Grób jest skromny, taki jak wszystkie inne. A przecież on sam do zwyczajnych nie należał. Mierzył 228 centymetrów wzrostu. Gdyby żył - nadal byłby najwyższym Polakiem.
- Trumna miała 2,5 metra, ale i tak była licha. Jak ją ściągaliśmy z samochodu, to od spodu deska odpadła. Baliśmy się, że Gienia zgubimy - wspominała jego bratowa, Józefa Taracińska.
Rodzina chciała, by grób był większy, dostosowany do rozmiarów zmarłego. Zakład pogrzebowy odmówił - trzeba by robić specjalne formy i dopłacić. Ostatecznie stanął nagrobek standardowy.
Rósł i rósł
Eugeniusz Taraciński urodził się w 1928 roku na dawnych Kresach. Po wojnie trafił z rodziną najpierw do Sanoka, potem do Bystrzycy pod Oławą. Rósł szybciej i dłużej niż inni - znacznie dłużej.
- Gdy szedł do pierwszej komunii, ojciec kupował mu garnitur jak dla dorosłego. A on dalej rósł - opowiada członek rodziny.
W dorosłym życiu pracował fizycznie: w lesie, potem w Jelczańskich Zakładach Samochodowych. Był silny jak kilku mężczyzn.
- Jak w barze była awantura, wystarczyło powiedzieć: ‘Idziemy po Gienia’ i wszyscy się uspokajali - wspominał Waldemar Dawidowicz.
- Pijaków z knajpy wynosił po jednego w każdej ręce” - dodaje.
A jednak był spokojny, cichy, raczej usuwał się w cień.
- Nigdy nie widziałem, żeby się naprawdę zezłościł. Złoty człowiek - wspominał Władysław Herba z Bystrzycy jego rówieśnik.
Choroba, która tłumaczyła wszystko
Dopiero w Warszawie lekarze odkryli przyczynę jego niezwykłego wzrostu: guz przysadki mózgowej. Taraciński miał już ponad 30 lat i nadal rósł. Był naświetlany w klinice na Wołoskiej. Wyłysiał, a gdy włosy odrosły - były już siwe.
- Ze sportu nic nie wyszło. Miał tylko stać pod koszem i wrzucać piłki - wspominał Herba.
Pojawiały się też inne propozycje - cyrk, „naukowe badania po śmierci”.
- Dawali rodzinie pieniądze, żeby oddała jego ciało po śmierci. Nie zgodził się - mówią bliscy.
Życie w rozmiarze XXXXL
Wszystko w jego życiu musiało być większe: buty (rozmiar 54–56), łóżko, fotel, rower, wózek inwalidzki.
- Raz w życiu robi się takie buty. Długie prawie na 40 centymetrów - mówił bystrzycki szewc Władysław Kondiuch.
Koszule miał zawsze za krótkie, rękawy podwinięte. Garnitury szyto na miarę. Pomagały zakłady, spółdzielnie, czasem gmina. Miał rentę „za wzrost”.
- Potrzeby miał wielkie, jak on sam - mówiła bratowa.
Samotność najwyższego człowieka
Nigdy się nie ożenił. Były próby swatania, nawet z równie wysoką Węgierką. Bez skutku.
- Może by chciał kogoś mieć, ale nie było szans - mówiła Józefa Taracińska.
Najbardziej przeżył śmierć matki. Potem zamieszkał w hotelu robotniczym w Jelczu, by nikomu nie przeszkadzać.
- Nie chciał być ciężarem - mówią bliscy.
Do kościoła chodził regularnie. Siadał na chórze. Drewniane schody uginały się pod jego ciężarem.
- Niech ten człowiek już tam nie chodzi, bo może być nieszczęście - powiedział kiedyś ksiądz z ambony.
Nieszczęścia nie było. Ale szczęścia też niewiele.
Pamięć
Dziś w Bystrzycy nie ma domu, w którym by go nie pamiętano. Zdjęć zostało niewiele - rozdane, zagubione, zniszczone.
- Tu był uwielbiany. Tutaj mógł się czuć dobrze - opowiadał Władysław Herba.
Najwyższy Polak. Człowiek większy niż życie. A jednak - jak wszyscy - szukający zwykłego szczęścia.
*
Materiał powstał na podstawie tekstu Jerzego Kamińskiego "Wielkolud z Bystrzycy", który ukazał się w "Gazecie Powiatowej" (styczeń 2013):
Zdjęcia poniżej pochodzą od rodziny, sąsiadów Eugeniusza Taracińskiego, z arch. Gazety Powiatowej, z arch. ZS w Bystrzycy, arch. Jerzego Smyka, arch. Mieczysława Jarosławskiego, pani Ani i innych, którzy nam je użyczyli.





























Napisz komentarz
Komentarze