakt. Nie odwracaliśmy się od siebie mimo wielu różnic i mieszkania w różnych zakątkach świata.
- Nie wiem, jaki jest klucz do tej naszej przyjaźni - zastanawia się Krzysztof Pałczak. - Jest i koniec. Możemy na sobie polegać. Bycie dobrym człowiekiem, lojalność, zaufanie - to jest to. Jesteśmy razem, choć czasem daleko od siebie.
Jego żona Ala Pałczak dodaje: - Ja do tej klasy nie chodziłam, ale gdy mi kiedyś mąż powiedział, że koleżanka przylatuje z Australii i widziałem jego zadowolenie, to... byłam zazdrosna i niezadowolona. Ale pykło. Poznałam je wszystkie - Elę, Dorotę... Cudowne, zakochałam się. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Jest takie jedno flow, które łączy tych ludzi. Moim zdaniem dobrych, sympatycznych, pomocnych. Dobrze się ze sobą czujemy. Lubię tę atmosferę. To prawdziwa przyjaźń, w której ja też mogę uczestniczyć, choć przecież z innej klasy, ale za to jestem wdzięczna. Myślę, że oni będą się do końca tak spotykać. Bo oni się po prostu lubią. Nikt się nie odwróci jeden od drugiego. To nie są częste sytuacje - moim zdaniem współczesny świat tego nie daje, wszyscy tylko w telefonach, brakuje prawdziwych relacji, jakie tworzą się właśnie podczas takich spotkań. Nie chodziłam do tej klasy, ale znajduję z nimi wspólny język. Są normalni, empatyczni, jeśli mogą, to pomogą. Jeśli nie mogą, to powiedzą. Nie ma barier. Nie ma spiny. Ludzie otwarci, przyjacielscy. Takie relacje to jest właśnie to, o co chodzi w życiu, którym oni się cieszą. Razem.
- Wróciły wspomnienia - mówi Arkadiusz Jackiewicz, który przyjechał z Głogowa i ma za sobą 31 lat służby mundurowej w wojsku. - Przyznaję, że nie wszystkich rozpoznałem do razu, bo nie widziałem ich od 30 lat, więc trzeba było mi powiedzieć, kto jest kto. Spotkanie jest dla mnie ważne, bo to nie tylko integracja. Ono wzmacnia, jest wyjątkowe, pewne dawne emocje wracają.
- Czas upływa i to widzimy, wspólnie przeżywamy - mówi ks. Tadeusz Polan. - Przyjaźń jest bardzo ważna, te nasze wzajemne odniesienia, relacje. To wszystko sprawia, że myśli się o wartości życia.

Spotkanie w 2025 roku
*
Że naprawdę dbają o te relacje, niech zaświadczy historia, którą opowiada Dorota:
- 17 lat temu w Sydney do mojej mamy zadzwonił znajomy i mówi, że przyjechała wycieczka z Polski i jest z nią jakiś ksiądz, który poszukuje Doroty Banasiak. Myślę sobie, co za ściema?! Jaki ksiądz? Żadnego nie znam! "Chodził z tobą do klasy" - słyszę. Do jakiej klasy? "W szkole podstawowej". Najpierw dzwonię do hotelu, gdzie potwierdzają, że ktoś taki jest. Jadę, ale wciąż nie wiem, o jakiego księdza chodzi. Wreszcie go widzę. Jakiś facet, którego nie znam, mówi do mnie z uśmiechem: "Pamiętasz, co wpisałem Ci do pamiętnika na szkolne pożegnanie?". Tadziu! - wtedy go poznałam, a on od razu wyrecytował słowo w słowo, co wpisał mi do pamiętnika. I wtedy, te 17 lat temu, poznałam Tadzia z naszej klasy, który został księdzem. A teraz, 4 lipca 2026, opowiadał wszystkim, jak on mnie wtedy znalazł. I to jest historia! Najpierw poszedł do gazety oławskiej i poprosił, żeby mu tam otworzyli archiwa, bo kiedyś przeczytał artykuł, że Dorota pojechała do Sydney... Znalazł ten artykuł, wyczytał, że ja w radiu pracuję i już w drodze do Australii układał sobie, jak do mnie dotrzeć. Ktoś, kto był ich pilotem w Australii, akurat miał na sobie koszulkę z logo polskiej radiowej "Trójki". Tadziu spojrzał na to logo i zaczął mówić: - Proszę pana, mam taką dawną znajomą, czy czasami, bo pan ma związek z radiem, nie zna pan tej Doroty Banasiak? - Oczywiście, że znam! To córka mojej przyjaciółki.
I takim sposobem spotkali się po latach gdzieś tam w Australii. Bo są z tej samej klasy.
*
Czasem te kontakty naprawdę potrafią zmienić życie, o czym z kolei opowiada Elżbieta Zborowska (z domu Kozubowska): - Moja przyjaźń z Dorotą trwa już ponad 50 lat. Miałyśmy stały kontakt, mimo że dzieli nas duża odległość. Pisałyśmy do siebie listy, a Dorota odwiedziła kilka razy Polskę. Dzięki niej ja mogłam odwiedzić Australię i pomieszkać tam dziewięć miesięcy. Dorota nigdy mnie nie zawiodła, zawsze mogłam na nią liczyć. Gdy w 1993 roku pojechałam do Australii, mój ówczesny chłopak, który został w Polsce, zrozumiał, co stracił i... oświadczył mi się przez telefon.
Wróciła wtedy do kraju, do chłopaka, choć mogła pozostać w Australii u Doroty.
- I właśnie ta relacja nauczyła mnie, że nie można palić za sobą mostów - dodaje Elżbieta Zborowska. - Można się pięknie różnić, mieć swoje zdanie, ale nie powinno to wpływać na wzajemne kontakty. To one nauczyły mnie dialogu, komunikacji z innymi i tolerancji. Sprawdzają się wszystkie przysłowia dotyczące przyjaźni. Taka relacja jak nasza trafia się jak w Totku - raz na milion. Przyjaźń - już to wiem - to jedna z najważniejszych wartości w życiu. Gdy sobie uzmysławiam, że ten kontakt przecież można było sobie odpuścić i nie podtrzymywać relacji, rozumiem, jak wiele bym straciła...

1992 roku - od lewej Dorota Banasiak, Beata Sobczak (z domu Krawczyk) i Ela Zborowska (z domu Kozubowska)

Spotkanie w 1992 roku

4 lipca 2026 - od lewej Arek Jackiewicz, Krzysiek Pałczak, Dorota Banasiak, Grzesiek Śliwa i Arek Sobczak

Napisz komentarz
Komentarze