Gdy malutka Jessica wchodzi do piaskownicy, gdzie dzieci walą się łopatkami po głowach, a potem z płaczem wyskakuje, bo przecież ona miała być księżniczką, można to zrozumieć. Gdy jednak dorosła kobieta, która zdobyła mandat radnej, bo ponad pół tysiąca osób jej zaufało, zabiera swoje zabawki i ucieka na sąsiednie podwórko - coś tu jest nie tak. Co z tym zaufaniem? Gdzie ona go ma? Przecież ślubowała uroczyście "obowiązki radnego sprawować godnie, rzetelnie i uczciwie, mając na względzie dobro mojej gminy i jej mieszkańców". O ile wiem, nie jest chora, nie wyprowadza się z Oławy, więc co? Przestało się podobać? Ależ polityka nie jest od tego, aby się komuś podobać bądź nie - to czasem twarde walenie się łopatkami po głowach.
Skoro jedynym oficjalnym powodem rzucenia legitymacji radnej przez Karolinę Kaczor było to, że nie spodobał się jej poziom uprawiania lokalnej polityki - a nie problemy z legalnością współpracy ze ZWiK-iem, jak utrzymuje - to delikatnie przypominam, że dwa, pięć, a nawet piętnaście miesięcy temu poziom wcale nie był wyższy, a w utrzymaniu tej jakości radna Karolina miała swój skromny udział.
Co ciekawe, nie znalazłem w przestrzeni publicznej słowa "przepraszam" od pani Karoliny - za to, że zawiodła zaufanie kilkuset wyborców. Być może były gdzieś wciśnięte na jej Instagramie między oświadczeniem a promocją torebki, którą niedawno zebrała do Grecji ("Patrzcie, jaka piękność leci ze mną"), ale ilu wyborców śledzi te ważkie rozważania? A warto przypomnieć, że pani Karolina w wyborach "wygryzła" Przemysława Pawłowicza, który miał być "jedynką" na liście, ale wiadomo - tatuś, były poseł, akurat był szefem powiatowych struktur PO, więc tak się złożyło, że to jego córka dostała "jedynkę", zaś Pawłowicz po takim policzku w twarz ostatecznie w ogóle zrezygnował z członkostwa w PO. Ręczę, że gdyby został radnym (a to byłaby jego ostatnia kadencja), na pewno by nie rzucił mandatem.
Przy okazji - nie uwierzę, że szef struktur powiatowych, który przez lata był też przewodniczącym Rady Miejskiej w Oławie, nie wiedział, że jego córka jako radna handluje ze spółką miejską. I to z jaką spółką! Bo nie bez znaczenia w tym wszystkim jest udział ZWiK (znów!). Nie, nie chodzi o to, że postąpili niezgodnie z prawem, bo to pani Karolina nie powinna brać zleceń od spółki miejskiej w gminie, gdzie pełni mandat radnej.
Przypominam, że ZWiK nie jest firmą prywatną, choć niektórzy urzędnicy tak starają się ją pokazywać. Właścicielem firmy w 100% jest Gmina Miejska Oława i to burmistrz (jako jednoosobowe zgromadzenie wspólników) powołuje radę nadzorczą spółki, która wybiera prezesa ZWiK. Formalnie firma (w formie spółki z o.o.) ma realizować zadania użyteczności publicznej "w zakresie zbiorowego zaopatrzenia w wodę oraz zbiorowego odprowadzania ścieków na terenie Oławy i okolic". Tymczasem coraz częściej odbieram tę firmę także jako jednostkę do zadań specjalnych dla swojego mocodawcy, co znakomicie ułatwia rządzenie i robienie lokalnej polityki. Gdy trzeba zatrudnić Regieca (radnego PiS, od niedawna szefa oławskich struktur Klubów Gazety Polskiej) - ZWiK zatrudni. Gdy trzeba ułatwić stawianie domów kosztem lasku w Nowym Otoku, ZWiK złoży do planu stosowny wniosek, choć w firmie nikt nie wie, po co. Gdy trzeba dać staroście z KO miejsce w radzie nadzorczej - w ZWiK znajdzie się wolny fotel. Gdy trzeba dać radnej z KO zlecenia - ZWiK da. Gdy trzeba przygotować miejski mural - ZWiK chętnie się włączy. Gdy trzeba zatkać usta ludziom gadającym o betonozie, ZWiK sadzi drzewa... Itd. itp.
Gdy ktoś tego wszystkiego nie widzi, a pcha się do polityki, wtedy uderzenie łopatką może zaboleć. Gdy jednak widzi taki układ i mimo wszystko się pcha, to wyjścia są tylko dwa - idzie do władzy, aby ten układ zmienić albo w nim uczestniczyć.

Napisz komentarz
Komentarze