W internecie pojawiło się kilka lat, a może kilkanaście lat temu, zdjęcie dużej grupy kolejarzy (ponad 100 osób w Jezierzanach na Wschodzie), zrobione w 1944 w czasie Święta Kolejarzy. Na tym zdjęciu nie sposób rozpoznać po latach dziadka Zdzicha Choptianego, czyli Piotra Walkowa, ale rodzina twierdzi, że był tam na pewno (zdjęcia nie prezentuję, ponieważ jest słabej jakości). To zdjęcie pokazał mi kolega Zdzisław Choptiany, bo wiedział, że interesuję się historią i opowiedział mi o losach swojego dziadka, który jest na tym zdjęciu.
Rodzina Zdzicha mocno się zaangażowała, aby czegoś się o tym dowiedzieć, niestety bez rezultatu. Mnie zainteresowała ta historia, ponieważ dziadek Zdzicha zginął z rąk banderowców w samej końcówce wojny, a o tym przez lata nie wolno było mówić, nawet w gronie rodzinnym.
Mama Zdzicha, pani Maria, z domu Walków, była z zawodu krawcową. Pracowała przez wiele lat w Ośrodku Praktyczna Pani na "schodkach" przy ulicy 1 Maja, prowadzonym przez Społem WSS o/Oława. Ja pracowałem w "Społem" i czasami służbowo byłem w tym Ośrodku Praktycznej Pani, więc kojarzyłem panią Marię. Gdy się o tej tragedii dowiedziałem, zacząłem bliżej zapoznawać się z tą historią. Dokumentów i zdjęć jest niewiele, ale proszę pamiętać, że ludzie byli zastraszeni, a temat mordów ukraińskich na Wołyniu był tematem "tabu", o którym nie wolno było mówić.
Ale po kolei. Pani Maria ma dziś 86 lat. Jej rodzina przed wojną mieszkała we wsi Jezierzany w powiecie borszczowskim w województwie tarnopolskim. Jej tato Piotr Walków urodził się w 1907 roku. W wojsku był w ułanach - zachowało się zdjęcie zrobione około 1927 roku. 1 lutego 1932 roku ożenił się z mamą pani Marii, Jadwigą z domu Zawiślak, która używała też imienia Ludwika.

Pani Maria jeździła na motorze na ówczesnej autostradzie koło Piskorzowa
Ojciec został zabity 8 lutego w 1945, gdy Maria miała 5 lat. Gdy dzisiaj zaczyna wspominać te wydarzenia, początkowo mówi z trudem, ale potem opowieść jest ciągła, tylko pani Maria przerywa co jakiś czas opowiadanie i mówi, że wszystko pamięta, bo przecież miała wtedy już 5 lat.
Na pewno część opowiadania zna z późniejszych opowieści swojej mamy i rodziny, ale dużo pamięta i tu spisuję to, co mi opowiadała.
Jej tato Piotr Walków pracował na kolei, gdzie załatwił mu pracę jego tata, ponieważ ani Niemcy, ani Rosjanie nie brali pracowników kolei do wojska. Nie wywozili ich też na roboty. Gdy wojna wybuchła, Piotr miał 4 dzieci. 8 lutego 1945 rano zaprzągł konie do sań, zabrał 16-letniego ukraińskiego chłopca Bronia i pojechali do lasu po podkłady kolejowe - wtedy mówiło się na nie z niemiecka "schwelle". Żonie powiedział, że wróci na obiad, a ta odpowiedziała mu, żeby się nie spóźnił, bo będą "kopytka" Gdy był w lesie, zatrzymała ich kilkunastoosobowa banda Ukraińców po dowództwem kobiety, która wydała rozkaz zabicia Polaków.
- Wtedy odezwał się tato - wspomina pani Maria. - Tak, jestem Polakiem, ale dlaczego chcecie zabić swojego, przecież to Ukrainiec. Nie bardzo wierzyli w te zapewnienia, kazali mu się przeżegnać i na głos modlić po ukraińsku. Chłopak był przerażony, trochę się zacinał, ale w końcu mu uwierzyli. Kazali odejść kilkanaście metrów dalej, klękać i głośno się modlić po ukraińsku. Musiał też przysięgać, że nikomu nie powie, co widział, a do zmierzchu nie wolno mu było się nawet ruszyć. Potem Ukraińcy zabili ojca i odeszli. Parobek ukraiński wrócił w nocy i opowiedział, co się stało. Ponieważ bandy ukraińskie napadały również na domy, w których mieszkały rodziny zabitych Polaków, stryjek zabrał mamę do siebie wraz ze mną i trojgiem rodzeństwa. Stryjek mieszkał po przeciwnej stronie Jezierzan, w domu trochę na uboczu. Następnego wieczora dzieci już spały, gdy mama wróciła z dworu. Wtedy padał mocny śnieg, bo futerko z królika, które miała na sobie, było mocno zaśnieżone. Zdjęła je i położyła na stole. W tym momencie szyba w oknie została wybita, wleciał do izby duży kamień. Mama odruchowo schowała się za szafę i wtedy przez wybite okno wsunęła się głowa Ukraińca, który zajrzał do izby. Na szczęście żadne z dzieci się nie obudziło, a były przykryte dużymi pierzynami, bo w izbie chłodno. Gdy Ukrainiec na stole zobaczył dużo śniegu, a futerka nie było widać, to do swoich kolegów banderowców powiedział, że tu nikt nie mieszka, bo w izbie jest pełno śniegu. Poszli. Stryjek, który był w sąsiedniej izbie, wszystko słyszał. Powiedział tylko, że nie wie, komu dziękować za uratowanie życia rodziny. Bogu czy Ukraińcowi, który oszukał kolegów, mówiąc że tu nikogo nie ma? Następnego dnia mama znalazła lokum dla dzieci u rodziny ukraińskiej, w której też mieli dzieci. Niestety, odmówili schronienia mamie jako osobie dorosłej - to był zwykły ludzki strach. Mama mieszkała w niedokończonym domu, w nieskończonej izbie z malutkim piecykiem na drewno. W ten sposób rodzina przetrwała do wiosny, kiedy zaczęło się przymusowe wysiedlanie Polaków z tych ziem na zachód. Tu jeszcze wspomnę o cioci, siostrze mamy, która po śmierci mego taty chodziła cały czas podenerwowana i gdy poszła do biura zarejestrować się na wyjazd do Polski (bo taki był obowiązek) ukraiński urzędnik mówi do niej: - Po co ty wyjeżdżasz, tu jest tyle młodych chłopców ukraińskich? (A kuzynka była bardzo przystojna) Kogoś sobie znajdziesz. Tu kuzynka nie wytrzymała i odpowiedziała, że z bandytami i mordercami nie chce mieć nic wspólnego. Wtedy ten urzędnik tak ją pobił, że znalazła się w szpitalu, gdzie wkrótce zmarła.

Tato pani Marii drugi od prawej - gdy był w ułanach w 1927 roku
W maju 1945 rodzina pani Marii wsiadła w Jezierzanach do bydlęcych wagonów. Do nieznanej Polski jechał ojciec pani Ludwiki, a zarazem dziadek pani Marii, który miał przed wojną dużo ziemi i znał się na rolnictwie. Jechało rodzeństwo pani Marii, czyli Zdzisław urodzony w 1934, Czesław - urodzony w 1935 i Tadeusz - urodzony w 1939. Przypominam, że pani Maria miała wtedy 5 lat.
Z dalekich Jezierzan na wschodzie jej rodzina dotarła do Brochowa koło Wrocławia. Dziadek Michał namówił córkę Ludwikę, aby poszła na stację w Brochowie i pogadała z polskimi żołnierzami o jakimś transporcie. Za skórę na podeszwy do butów i trochę spirytusu udało jej się załatwić furmankę, na którą załadowali cały dobytek oraz dzieci i ruszyli przed siebie. W nieznane. Tak dotarli do Wierzbna. Dziadek cały czas sprawdzał jakość ziemi, bo się na tym znał, a tu ziemia była dobra, choć zabudowania w wiosce były zniszczone. Pojechali więc dalej i dotarli do Piskorzowa, gdzie według dziadka ziemia była równie dobra.
Ludwika, czyli mama Marii, wyszła za mąż po raz drugi w 1948 - za Karola Żmijowskiego. Mając czwórkę dzieci musiała pracować, a że znała się na rolnictwie, więc nie miała problemu z pracą.
Do Piskorzowa przyjeżdżał często Józef Bykowski, który ożenił się z siostrą Karola Żmijowskiego o imieniu Anna. Ich synem był znany w Oławie Edward Bykowski, który przez wiele lat pracował w "Głosie Jelcza", a potem był jednym ze współzałożycieli "Wiadomości Oławskich", w których pracował do końca życia.
Pani Maria uczyła się szyć. Krawiectwo męskie poznała u pana Jana Rataja w Godzikowicach, a damskie u sióstr zakonnych w Niemczy. Potem uzyskała papiery mistrzowskie we Wrocławiu.
W 1960 roku Maria wyszła za mąż za Michała Choptianego, który pracował w oławskim ZNTK. W 1974 przeprowadzili się do Oławy. Mieli trójkę dzieci - córkę Lucynę i synów Zdzisława oraz Krzysztofa. Pani Maria jest sama, jej mąż zmarł w 2023 roku.
Pani Maria często jeździła na wycieczki po Polsce - w tych czasach zakłady urządzały dla swoich pracowników kilka wyjazdów w roku. W ten sposób poznawała najciekawsze miejsca w Polsce, takie jak Kraków, Warszawę, Gdańsk, Karkonosze, Dolinę Kłodzką. Dziś jest nadal aktywna, często spaceruje, sama jeździ samochodem na działkę i cieszy się życiem rodzinnym.

Zdjęcie ślubne z 1974 Marii i Michała Choptianych

Zdjęcie z chrztu Zdzisława w 1963 w Godzinowicach. Na zdjęciu m.in. babcia Ludwika, drugi mąż babci Karol Żmijowski, Maria Choptiany - mama Zdzicha w Beciku, Michał Choptainy, tato Zdzicha, siostra Lucyna i Elżbieta

Na wycieczce z WSS/oddział Oława - od prawej Maria Choptiany, Emilia Bliskowska, Irena Nowacka, Witold Ostiadel i Jan Pyrz

Książka Henryka Komańskiego i Szczepana Siekierki "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich n Polakach w województwie tarnopolskim w Latach 1939-1945. Na stronie 41 w/w książki pod pozycją 77 jest wymieniony Piotr Walków - tato pani Marii

Napisz komentarz
Komentarze