Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
poniedziałek, 9 marca 2026 19:04
ZOBACZ:
Reklama
Reklama Jaśnikowski
Reklama BMM

"Potwierdziła się prawda, że im mniej mamy, tym bardziej możemy być szcześliwi"

W Dniu Kobiet - przedstawiamy wyjątkową kobietę. Z położną oławskiego szpitala Justyną Biedrowską-Derlatką - o wyjeździe na misję medyczną do Kenii - rozmawia Jerzy Kamiński
"Potwierdziła się prawda, że im mniej mamy, tym bardziej możemy być szcześliwi"
Z położną oławskiego szpitala Justyną Biedrowską-Derlatką - o wyjeździe na misję medyczną do Kenii - rozmawia Jerzy Kamiński

Źródło: archiwum prywatne

Podziel się
Oceń

- Ta Kenia dla pani to była konieczność, misja czy przygoda?

- Konieczność absolutnie nie. Misja i przygoda. 

- Nie wszyscy jeżdżą. To był pani pierwszy raz?

- Pierwszy. A nie wszyscy jeżdżą, bo nie chcą poświęcać swojego prywatnego czasu. Ten dwumiesięczny wyjazd był w ramach mojego dwuletniego urlopu. 

- Kto organizował wyjazd?

-  Fundacja Redemptoris Missio.

- Oni przyszli do pani? 

- Nie. Już w ubiegłym roku złożyłam u nich odpowiednią ankietę, że chciałabym wyjechać na misję.

- Skąd ten pomysł?

- To jest jakieś spełnianie siebie, jakieś dążenie do inności, do poznawania innych systemów, do poznawania ludzi, natury. 

- Jadę! Czy coś się wydarzyło w pani życiu, że nagle tak pani sobie pomyślała?

- Dorosłość. To już ten czas, kiedy ma się odchowane dzieci, psy i koty są pod opieką, zaczyna się myśleć o sobie, zaczyna się człowiek spełniać.

- Większość myśli w takiej sytuacji, że pojadą kolejny raz do Turcji, aby tym razem dłużej poleżeć na plaży... 

- Tracą czas. Ja wybrałam naturę taką, jaka jest - surową, prawdziwą, nieupiększoną. To zupełnie inny świat i właśnie dlatego chciałam go poznać, zderzyć się z odmienną rzeczywistością, z ludźmi, którzy nie mają tych samych porównań co my. My często uważamy, że oni są biedni i że żyją w niedostatku, bo patrzymy przez pryzmat własnych standardów. Tymczasem oni nie mają takiego punktu odniesienia. Nie byli tutaj, nie znają innego modelu życia - i często jest im z tym po prostu dobrze. Im mniej masz, tym mniej rzeczy komplikuje codzienność. Owszem, mają dostęp do internetu, widzą inne światy, ale to wciąż nie to samo, co prawdziwe doświadczenie. Ja też kiedyś widziałam Afrykę tylko na ekranie, byłam nawet w Egipcie, ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna niż moje wyobrażenia.

- Zaskoczenie?

- Nie można tak powiedzieć, bo byłam nastawiona na różne rzeczy, na tę inność, więc nie byłam zaskoczona. Przyjmowałam tę wiedzę o tym, jak tam jest. Nie miałam żadnych oczekiwań. Owszem, wydawało mi się, że będę mieszkać w namiocie i będą mnie gryzły komary, zaskakiwały węże... Z tego wszystkiego było tylko te słynne muszki tumbu, które składają jaja na ubraniach, a potem przez mieszek włosowych larwy przechodzą głębiej pod skórę...

- I jakie doświadczenie?

- Rzeczywiście okropne. 

- To jeszcze do tych muszek wrócimy, ale na razie jest decyzja, aby jechać do Afryki. Ten pomysł, aby jechać do Kenii z redemptorystami, pojawił się, bo jest pani głęboko religijna?

Zamiast świętować - poród noworoczny przy generatorze, bo brak prądu

 

- W ogóle. Mam wielki szacunek dla wiary, ale moim Bogiem jest Natura. 

- To był na miejscu w katolickiej misji jakiś problem?

- Absolutnie nie. Misję prowadzą siostry misjonarki ze Zgromadzenia Sióstr Świętej Rodziny, którymi kieruje siostra Dariana - fantastyczna kobieta, cudowna. Totalnie nie miała interesu, aby mnie przepytywać, co u mnie i jak. To jest jej i moja sprawa. To był wielki szacunek, którego brakuje w Polsce, gdzie jeden drugiego ściga za krzyż albo za jego brak.

- Pojechała pani zobaczyć naturę, ale chyba nie o zwiedzanie parków krajobrazowych chodziło... 

- Nie, chodziło przede wszystkim o przebywanie z niezwykłymi ludźmi i pracę z nimi. Misjonarki doskonale wiedzą, gdzie taka osoba jak położna z Polski może być naprawdę potrzebna i zrobić coś wartościowego. Byłam tam razem z doktor Urszulą Studzińską, ginekologiem-położnikiem, z którą pracujemy w oławskim szpitalu. W Kithatu - niewielkiej miejscowości zamieszkanej przez ludzi z plemienia Kimeru - wykonywałyśmy działania z zakresu profilaktyki raka szyjki macicy oraz zajmowałyśmy się różnymi problemami zdrowia kobiet.

Na miejscu robiłyśmy między innymi USG piersi. Sprzęt był, ale często okazywało się, że leży nieużywany, bo brakuje przeszkolenia. Potrzebowałyśmy też pompy do wlewów przy porodzie - początkowo jej nie było, lecz ostatecznie znalazłyśmy ją w magazynie. Co ciekawe, był to model najnowszej generacji. Aparat USG przywiozłyśmy z Polski. Pacjentek miałyśmy bardzo dużo. Kiedy rozeszła się wieść, że przyjechało mzungu - czyli w suahili "biały człowiek" - ludzie zaczęli przychodzić do nas masowo. Wciąż istnieje tam silne przekonanie, że europejska medycyna oznacza wyższy poziom opieki.

- Jak się dogadywaliście?

- Jednym z języków urzędowych jest angielski, ale to taki kenya-english, z czym były czasami problemy, ale... dałyśmy radę. Wiele osób starszych nie zna angielskiego, więc był miejscowy pielęgniarz-tłumacz z suahili na angielski.

Rozdawanie paczek świątecznych dzieciom z sierocińca

 

- Szybko pani się odnalazła w kenijskiej rzeczywistości? 

- Tak, bo generalnie jestem adaptacyjna. Może dlatego, że staram się nie porównywać swojej rzeczywistości do tamtej. Oczywiście te różnice są znaczne, widziałam je. Na przykład zero aseptyki czy ta afrykańska bylejakość na każdym kroku. Czasem potrzeba dwóch rąk do pracy i chęci, aby coś zrobić, a oni tego nie mają. Jak coś jest brudne, to jest. I tyle. Jak stołek ma tylko trzy nogi, to się go podpiera deską zamiast naprawić. 

- Ale - jak rozumiem - takie są warunki waszych pacjentów, a wasze?

- Miałyśmy ośrodek prowadzony przez Zgromadzenie, jest tam 8-9 sióstr, i był fantastycznie wyposażony. Miałyśmy do dyspozycji kilka pomieszczeń, salon z kuchnią, prysznic, co tam jest rzadkie, bo oni się raczej w miskach myją. Na terenie tego ośrodka były też szkoła, żłobek i sierociniec. 

- Porody przyjmowałyście?

- Tak, ale nie było ich dużo. Trzy kilometry dalej był miejski szpital, gdzie w ciągu miesiąca było 112 porodów w tym 46 cięć cesarskich, więc całkiem sporo. Gdy miałyśmy problem z porodem, to właśnie tam odwoziłyśmy pacjentki. Nawet karetką, bo ośrodek ma swój ambulans ufundowany przez Polaków.  Droga jest bardzo wyboista, bo nie ma ani asfaltu, ani betonu, więc gdy jechałyśmy 50 km na godzinę to po dotarciu do celu całe plecy miałyśmy poobijane - pacjentka nie urodziła po drodze, czyli faktycznie miała problem. 

-  Minęło parę tygodni od pani powrotu do kraju. Był czas na refleksję? Czy warto było? W ogóle ten wyjazd był potrzebny i komu? Bardziej kobietom tam czy bardziej pani?

 

- Raczej holistycznie, bo my też z tego coś mamy. Myślę o tym doświadczeniu jak o czymś znacznie większym niż sama praca. To działa w dwie strony. Wraca się stamtąd z głową pełną myśli. Coraz częściej łapię się na tym, że analizuję naszą codzienność - jak łatwo patrzymy na siebie z niechęcią, jak szybko wchodzimy w konflikty, jak wiele energii tracimy na rzeczy, które tam po prostu nie istnieją. W tamtym świecie punkt ciężkości jest zupełnie inny. Kiedy brakuje jedzenia, kiedy problemem jest to, w co się ubrać, hierarchia spraw układa się sama. Prosto, bez dyskusji. I nagle zaczynasz widzieć, że nasza opowieść o szczęściu - o tym, że więcej znaczy lepiej - nie jest wcale tak oczywista, jak nam się wydaje

Fantastycznie było móc spotkać się z ludźmi, którzy oczekują pomocy. Którzy patrzą w oczy i naprawdę wierzą, że "biały" przyjechał i rozwiąże jego problem. A problemów medycznych jest tam dużo.  Nie tylko kobiecych, bo i mężczyźni przychodzili. My jesteśmy medykami przygotowywanymi do wszystkiego. Przyjechał np. czterolatek z uciętymi palcami, bo akurat wsadził je w szprychy motoru, który tatuś uruchomił. Gdzie te palce? - pytałam, bo chciałam szyć, ale były praktycznie zmielone. To było okropne, bardzo go bolało.  Kiedyś czterech chłopa przyniosło nam mężczyznę i rzuciło na łóżko, ale okazało się, że tak mniej więcej od pół godziny już nie żył.

To było na szczęście jedyne zetknięcie ze śmiercią.

- Pracowałyście za darmo? 

- Tak, pracowałyśmy pro bono, bez wynagrodzenia. Fundacja zapewniła jedynie bilet lotniczy, natomiast zakwaterowanie i wyżywienie były po stronie sióstr. Później w pewnym sensie odwdzięczyłyśmy się za to - opublikowałyśmy na Facebooku kilka zdjęć z misji, co przełożyło się na wsparcie finansowe od darczyńców.

Pomoc, którą niosłyśmy, była całkowicie bezpłatna, ale w zamian otrzymywałyśmy coś znacznie cenniejszego - wdzięczność, uśmiech, autentyczne emocje. Pamiętam pacjentkę, którą wcześniej zawiozłyśmy do szpitala na cesarskie cięcie. Po dwóch tygodniach przyszła do nas z noworodkiem, tylko po to, by pokazać dziecko i upewnić nas, że wszystko jest w porządku. To była najpiękniejsza forma zapłaty za naszą pracę.

Tuż przed porodem

I już po...

 

- Co najbardziej panią zdziwiło, zaskoczyło?

- Na miejscu poznałyśmy siostrę Imeldę - Polkę, która wyjechała do Afryki w 1970 roku. Niewielka, drobna kobieta - około metra czterdziestu wzrostu, czterdzieści kilka kilogramów wagi - a w tym roku skończyła 90 lat i wciąż działa z niesamowitą energią! Opiekuje się około 150 bezdomnymi. Organizuje dla nich pomoc, zdobywa środki, regularnie przyjeżdża po nie do Polski. Umysł ostry, pamięć doskonała. Patrząc na nią, trudno nie zadać sobie pytania: dlaczego ona się właściwie nie starzeje? Odpowiedź przyszła do mnie właśnie tam. Słońce i jasny, żywy cel w życiu. Imelda jest zawsze potrzebna. Tam poranki zaczynają się inaczej - człowiek wstaje, a słońce od razu świeci w oczy. Jest ciepło, jest światło, jest energia. Chce się żyć. Kiedy wróciłam do Polski pod koniec stycznia, już po dwóch tygodniach dopadło mnie to dobrze znane uczucie - szarość, ciemność, zimno.

Dużym zaskoczeniem była dla mnie również ich dieta. Bardzo monotonna. Każdego ranka dzieci jedzą tzw. porridge, który niewiele ma wspólnego z naszą owsianką. To przede wszystkim biała kukurydza - najtańsza, praktycznie bez smaku - zaparzana do konsystencji budyniu, czasem z dodatkiem mielonych nasion. Codziennie to samo. Później przychodzi pora na posiłek, którego nazwa lokalnie wymawiana jest jako runch - kukurydza z gotowaną fasolą. Dominują węglowodany, mało białka, niewiele tłuszczu. Dużo kalorii, niewiele różnorodności. Efekty widać gołym okiem - obok niedożywienia pojawia się również otyłość.

Czasem dojadają owoce - mango rośnie niemal wszędzie. Hodują krowy, więc dostępne jest mleko. Są też jajka, choć miejscowe kury znoszą ich niewiele. W sąsiednich plemionach trafiają się potrawy, które dla Europejczyka brzmią egzotycznie - na przykład jelita gotowane wraz z zawartością. Podobno przysmak. Na szczęście nie musiałyśmy próbować.

Siostry żyją na zupełnie innym poziomie, więc nasze posiłki wyglądały inaczej. Proste, ale niezwykle smaczne - gotowane ziemniaki z niesłodkim bananem i kawałkami mięsa. Do dziś pamiętam ten smak. Popularne jest również ugali - zaparzona mąka kukurydziana o niemal sztywnej konsystencji. Je się rękami, maczając w sosie. Próbowałam. Doceniam kulturowo, ale kulinarnie - to nie moja bajka.

Zaskoczyła mnie też świadomość młodych kobiet. Starsze pokolenie miało po pięć, sześć dzieci. Dzisiejsze dwudziestolatki często korzystają już z nowoczesnej antykoncepcji - implantów podskórnych czy zastrzyków. Coraz częściej mówią o jednym, maksymalnie dwojgu dzieci. Jest w tym chłodna, pragmatyczna logika: łatwiej zapewnić godne życie jednemu dziecku niż sześciorgu

- Wróćmy jeszcze do tych paskudnych muszek.

- Na trzeci dzień naszego pobytu w Kenii przyjęliśmy pacjentkę ze sporymi guzami na biodrze i plecach, wielkości pięści. Okazało się, że to stan zapalny, bo miała larwy tych muszek. Miejscowy pielęgniarz zaczął od razu wyciągać te larwy, ja robiłam fotki - larwy mają do 7 mm długości, są segmentowane. Gdy to zobaczyłam... To jest takie obrzydlistwo, że... Organizm próbuje się tego pozbyć, otorbia się, robi się stan zapalny. Przy zaniedbaniu to może się skończyć sepsą, ale sam fakt, że nie jest pan sam w swoim ciele, jest obrzydliwe. Powiem panu, jak działa podświadomość, która nie zna słowa NIE. Jeśli mówię sobie, żeby tylko tego nie dostać, to co? Dostaję, bo przyciągam sytuacje myślami. Dostaję, i to nie jedną. Ze dwadzieścia na pewno. Wygląda to niegroźnie, jakby komar ugryzł. Najważniejsze pozbyć się zawartości zanim będą większe . Nikt nas wcześniej nie uprzedził, że te muchy będą takie uciążliwe, że mamy prasować wszystko, co na siebie wkładamy. Prasowanie po praniu to podstawa, bo gdy się wiesza wilgotne, to muchy tam właśnie składają jajka, a gdy się potem ubranie nałoży na siebie, to te larwy się wykluwają. Ale już mi przeszło. Jak przez to wszystko przeszłam, to przestało mnie brzydzić aż tak bardzo.

- I nie ma na nie innych sposobów poza prasowaniem? 

- Nie. Muchy najchętniej wybierają wilgotne ubrania rozwieszone do suszenia albo trawę, zwłaszcza w porze deszczowej. W tamtym klimacie to codzienność, ale konsekwencje potrafią być bardzo nieprzyjemne.

- Rozumiem, że pobyt na misji nawet łącznie z tymi muszkami panią zbudował?

- To doświadczenie ogromnie mnie wzmocniło. Zrobiłam też coś wyłącznie dla siebie, a sam klimat był wyjątkowy. Miejsce, w którym pracowałyśmy, leży na wysokości około 1400 metrów nad poziomem morza. W takich warunkach malaria praktycznie nie występuje. Temperatura była znośna - ani upał, ani chłód - choć wilgotność powietrza dawała się we znaki. Pot nie nadążał wysychać, pociłyśmy się niemal bez przerwy. Nocami temperatura spadała do około 15 stopni, ale nasze pokoje długo trzymały ciepło.

Jednym z najbardziej zaskakujących obrazów były dla mnie dzieci w szkole. Edukację zaczynają tam już w wieku czterech lat. Podczas szkolnych apeli panowała idealna cisza, a jednocześnie wszystkie dzieci kaszlały. Dosłownie wszystkie. Powód okazał się bardzo prosty - nocne zimno. W domach temperatura potrafi spaść nawet do 13 stopni, a wiele budynków to proste konstrukcje z deskami pełnymi szczelin. Chłód jest realnym problemem. Dlatego niemal wszyscy chodzą w czapkach.

Z Polski wysyłałam do Kenii właśnie czapki. Poszłam do oławskiego second-handu, kupiłam ich sporo, wyprałam i wysłałam. Zresztą na miejscu same również robiłyśmy czapki na drutach. A żeby nie marnować czasu, w wolnych chwilach malowałam huśtawki. Nie było przestrzeni na nudę. Już wtedy wiedziałam, że będę chciała tam wrócić.

Wizyta na wsi - po prawej siostra Dariana

Po dwóch tygodnia od cesarskiego cięcia młoda matka przyszła z noworodkiem, żeby pokazać, że wszystko dobrze

Więcej o autorze / autorach:

Napisz komentarz

Komentarze

Nata 08.03.2026 17:16
Teraz oprócz rodziny wartością są praca i wykształcenie...

ZASTRZEŻENIE PODMIOTU UPRAWNIONEGO DOTYCZĄCE EKSPLORACJI TEKSTU I DANYCH

Dokonywanie zwielokrotnień w celu eksploracji tekstu i danych, w tym systematyczne pobieranie treści, danych lub informacji ze strony internetowej tuolawa.pl i publikacji przy użyciu oprogramowania lub innego zautomatyzowanego systemu („screen scraping”/„web scraping”) lub w inny sposób, w szczególności do szkolenia systemów uczenia maszynowego lub sztucznej inteligencji (AI), bez wyraźnej zgody wydawcy - RYZA Sp. z o.o. jest niedozwolone. 

Zastrzeżenie to nie ma zastosowania do sytuacji, w których treści, dane lub informacje są wykorzystywane w celu ułatwienia ich wyszukiwania przez wyszukiwarki internetowe. Szczegółowe informacje na temat zastrzeżenia dostępne są TUTAJ

KOMENTARZE
Autor komentarza: *Treść komentarza: Widzę że ty, i ktoś o nicku „Obiektywnie wysoka”, to jedna i ta sama osoba, i przedstawiciel tzw. Oławskiej opozycji. Żałosne, no ale takie zachowanie i postępowanie świadczy o was, i o tym, że ludzie postrzegaja was tak a nie inaczej. Współczuję.Data dodania komentarza: 9.03.2026, 18:54Źródło komentarza: Jest nowa przewodnicząca powiatowych struktur Koalicji ObywatelskiejAutor komentarza: *Treść komentarza: Poskarż się do premiera.Data dodania komentarza: 9.03.2026, 18:33Źródło komentarza: Jest nowa przewodnicząca powiatowych struktur Koalicji ObywatelskiejAutor komentarza: InteligentTreść komentarza: Wtajemniczeni zrozumią: stało się za dość oławskiej tradycji. ;-)Data dodania komentarza: 9.03.2026, 18:32Źródło komentarza: Jest nowa przewodnicząca powiatowych struktur Koalicji ObywatelskiejAutor komentarza: *Treść komentarza: Dlatego nie wiem, czemu używasz gwiazdki. Zostaw mój nickData dodania komentarza: 9.03.2026, 17:09Źródło komentarza: Jest nowa przewodnicząca powiatowych struktur Koalicji ObywatelskiejAutor komentarza: *Treść komentarza: Jak możesz to pod pytaniem podpisuj się swoim nickiem a nie moja gwiazdka. Chyba, że jesteś cienki Bolek i nie masz kohones.Data dodania komentarza: 9.03.2026, 16:53Źródło komentarza: Jest nowa przewodnicząca powiatowych struktur Koalicji ObywatelskiejAutor komentarza: *Treść komentarza: Prowodyrkami w jakim sensie. Zrobiły projekt? Zdobyły dofinansowanie? Podpisywały umowę? Co konkretnie zrobiły?Data dodania komentarza: 9.03.2026, 15:04Źródło komentarza: Jest nowa przewodnicząca powiatowych struktur Koalicji Obywatelskiej
Reklama
NAPISZ DO NAS!

Jeśli masz interesujący temat, który możemy poruszyć lub byłeś(aś) świadkiem ważnego zdarzenia - napisz do nas. Podaj w treści swój adres e-mail lub numer telefonu. Jeżeli formularz Ci nie wystarcza - skontaktuj się z nami.

Reklama
Reklama