Spotkanie w hotelu Sobieski, gdzie ugościł zebranych Roman Kaczor, zainicjowali Andrzej Ilnicki i Jacek Pilawa. Dotyczyło problemów rolnictwa. W rozmowie 29 stycznia wzięli udział, poza trzema politykami z partii koalicji aktualnie rządzącej, czyli PO i PSL, przedstawiciele środowisk lokalnych producentów żywności, czyli rolnicy oraz działacze izb rolniczych.
- Od lat z Jackiem spieramy się na temat rolnictwa, ale to, co się ostatnio dzieje, a myślę o wejściu umowy z Mercosurem, rozgrzało dyskusję, choć jest ona czasami jednostronna - mówił Ilnicki. - Handlować z Chinami nie za bardzo będzie się opłacało, z Rosją zdecydowanie nie, a z Afryką raczej nie, więc pozostaje pytanie - to z kim jako Europa mamy handlować? Czy rzeczywiście, jak mówią niektórzy rolnicy, wychodzimy z tej Unii, bo oni nas zgnębią? Jak zgnębią? To mamy zostać tylko z Rosją i Białorusią?

- Żeby żyć, musimy jeść, pić i oddychać. A jedzenie musimy wyprodukować, bo innej drogi nie ma - mówił Jacek Pilawa. - Trzeba to sobie uświadomić, że żyjemy tylko dzięki rolnictwu.
Andrzej Ilnicki zacytował wyniki badań, z których wynikało, że tylko niewielki procent producentów rolnych wierzy, że przetrwa dłużej niż 10 lat.
- Czy perspektywa rzeczywiście jest aż tak tragiczna?
Nie da się w jednym krótkim materiale prasowym przekazać wszystkich głosów w dyskusji, zwłaszcza że nie zawsze były zgodne. Najciekawsze wypowiedzi warto jednak odnotować.
- Mercosur to jest gwóźdź do trumny naszego rolnictwa w Europie, bo problem jest szerszy, ogólnoświatowy - mówił Dariusz Kubik. - Uważam, że cała unijna polityka rolna, a naszego rządu zwłaszcza, jest fatalna. Dlaczego Niemiec przed kupieniem czegoś przegląda produkt w sklepie. Kolega zza zachodniej granicy tłumaczył mi, że zasada jest prosta. On szuka producenta ze swojego powiatu, ze swojego landu, bo tu potem zostaną podatki, tu będzie inwestycja. A u nas w Polsce, wiecie sami, jak się robi. Byle taniej. Czy nasi konsumenci wiedzą, co kupują? Co jedzą? Co jest w tym pięknym opakowaniu? Każdy zapewne nie raz naciął się na produkcie, który był pięknie zapakowany, ale... nie do spożycia. A tak nie powinno być. Każdy mieszkaniec powinien mieć prawo, by zjeść dobrą, zdrową żywność, a nie najtańszą, czyli najgorszą. A przede wszystkim powinien wiedzieć, co kupuje. Co naprawdę jest w opakowaniu.

- Unia Europejska powstała po to, aby stworzyć swoje elitarne państwa, które będą chronione - mówił Józef Hołyński. - Mieliśmy dopłaty do sprzętu, chodziło o to, abyśmy produkowali zdrową i dobrą żywność, bezpieczną, w miarę tanią. Granice w UE były w sposób jasny chronione. W ten sposób rozwijaliśmy się, ale UE zaczęła coraz bardziej naciskać, aby zapewnić państwom europejskim zdrową żywność - wtedy wycofano bardzo wiele środków ochrony roślin, których nam nie wolno było stosować. Dzisiaj nie mamy możliwości stosowania bardzo silnych środków, które oddziałują na organizm ludzki i zwierzęcy, przez co uzyskujemy mniejsze plony. Unia wprowadziła ograniczone możliwości stosowania środków ochrony roślin. Mamy całą masę innych ograniczeń, np. limitowany czas wysypywania nawozów na własne pola pod rygorem kar. Mamy określone ilości dawek nawozów. Wszystko jest limitowane, co ogranicza produkcję. Zwiększamy ją więc przez inne elementy, np. sposoby uprawy. I nagle dla pomocy innym otwieramy granice od naszych wschodnich sąsiadów, którzy są w stanie wojny. Były premier rządu PiS nazwał zboże "technicznym", co jest niedopuszczalne i skandaliczne. Dlaczego tak nazwał? Aby służby fitosanitarne na granicy nie musiały tego badać. A de facto poszło ono do konsumpcji, czy to w postaci pasz dla zwierząt czy wprost do produkcji. Gdy ta furtka została już otwarta, przyszedł nowy rząd, ale praktycznie niewiele zrobił w tej kwestii. Twierdzi, że to rzekomo kontroluje, ale nikt nie kontroluje tego pod kątem zawartości środków niedopuszczalnych w tych produktach.
- Nawet nie wolno badać tego kontyngentu - potwierdził Dariusz Kubik.
- Nie możemy w takiej sytuacji konkurować z nimi - mówi Hołyński. - Tam są latyfundia, czyli zero szans w konkurencji z nimi. Polskie rolnictwo nie ma szans, aby się w takiej sytuacji obronić. Powiem dobitniej, niż powiedział to kolega. Mercosur? Tak. Jest gwoździem do trumny, ale to trumny już zabitej gwoździami. Bo problem polega na tym, że nie jesteśmy dzisiaj w stanie stawić czoła temu, co przychodzi do nas zza wschodniej granicy. My powinniśmy i możemy pomagać krajowi, który toczy wojnę, ale na skalę swoich możliwości. Skoro jest tak, jak jest, to i u nas powinna być wolna amerykanka, skoro oni mają wolną amerykankę. Proszę pamiętać, że te wszystkie środki ochrony roślin produkują firmy zachodnie i tam sprzedają. To jest skandal. My tego nie przetrwamy, a jako spółdzielcy to już w ogóle. W obecnych warunkach nie mamy siły, aby stawić czoła napływowi żywności, która przychodzi do nas z zagranicy.

- Tu Unia sprzeniewierzyła się swoim zasadom - podsumował to krótko Andrzej Ilnicki.
Jednym z pomysłów, aby jakoś uporządkować gospodarkę rolną w Polsce, jest tzw. "aktywny rolnik" - zgodnie z ustawą o dopłatach, może się o nią ubiegać tylko i wyłącznie rolnik, który tę ziemię uprawia. Tak mówi prawo, ale to nie działało.
- Poszczególne rządy źle działały i w ogóle niczego nie rozumiały - mówił Hołyński. - Naturalnie takich właśnie małych gospodarstw mamy większość, ale one są tylko w księgach wieczystych. Dzisiaj na każdej wsi mamy nie więcej niż 4 rolników, reszta to mieszkańcy wsi, którzy kiedyś mieli swoich rodziców, a ci byli rolnikami. Stąd teraz mają grunty. To ich prawo. Nasz kraj przyjął taką definicję, że rolnikiem jest ktoś od jednego hektara wzwyż. Tworzenie definicji "rolnika aktywnego" niewiele da. Jeżeli ktoś ma 10 hektarów, a nie chce ich sprzedawać, wydzierżawia komuś - ma takie prawo. Jeżeli wprowadzą tego "rolnika aktywnego", to wydzierżawi ziemię mnie, ja złożę za niego wniosek o dopłatę, a jemu dam pieniądze. I kto mi zabroni? Albo komukolwiek? To niczego nie zmieni.
- Średnia wojewódzka u nas to jest ok. 18 hektarów, czyli dużo - mówił Ryszard Borys, prezes Dolnośląskiej Izby Rolniczej. - Miałam taki pomysł, żeby nie robić "aktywnego rolnika", tylko podnieść definicję, od ilu hektarów mamy rolnika. Wystarczy z jednego podnieść do np. pięciu czy dziesięciu hektarów, wyeliminowałoby to tzw. słupy, bo dzisiaj mamy wiele gospodarstw, które już nie mogą startować w przetargach (bo mają ponad 300 hektarów), ale podstawiają ludzi i wszyscy wiedzą, że to jest słup, ale nic mu nie można zrobić, bo formalnie jest rolnikiem. Gdyby podnieść definicję rolnika do 5-10 hektarów, albo więcej, tu można dyskutować, sytuacja w rolnictwie nieco by się poprawiała, byłaby bardziej przejrzysta.
- Byłem na targach niemieckiej żywności - mówił Dariusz Kubik. - Tam było pięknie pokazane, jak zapakować i sprzedać towar drugiej marki, który powinien trafiać do kubła. Jeden z organizatorów powiedział mi, że tak, że mam rację, bo dobrego towaru nie trzeba ładnie pakować i reklamować, dobry towar sam się sprzeda. Ale Niemiec idzie potem do sklepu, kupuje kiełbasę i wie, co kupuje. A u nas? Duży producent drobiu na polskim rynku bazuje głównie na zbożach ukraińskich. Czy to jest prawda, że chemia się przenosi? Tak. Ona się przenosi. Czy to jest prawda, że ściągamy stamtąd kurczaki? Tak, to jest prawda, ściągamy. W Polsce mamy wiele organizacji, ale nikt tego nie sprawdza.
- Nasi politycy często nam mówią, że trzeba wspierać własną produkcję - mówił Borys. - Ale właśnie w tym tygodniu przyjęliśmy rezolucję, w której rząd polski zgodził się, że nie będzie opisu, jakiego pochodzenia jest produkt - będzie tylko podwójne oznaczenie, czyli z UE lub spoza UE. Więc Polacy nie będą wiedzieli, co jedzą.
Hołyński: - Ta rozmowa robi się ponura. To może nie jest koniec rolnictwa, ale to będzie koniec rolnictwa. Dla rolnictwa indywidualnego za 10 lat, dla spółdzielni o wiele szybciej. Chodzi o koszty pracownika. Żeby to było jasne. Jeżeli już zostało zainicjowane to spotkanie, to przekaz z niego powinien być taki: - Mówimy to wszystko po to, że sytuacja jest w tej chwili dramatyczna i nie do udźwignięcia. Jest problem pewnego rozbicia środowiska rolniczego, w którym być może ktoś macza palce. Nie szanuje się nas, bo jeżeli się od nas wymaga takich zobowiązań, to my nie możemy produkować np. pszenicy za 700 zł. To niemożliwe. Jeżeli rządy nasze tego nie widzą i fundują nam z zewnątrz towary, które nie spełniają wymogów, a które my musimy spełnić, to proszę sobie samemu odpowiedzieć na pytanie, czy my możemy w takiej sytuacji przetrwać?
Kubik: - Chodzi o to, aby miasto zrozumiało, że my produkujemy coś, co jest dobre. Co spełnia pewne standardy, natomiast większość społeczeństwa będzie oszukiwana, okłamywana i okradana. Będą płacić jak za dobry produkt, o faktycznie będą dostawać zły produkt, a nawet szkodliwy.
- Rząd ma twardo stać na stanowisko ochrony własnego narodu, a nie udawać, że coś robi - mówił Hołyński. - Sytuację trzeba unormować, bo ona jest absurdalna. Nie mamy szans w konkurencji z kimś, kto nie przestrzega żadnych reguł. Bo doprowadzamy do trucia własnych obywateli. Unia Europejska została stworzona po to, aby nas chronić jako jedno wielkie superpaństwo, które dba o swoich obywateli. I to działało, a my robiliśmy to, co nam zalecano, ale nie można otwierać granic dla wszystkich. Jeżeli chcieliśmy i nadal chcemy pomagać, to proszę bardzo, ale nie można było w sposób niekontrolowany otworzyć granic dla towarów z innych krajów. To zawaliło cały układ. I trzeba brzydko powiedzieć, że zaczęli to Polacy. Otworzyli granicę z Ukrainą, nazwali zboże zbożem technicznym i zalali nim całą Unię. Każdy powinien o tym wiedzieć. Od tej pory nic się nie zmieniło. A my w żadne sposób tego nie wytrzymamy. Ludzie muszą to wiedzieć.

Wszyscy obecni na spotkaniu przyznali, że winą za słabość rolników w walce o dobrą żywność często jest samo ich środowisko, mocno rozdrobnione, które nie potrafi się zjednoczyć. Gdy jest protest, to jednorazowo na akcję przyjadą, ale to wszystko. Tymczasem, jak mówili, prawdziwej reprezentacji producenci żywności nie mają: - Nawet szef PSL, czyli Kosiniak-Kamysz zajmuje się teraz głównie zakupem czołgów, zamiast rozwiązywać problemy rolników, czyli swojego środowiska.
Kubik: - We Francji jak protestują to protestują. To ile macie organizacji? - pytam. Słyszę, że jedną główną. Tam jest prosta zasada piramidy. Jeżeli czegoś chcą wszystkie sekcje, to góra ma obowiązek załatwić to z rządem. Jeżeli ma być strajk, to wszystko schodzi na dół. Francuz zgłasza problem odpowiednim francuskim izbom rolniczych, a oni pilotują go wyżej. Gdy robią strajk generalny, to nikt im nie podskoczy. A w Polsce? 25 organizacji albo i więcej. Ja popieram strajk, ale nie w tej formie - mówię im często. To ma być twórcze, odpowiedzialne, a nie, że jest pięć organizacji, a każda mówi osobno. Jest tu problem.
Na spotkaniu padały zdania, że całe polskie gospodarstwa obecnie zatrzymują produkcję.
- Zawsze pytam rolnika, ile ma odłożonych pieniędzy na koncie - mówił Dariusz Kubik. - Bo wszyscy widzą tylko drogi sprzęt za miliony. Jeśli masz sprzęt za 10 milionów, to powinieneś mieć rocznie 1,5 mln zł zysku na koncie na odtworzenie majątku. Masz. No skąd? I tak właśnie to jest opłacalne. Zero inwestycji, bo to wszystko zje, a nic z tego nie ma. Jeżeli ja mam sprzętu za ileś milionów, a na koniec roku zostaje mi 50 tys. zł na koncie, to co to jest?
Ktoś dorzucił: - Państwo ma to wszystko policzone. Gdyby państwo samo zajęło się uprawą, to musielibyśmy do tego dużo dopłacać. Bo koszty, amortyzacja... A my to jakoś musimy ciągnąć, tylko jak długo się da?
- Kiedyś wystarczyło 5-15 hektarów, a teraz trzeba mieć kilkaset hektarów, aby się w miarę dobrze utrzymać - ocenił Dariusz Kubik. - 150-200 hektarów, gdy samemu się robi, a trzeba jeszcze więcej, gdy się ma pracowników, aby się jakoś utrzymać.
- Żadna z ekip rządowych nie doprowadziła do tego, o czym też mówi się od kilkunastu lat - mówił Andrzej Ilnicki. - Chodzi o tzw. krótkie łańcuchy dostaw. To miało być panaceum na problemy, które nas dotykają. Niestety, to nie działa, a tylko się o tym mówi. Chodzi o to, aby jak najszybciej produkt trafiał z pola do sklepu. Słyszę, że nie potrafimy się zorganizować i... dyskusja się urywa. To nam nie wychodzi.
- 8,5 mln kur w Polsce czeka do likwidacji, bo ptasia grypa - mówił Hołyński. - A Polska jest liderem w produkcji jaj i drobiu w tej części świata. Ale już nie będzie. Jak mamy konkurować? I kto sprawdza z granicą, czy tam jest ptasia grypa. Czy tylko u nas jest?
- Ukraina będzie tym liderem, bo ma pięciokrotny wzrost liczby kur - mówił Kubik. - Ukraina prowadzi wojnę i zawsze takie państwo miało poważne problemy finansowe w tym czasie, brakowało żywności, trzeba było się zmobilizować. A Ukraina jest obecnie wśród tych mniej zadłużonych państw europejskich, inwestycje idą tam pełną parą... To jak to jest?
- A my nasze zakłady przetwórcze dawno sprzedaliśmy - mówił Ryszard Borys. - A na czym się dzisiaj zarabia? Rolnik sprzedaje za bezcen, tymczasem pośrednik zarabia na tym 2-3 razy tyle. Do tego przetworzony towar jest o wiele droższy, tylko że my tego przetwórstwa już prawie nie mamy.
- To jest kryzys strukturalny, głęboki - podsumował Jacek Pilawa. - I to spotkanie ma być sygnałem dla miasta, żeby mieszkańcy o tym wszystkim się dowiedzieli.
*
Umowa Mercosur to wielostronne porozumienie handlowe między Unią Europejską (UE) a blokiem gospodarczym Mercosur (Brazylia, Argentyna, Paragwaj, Urugwaj i Boliwia), której celem jest stworzenie największej strefy wolnego handlu, eliminując cła i bariery na 91% produktów, co ma wzmocnić handel, ale budzi kontrowersje w sektorze rolnym UE. Polska wyrażała sprzeciw wobec zapisów umowy, wskazując na zagrożenia dla polskich rolników (nierówna konkurencja w produkcji wołowiny i drobiu, ale za to szansa na łatwiejszy eksport produktów przemysłowych).
Jerzy Kamiński







Napisz komentarz
Komentarze