Listopad. Wiewiórka pobiegła zapłakana do rachmistrzowej. Ta pobiegła zapłakana do rachmistrza. Tenże był oburzony. Ja byłem oburzony. Wielu było oburzonych.
Stało się bowiem tak: od pewnego czasu wykonywałem prace przy stosie akt w kancelarii sekretarza, gdzie stał duży, niewykorzystywany stół. Neugebauerowi nie bardzo to odpowiadało i z błahego powodu doszło do sprzeczki, która przerodziła się w regularną bójkę - akurat w chwili, gdy w tym samym pokoju Neugebauer miał przesłuchiwać dwóch podrostków oskarżonych o napaść.
Sprawa urosła natychmiast do wszelkich możliwych rozmiarów, małych i dużych. Rommel, który mógłby zeznawać na moją korzyść, nie pojawił się. Wiewiórka płakała i przysięgała, że natychmiast odejdzie, jeśli ja będę musiał odejść. Pocieszałem ją, zachowywałem pogodę ducha i czytałem jej oraz rachmistrzostwu moją nową nowelę Das Grau und das Rot [Szarość i czerwień, ukazała się w zbiorze opowiadań w 1913 r. "Ein jeder lebt`s" ("Każdy żyje swoim życiem")]. Panna Moll była obecna i zauważyła z przekąsem, że opowiadanie to - w którym wykorzystałem cechy rachmistrza i innych osób z zamku - jest pouczające. Byłem pewien, że przekaże to hrabiemu bez zwłoki, lecz nie miałem poczucia winy.

Jedna z pałacowych sal - 2025 rok (fot. Krzysztof Ruchniewicz)
Wiewiórka i rachmistrzowa próbowały wybadać, w jakim nastroju jest Neugebauer i czy zamierza zameldować o incydencie hrabiemu. Kobiety informowały mnie o wszystkim krótkimi liścikami. Poprosiłem rachmistrza, aby nie podejmował w mojej sprawie żadnych kroków. Akta przeniosłem z kancelarii do swojego pokoju i wysłałem Neugebauerowi dwadzieścia marek, które byłem mu winien za książki.
Hrabia wrócił z proszonego polowania. Decyzja musiała zapaść. Były to urodziny młodego hrabiego Petera [13 listopada - KR]. Na dworze wiatr miotał suchymi liśćmi. Stado kawek krążyło skrzecząc wokół wieży. Na zagonie rosła jeszcze kapusta na tle czerwieniejących krzewów. W wieczornym słońcu tańczyły chmary owadów.
Przez kilka dni hrabia mnie unikał. Potem kazał mnie wezwać. Wyraził ubolewanie z powodu zajścia i w uprzejmej, niemal serdecznej formie oświadczył, że będzie się zastanawiał nad sprawą przez kilka dni. Rommel zeznawał przeciwko mnie.
Gdy hrabia wrócił z krótkiej podróży, wypowiedział mi posadę z dniem 1 stycznia. Uczynił to w sposób niezwykle uprzejmy i niemal wzruszony uścisnął mi dłoń. Zachowałem spokój. Z wielu powodów odczuwałem nawet ulgę. Wiewiórka płakała jednak przez wiele dni, podobnie jak rachmistrzowa. Ta dobra dusza pisała, że w München będę przecież mile widziany.
Nastąpiły jeszcze urocze, niemal rozmarzone spotkania i spacery z Wiewiórką. Niewielu ludzi cieszyło się parkiem, ogrodem i całym tym miejscem tak jak my dwoje. Z kim innym mogliśmy o tym mówić? Gdy serce nasze pełne były uniesień, rachmistrz przypominał nagle o zamówieniu wyżymaczki albo rachmistrzowa zaczynała opowiadać o kurze, która wleciała na drzewo.
W moim ówczesnym nastroju książka Narzeczona z Rørvig Bergsøego [Vilhelm Bergsøe, 1835–1911, duński powieściopisarz, przyrodnik i numizmatyk] wywarła na mnie silne wrażenie. Ogarnęła mnie tęsknota za morzem. Nocami płakałem na piersi Wiewiórki, podczas gdy lampa znów kopciła i wszystko dookoła pokrywało się czarnymi kropkami. Wiewiórka ścierała je, płacząc.
W salonie opowiadała bardzo zabawnie, jak kiedyś cerowała kamizelkę parasolem, a potem parasol kamizelką. Czekałem niecierpliwie na honorarium z "Märza" [niemieckie czasopismo o profilu lewicowo-liberalnym wydawane w latach 1907-1917], nie wiedząc, czy hrabia wręczy mi na święta pieniężny upominek. Wiewiórka chciała spędzić Boże Narodzenie u matki. Złożyła hrabinie długie życzenia, które musiałem ułożyć wierszem. Prośba o pieniądze została odrzucona.
Zimne, zasnute księżycem noce. Dziewiętnastego grudnia 1912 roku napisałem - lub zamierzałem napisać - w niewidocznym miejscu na ścianie mojego pokoju:
Tu mieszkałem i myślałem nad tym,
Co widziałem i co mówiono.
Oko me jaśniało, oko me wilgotniało
I może oślepło w bezładnej nienawiści.
Hrabia zaglądał do mojego pokoju pod pretekstem wypożyczania książek. W istocie interesował się moją nowelą Szarość i czerwień. Wreszcie po kilku zaskakująco swobodnych żartach, zapytał: - Napisał pan nowelę i czytał ją u rachmistrzostwa? Jest pan z nimi blisko? Także z panną Timm? Mówicie sobie po imieniu?
Odpowiedziałem krótko.
Ostatnie wieczory z hrabią były nerwowe, także wtedy, gdy obecna była hrabina, która zawsze dostosowywała się do męża albo milczała. Miałem jeszcze wiele pracy przy pierwodrukach Lutra [Marcin Luter, 1483–1546, reformator religijny] z lat dwudziestych XVI wieku, które hrabiemu tanio zaoferowano w Rouen [Francja]. Razem z Wiewiórką przygotowaliśmy wreszcie dawno planowaną niespodziankę dla Tietzego. W kilka minut ustawiliśmy dla wzruszonego starca "stoliczku, nakryj się" [stół z łakociami - KR].
Powiedziałem hrabiemu, że chciałbym wyjechać w następny poniedziałek. Odniosłem wrażenie, że w cichości ducha żałuje już wypowiedzenia i że wolałby, abym pozostał. Natychmiast przeszedł jednak na Szekspira.

W przypałacowym parku (fot. Krzysztof Ruchniewicz)
W Breslau [Wrocław] kazałem wykonać dla Wiewiórki złoty medalion - proste serce z napisem "Dni pałacowe 1912" i tajemnym oznaczeniem. Nerwowo pakowaliśmy rzeczy. Wysłałem skrzynie z książkami do Seelchena i kupiłem jeszcze kaczki, zające i bażanty.
Moje opowiadanie Der tätowierte Apion ukazało się wreszcie w "Märzu". Hrabia był nim tak zachwycony, że wykupił większą liczbę egzemplarzy numeru i rozdawał je gościom. Czytał opowiadanie żonie, pannie Moll i innym po kolei.
Coraz pilniejsza stawała się kwestia wynagrodzenia. Honorarium z "Märza" długo nie nadchodziło, a ja nie miałem pieniędzy na wyjazd. Rentmistrz wspomniał, że hrabia zamierza podarować mi czapkę futrzaną. Przeklinałem ją zawczasu. Zamierzałem nałożyć ją na kopię popiersia Zeusa z Otricoli [popiersie boga z I w. n. e, znalezione w miejscowości o tej nazwie, obecnie w Muzeum Watykańskim - KR]. Na szczęście honorarium w końcu nadeszło. Ulga.
Starałem się doprowadzić swoje prace dla hrabiego do porządnego końca. Dwudziestego drugiego grudnia 1912 roku wyjechaliśmy - Wiewiórka na urlop do matki, ja do Muenchen. Ustaliliśmy, że pojedziemy razem do Forst. Paczki otrzymane od rodziny hrabiowskiej, które mieliśmy otworzyć dopiero w święta, rozdarliśmy w przedziale natychmiast i śmiejąc się zamieniliśmy się zawartością: wspomnienia Bismarcka, etui, woreczek na kołnierz, trochę ciastek.
Rozstanie w Forst było ciche i bolesne.
Najpierw pojechałem do brata w Döbern [miasto w Brandenburgii - KR]. Stamtąd podziękowałem hrabiemu za prezent i za okazaną mi życzliwość. Napisałem także do rachmistrzostwa. Odpowiedzieli, że hrabia dopytywał się usilnie, czy nie pozostawiłem po sobie jakichś długów, które z chęcią by uregulował.
Krzysztof Ruchniewicz

*
Nota edytorskaTekst został opracowany z zachowaniem zasady minimalnej ingerencji w narrację. Dla lepszego zrozumienia tekstu konieczne wyjaśnienia podano w nawiasach kwadratowych.Przy pierwszym wystąpieniu nazw miejscowości podano nazwę historyczną, a w nawiasie klamrowym [] - jej współczesne brzmienie polskie. W dalszym tekście stosowana jest wyłącznie nazwa pierwotna.Śródtytuły pochodzą od redakcji i służą orientacji w dłuższych partiach narracji.W stylu przekładu starano zachować się dystans i ironię oryginału; wszelkie doprecyzowania mają charakter informacyjny.
*
Ze wspomnień Joachima Ringelnatza pt. Mein Leben bis zum Kriege [Zürich 1994, S. 275-299, http://www.zeno.org/Literatur/M/Ringelnatz,+Joachim/Autobiographisches/Mein+Leben+bis+zum+Kriege/Klein-Oels].







Napisz komentarz
Komentarze