Marta Skalik, pomysłodawczyni, inicjatorka, a wraz z mężem także organizatorka Festiwalu Twórczości Sąsiedzkiej w Marcinkowicach, została ambasadorką Stowarzyszenia Pomocy Dzieciom "Tęcza" w Oławie.
- Wszystko zaczęło się dwa lata temu - mówi Violetta Piątkowska, prezes "Tęczy". - I to od drugiej strony, niż zwykle się odbywa, bo to nie my zwróciliśmy się do Marty o wsparcie, tylko ona zaczęła nas wspierać i pomagać. Znamy się bardzo krótko, bo zaledwie od tamtego roku. Ona przyszła do nas, wyciągając pomocną dłoń. Z mediów dowiedzieliśmy się o pierwszej edycji "Fest Ładne" i że podczas tego festiwalu będą zbierane artykuły papiernicze, biurowe z przeznaczeniem dla naszego stowarzyszenia. Nie znaliśmy jej wtedy i byliśmy zaskoczeni chęcią pomocy, ale zrobiło się nam miło, więc udostępniliśmy tę informację na swoim profilu społecznościowym. Dwa dni później przyszła do naszej siedziby z tym wszystkim, co uzbierała, i mówi: "Nawet nie wiedziałam, że zbieramy te rzeczy dla kogoś tak wielkiego". Od tamtej pory jest z nami, wspiera, pomaga. Potrafi dzwonić dwa razy w tygodniu, żeby podzielić się pomysłem na wsparcie naszego stowarzyszenia. To ona zainicjowała zmianę designu naszych wyrobów, jest budowniczym naszego nowego brandu, inspiruje nas, realizuje też kilka pomysłów we współpracy z artystami, więc... uznaliśmy, że oficjalnie zostanie ambasadorką naszego stowarzyszenia.
Dlatego też, zaraz po rozpoczęciu Festiwalu, przedstawiciele "Tęczy" oficjalnie mianowali panią Martę swoją ambasadorką. Nie była zaskoczona, bo - jak mówi - uprzedzono ją o tym, że otrzyma takie wyróżnienie, ale - jest wzruszona, bo to bardzo miły gest i zachęca do jeszcze większego zaangażowania, a pomysły na tę współpracę już są i niebawem chciałaby wdrożyć je w życie.
Jeden pomysł, wiele korzyści
Podczas tegorocznego Festiwalu Twórczości Sąsiedzkiej swoje prace i wyroby zaprezentowało 16 artystów i rękodzielników z Marcinkowic oraz okolic. Chętnych, zarówno wśród wystawców, jak i kupujących, nie brakowało. I nic dziwnego. Dla jednych to sposób na reklamę, sprzedaż, ale też sprawdzenie siebie i swojej twórczości, dla drugich - okazja do zakupu wyjątkowych rzeczy, w tym tych niepowtarzalnych, jak np. lampa autorstwa Michała Suskiego, wykonana z drewna pochodzącego z rozbiórki dworca PKP w Oławie, czyli najstarszego, blisko 200-letniego dworca w Polsce. Lampy to najnowszy trend początkującego artysty i, jak mówi, kolejny, który...
- Moja przygoda z drewnem zaczęła się trzy lata temu - mówi. - Zawsze chciałem tworzyć wyroby drewniane. To zawsze gdzieś tam tkwiło w mojej głowie, ale ciągle odkładałem to na później. Wydawało mi się, że najpierw muszę się ustatkować, mieć duży warsztat, dużo czasu i takie tam.
I wszystko jest?
- Nic z tego nie ma - odpowiada z uśmiechem, dodając, że podobne podejście miał do założenia rodziny. Założył ją bardzo młodo, ale nim do tego doszło, był przekonany, że nastąpi to dopiero po tym, jak się ustatkuje i będzie miał dużo pieniędzy. Szybko jednak zmądrzał i uznał, że nie ma na co czekać, i dziś jest szczęśliwym ojcem piątki dzieci. Tak samo było z drewnem. Trzy lata temu uznał, że nie ma na co dłużej czekać.
Zaczął od zegarów. Pierwszy zrobił dla siebie, ale znajoma go zobaczyła i od razu chciała kupić, co więcej, zażyczyła sobie jeszcze jeden. - I to był impuls do tego, że zrobiłem ich dużo więcej i wszystkie szybko się sprzedały - mówił. - Wtedy też uznałem, że to bardzo dobry sposób na dodatkowe dochody, bo nie dość, że zyskuję realne wsparcie domowego budżetu, to robię to, co lubię i o czym zawsze marzyłem, i fajnie spędzam przy tym czas.
Od niedawna jest też mieszkańcem Stanowic, więc miejsca do pracy zrobiło się więcej, a wraz z nim możliwość szerszej działalności. Od niedawna pan Michał tworzy też deski do krojenia. Pierwsza, podobnie jak zegar, powstała z potrzeby własnej, ale szybko okazało się, że znajomi też takie chcą, więc zaczął je robić na zamówienie, chociaż, jak się okazało, to wbrew pozorom wymaga więcej pracy, czasu i wyjątkowo równego drewna. Zupełnie inaczej niż przy zegarach.
- Tu, żeby to źle nie zabrzmiało, obowiązuje reguła: im brzydszy i bardziej nierówny, tym piękniejszy i bardziej pożądany - dodaje.
Najnowszym i zupełnie świeżym pomysłem są lampy. Pomysł narodził się ze względu na wyjątkowe drewno, które udało mu się pozyskać, ale pomysłów na kolejne jest już kilka.
Pan Michał nie jest z wykształcenia stolarzem, jest geodetą. Nigdy nikt też nie uczył go obróbki drewna i nigdy wcześniej się tym nie zajmował, ale... zawsze miał zamiłowanie do drewna.
- Skąd się to wzięło? Nie mam pojęcia - mówi z uśmiechem i chwali pomysł utworzenia takiego sąsiedzkiego Festiwalu, który jest szansą m.in. dla takich twórców jak on. Po pierwsze z tego najbardziej brutalnego powodu, czyli finansowego, po drugie – pozwala nawiązać kontakty z ludźmi, co powoduje, że taki początkujący, lokalny twórca przestaje być anonimowy. Trzecia rzecz to to, że może pokazać innym to, co lubi, posłuchać opinii innych o tym, co robi, i nabiera pewności siebie, bo jak się słyszy, że moja praca podoba się innym, to sprawia wiele satysfakcji i daje energię do dalszej pracy, pomysły same się rodzą - mówi. -Wyjątkowym elementem takich spotkań są też relacje z wystawcami. Nie wiedziałem, że za płotem mieszka tylu ludzi, którzy też tworzą fajne rzeczy.
To niejedyna pochwała pod adresem festiwalu i jego twórców. Nic więc dziwnego, że lista chętnych, którzy chcieli się w tym roku na nim zaprezentować, zamknęła się w tydzień, a nie miesiąc, jak prognozowali jego organizatorzy. Czekamy więc na kolejny.

Dla Michała Suskiego Festiwal to okazja, by pochwalić się tym, co "chodziło za nim przez lata"

Każdy miał do zaoferowania coś innego


Napisz komentarz
Komentarze