Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
niedziela, 13 września 2026 16:11
ZOBACZ:
Reklama Hipol
Reklama Jaśnikowski
Reklama BMM

Jak śniatyński kowal został nieomylnym saperem, a potem znów kowalem

W Oławie dobrze znają Gellesów - przedstawicieli tego śniatyńskiego rodu - przede wszystkim Jana Gellesa, pioniera oławskiej powojennej oświaty, a także jego syna Romualda, wybitnego niemcoznawcę i rektora Uniwersytetu Wrocławskiego. Ale był jeszcze jeden "oławski" Gelles, o którym warto wiedzieć. Miał przydomek "Nieomylny"
Jak śniatyński kowal został nieomylnym saperem, a potem znów kowalem
Ale był jeszcze jeden "oławski" Gelles, o którym warto wiedzieć. Miał przydomek "Nieomylny"
Podziel się
Oceń

Jego osobą zainteresowała nas Anna Kaproń, z domu Burkiewicz. 

- Skąd to zainteresowanie? Moi przodkowie Gellesowie zapisali się w historii miasta, pisała o nich gazeta, są w książce, mieszkańcy znają ich losy, ale... nie wszystkich - mówi pani Anna, której pradziadkiem był Jan Gelles. Nie o nim jednak chciała mówić, bo twórcę powojennej oławskiej oświaty generalnie znają wszyscy, którzy interesują się przeszłością miasta.

Anna Kaproń z domu Burkiewicz

 

Chodzi o Kazimierza Gellesa - brata Jana - którego ojciec Filip prowadził w Śniatynie kuźnię, co nie jest bez znaczenia dla zakończenia tej historii. Gdy bowiem w 1924 roku ojciec został śmiertelnie rażony piorunem, kuźnię po ojcu przejął jego syn - piętnastoletni Kazimierz. I całkiem dobrze sobie radził.

Przyszła jednak wojna i znalazło go nowe zajęcie. W lecie 1944 roku trafił do zapasowego pułku saperów w Jarosławiu. Zapewne nie przez przypadek - 34 lata, wysoki, jako wiejski kowal trenujący boks był bardzo silny, na dodatek wytrzymały i hardy, czego nauczyło go życie. 

Najpierw skierowano go do szkoły podoficerskiej, gdzie miał uczyć innych, potem dostał  skierowanie do służby w 24. batalionie 2. brygady saperów. Jako kapral Kazimierz Gelles trafił na Kielecczyznę, ale wraz ze swoim plutonem docierał aż pod Sandomierz, Dębicę czy Rabkę.

Kazimierz Gelles

 

Jego historię spisał po wojnie Alojzy Sroga w książce "Saperskie opowieści", wydanej przez Wydawnictwo Ministerstwo brony Narodowej w 1981 roku. Kazimierz przeczytał i uznał, że napisane porządnie, ale nie kupił sobie. Książkę ma jego syn Edward Gelles, mieszkający w Oławie.  

- Tydzień czasu baniaczyli u nas w Bystrzycy z tym pisarzem - mówi Edward Gelles i dodaje, że tylko w jednym momencie książka jest trochę podkoloryzowana, bo nie wszystko można było wtedy napisać. O nim jest na przykład, że stracił palce w wojsku: - Guzik prawda, na poliginie leśnym za Janikowem zbieraliśmy zapalniki, a trotylu było tam wtedy od cholery i jeszcze więcej. Palce urwało mi, gdy miałem 16 lat...

Wróćmy jednak do książkowych wspomnień Kazimierza Gellesa i oddajmy mu głos.

*

Jest wczesna jesień 1945 roku. Zastępowałem wtedy dowódcę plutonu. Działaliśmy niedaleko Rabki. Ludzie z całej okolicy nazwozili stos pocisków, bomb, wszelakiej amunicji. Wyzbieranych z pól przez nas, ale i przez cywilów. Wielka była w ludziach niecierpliwość, żeby już spokojnie wchodzić na pola. Mówię: stos. Było tego na kilka dobrych wa-gonów. Dano mi termin dwadzieścia dni. W tym czasie mam to wszystko zniszczyć.

Jak nie liczę, jak nie kombinuję, w żaden sposób nie starczy czasu na zniszczenie poszczególnych sztuk.

Stos pocisków i bomb leży ze cztery kilometry od wsi. Niedaleko krakowskiej drogi. Duży na niej ruch. No, z kilometr od stosu. W pobliżu wiadukt kolejowy. Co można zaryzykować? Już nie byłem nowicjuszem w swoim fachu. Czegoś takiego jednak jeszcze nie było. Liczę dalej, kombinuję. Wysadzić za jednym zamachem? Nie za dużo? A jak doleci do szosy? Niech wiadukt pójdzie? Będę miał za swoje. Nie pobłogosławi mnie dowódca batalionu, kapitan Bessarabow, ani dowódca plutonu, chorąży Pawłowski, którego właśnie zastępuję. Ale czas, czas! Do zimy się z tym nie wygrzebię. Jeszcze raz obchodzę całą okolicę. Drogę i wiadukt, wieś. Ryzykuję. Saperska rzecz.

...Ogłosiłem ludziom ze wsi: Wczesnym rankiem będę wysadzał. Nie kręcić się, nie wychodzić z domów. Okna otwierać.

Podporządkowali się. Posłałem żołnierzy na drogę. Obstawiliśmy ją, zamknęliśmy ruch. Wczesnym rankiem zresztą był mniejszy. Teraz już zacząłem pracować sam. Kostka trotylu w ten stos. Sznur Bickforda. Wziąłem dwa metry. Dwieście centymetrów. Mam tym sposobem dwieście sekund na ucieczkę do schronu. Kiedyś przecież biegałem... Zapaliłem sznur. Teraz bieg! Dwieście sekund. Ponad trzy minuty. Dopadłem wcześniej schronu. To był właściwie rów. Cisza. Nic, nic... Co za licho? Dlaczego nie wybucha? Zgasł sznur? Nie, to ja byłem szybszy. Nagle: błysk, straszny grzmot i uderzenie fali powietrza. Potem, potem już sprawdziliśmy, że ten wybuch ściął las co najmniej na sto metrów. Teraz biegiem na miejsce. Jaki skutek? Wszystko poszło?

Dobiegam. Gigantyczny dół. Wywalone dwie wielkie bryły ziemi. Nie, nie rozsypały się. Jak wielki dól? Gigant. Głębokość na dwadzieścia metrów, długość ze trzydzieści, a szerokość też ze dwadzieścia. I teraz ze wszystkich stron zaczyna w tym dole tryskać woda. Jakby z jakich rur, kranów, jakby fontanny bijące na krzyż. Bije z jednego brzegu dołu na drugi. Coraz wyraźniejsze dwie fontanny. Gdzieś musiało uderzyć w źródło. Stopniowo dół zapełnia się wodą. Strach, żeby teraz nie przeleciało i jakiej powodzi nie zrobiło. Ale nie. Uspokaja się. Sprawdzam, co na drodze. W porządku. Żołnierze pytają: "Co to było, panie plutonowy?" Ano, nasz stos. Teraz prędko do wsi. Czy tam nie ma szkód?

Nikt nie ucierpiał. Tak, słyszeli wybuch, ale, uprzedzeni wczoraj, domyślali się, co tak rąbnęło.

Jeszcze ten widok lasu. Ścięty od dołu, dokładnie, drzewo przy drzewie, jak przez najstraszniejszy huragan. Zapełnił się dół wodą. Spokój. Można odsapnąć. Ale zaczynam się głośno zastanawiać a gdzie się podziało to całe żelastwo z pocisków, bomb? Przecież tam tony metalu były.

Szukamy, chodzimy, oglądamy rozstąp się ziemio! Nie ma. Tak by rozniosło na strzępy? Tak daleko gdzieś zaniosło? Do dziś kombinuję, co się stało z tym żelastwem. Nikt jednak nie był poszkodowany, to najważniejsze.

 Jeden poranek i robota dwudziestu dni, oficjalnie dwudziestu dni, była zrobiona. Tak, prawda, trzeba było zaryzykować. Tak to już jest. Kiedy człowiek szedł na minne pole, też co dnia ryzykował.

1937 rok - ten z prawej to Kazimierz Gelles

 

Saper myli się tylko raz - to wiadomo. Kazimierz miał do tego tysiące okazji i... nie pomylił się ani razu. Formalnie wojsko zaliczyło mu dokładnie 15 900 unieszkodliwionych min i  znalazł się na dwunastym miejscu listy najlepszych polskich saperów-rekordzistów, z których każdy zlikwidował co najmniej 10 tys. "zardzewiałych śmierci" - jak to ujął pisarz Sroga. Co ciekawe, za każdą minę powyżej tysiąca wojsko płaciło wtedy 50 groszy, ale Gelles nie brał tych pieniędzy, zostawiając je dla swoich podwładnych.   

- Ojciec opowiadał mi o czasach saperskich - wspomina jego syn Edward. - Mówił mi, że z jego pułku zostało tylko kilkanaście osób. Najgorzej było wtedy, gdy nie był znany plan pola minowego, bo wtedy ktoś musiał iść i to sprawdzić. Robiło się takim długim kijem z dutek na końcu. Trzeba było za pomocą tego szpikulca trafić na minę, ale to dopiero był początek, bo potem trzeba było ziemię rozgrzebać i zabezpieczyć zapalnik, żeby mina nie wybuchła, a co któraś miała podwójny zapalnik, więc praktycznie była nieusuwalna. Gdy tylko ją ruszyłeś,  wybuchała. Gdyby ojciec był z tych bojących się, to by w ogóle nie wyszedł w takie pole minowe.. 

Kazimierz - jak wspominał pisarzowi - bał się tylko raz. Wtedy powiedział sobie nawet, że z nim "już koniec".

To było wtedy, jak się natknąłem na "pomsty". Co to były pomsty"? Ano, takie miny. Za chwilę o ich systemie. Nie wiem, czy to była oficjalna nazwa, czy tak przezwali nasi albo ruscy saperzy. Myśmy też tak mówili",pomsta" i koniec.

 To minne pole było na bagnach. Jak pamiętam, to na przyczółku sandomierskim. Ile ja miałem wtedy lat? Trzydzieści sześć, już chyba trzydzieści siedem. A w drużynie miałem starszych od siebie, co to mówili: "Panie plutonowy, wojna się skończyła. Ja chcę do żony i dzieci wrócić". A ja to niby nie chciałem żyć? Zamiast dyskutować z nimi, wolałem sam się brać do roboty.

No i właśnie, to minne pole. Leży na nim dużo trupów. Cywilów i żołnierzy. Rosjan, ale i Polaków. Już widać ktoś przed nami próbował. Idę za swoim "szczupem". Co to "szczup?" No, z rosyjska, tyka, macka. Miała nawet do czterech metrów długości. Nosiłem krótszą, poręczniejszą do roboty. Nią się macało matkę-ziemię, czy kryje w sobie to żelazo... Widzę pale. Metrowej wysokości. Mocno już obrośnięte tra-wami, chwastami. To musiało być w lecie, może nawet późnym latem czterdziestego piątego. Przez rok ta zie-mia leżała naszpikowana, nie ruszana. No więc idę. Wymacałem jedną, drugą, trzecią minę. Udało się. W pewnej chwili o coś zaczepiłem nogą. Schyliłem się. Drut. Dokąd on prowadzi? Jeszcze sekunda. Myśl przez głowę: to już koniec. Leciutki wybuch. Odetchnąłem. Rozerwał się tylko zapalnik, okopcił minę.

 Patrzę na ten drut, o który zahaczyłem, spoglądam na pale, zaczynam kombinować. Pal od pala trzy cztery metry. Na każdym zatknięta mina. To już widzę. Stoję, nie ruszam się. Korci mnie ten drut.

Podnoszę go. Ależ tak, był przyczepiony jednym końcem do maleńkiego palika, zupełnie niewidocznego, i prowadził właśnie ukosem do miny na palu. Ukosem... To znaczy do każdego pala tak? Czyli idąc prosto do miny przed sobą, zahacza się o drut do miny sąsiedniej. Chytrze pomyślane. Żeby to zniszczyć, trzeba szukać pod nogami malutkich palików, do których przywiązane są druty. Zahaczenie to właśnie detonacja. Ufff! To się szybko teraz opowiada. Wtedy straciłem na to sporo czasu. Pale, nie dość że gęsto ustawione w szeregu, to jeszcze tworzyły cztery równoległe szeregi. Razem paręset metrów. Ot, to właśnie ta pomsta". Tak nazywano. Rozbroiłem, oczywiście rozbroiłem to całe pole. Potem jeszcze uczyłem kolegów w drużynie i plutonie, jaki system minowania stosowali Niemcy, a jaki Rosjanie. Bo to tak. Na niektóre pola już mieliśmy plany. Gdzieś tam je na Niemcu zdobyto albo nasi odtworzyli i sprawa była prosta. Taki a taki system minowania, idź, plan miej w głowie. Najgorsze były te, dla których nie było planów. Nie wiesz, gdzie niemieckie, a gdzie ruskie miny. Na przyczółku sandomierskim bitewna kotłowanina trwała prawie pół roku. Był czas na minowanie przez obie strony. Potem w styczniu poszła i stąd ofensywa, ale miny zostały.

 Tak, sam rozminowałem to minne pole "pomst". Ile ich tam było? Nie wiem. 

*

Najgorsza była świadomość, że inni giną. Często jego podwładni. Tego się nie dało wymazać z pamięci. 


Więcej o autorze / autorach:

Napisz komentarz

Komentarze

ZASTRZEŻENIE PODMIOTU UPRAWNIONEGO DOTYCZĄCE EKSPLORACJI TEKSTU I DANYCH

Dokonywanie zwielokrotnień w celu eksploracji tekstu i danych, w tym systematyczne pobieranie treści, danych lub informacji ze strony internetowej tuolawa.pl i publikacji przy użyciu oprogramowania lub innego zautomatyzowanego systemu („screen scraping”/„web scraping”) lub w inny sposób, w szczególności do szkolenia systemów uczenia maszynowego lub sztucznej inteligencji (AI), bez wyraźnej zgody wydawcy - RYZA Sp. z o.o. jest niedozwolone. 

Zastrzeżenie to nie ma zastosowania do sytuacji, w których treści, dane lub informacje są wykorzystywane w celu ułatwienia ich wyszukiwania przez wyszukiwarki internetowe. Szczegółowe informacje na temat zastrzeżenia dostępne są TUTAJ

KOMENTARZE
Autor komentarza: * Treść komentarza: Szacun za działalność pana radnego i zainteresowanie wszystkich tematem Gminy Oława. Pozwolę sobie zacytować pana radnego. "czy władze Miasta Oława analizują te plany i czy zamierzają zabrać głos tam, gdzie przyszłe zagospodarowanie terenów sąsiedniej gminy może bezpośrednio dotyczyć naszych mieszkańców." I pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat:" uwagę może złożyć każdy – również mieszkaniec miasta Oława." A teraz pytanie do pana radnego. Jakie uwagi, jakie pytania, jakie zastrzeżenia pan złożył, napisał? Myślę, że przez wrodzoną skromność pan tego nie napisał, ale może warto by było pokazać, że to nie UM w Oławie, ale pan, który reprezentuje mieszkańców, wykazał się czujnością i dociekliwością. Proszę nie być skromnym i pokazać nam swoją korespondencję z Urzędem Gminy. Jeszcze raz szacun i pozdrawiam Data dodania komentarza: 13.09.2026, 15:16 Źródło komentarza: Radny Gawlas zachęca: - Warto teraz zajrzeć do projektu... Autor komentarza: * Treść komentarza: Który to już rok tej kadencji Rady Powiatu? A pan radny przez ten czas aż trzy wnioski do budżetu. No jestem pod wrażeniem. Czyżby nie długo miały być kolejne wybory? Data dodania komentarza: 13.09.2026, 15:04 Źródło komentarza: Drabiński składa wnioski do budżetu powiatu na 2027. Jakie? Autor komentarza: Pekińczyk Treść komentarza: A Frischmann śpi i udaje, że nic nie wie, jak poprzednio w sprawie biogazowni? Data dodania komentarza: 13.09.2026, 14:48 Źródło komentarza: Radny Gawlas zachęca: - Warto teraz zajrzeć do projektu... Autor komentarza: watar Treść komentarza: Filozof wiejski. Data dodania komentarza: 13.09.2026, 12:47 Źródło komentarza: Bezdomni. To nie jest sprawa jednostkowa Autor komentarza: pissss Treść komentarza: Do Nawrockiego? Data dodania komentarza: 13.09.2026, 12:41 Źródło komentarza: Mieszkaniec Oławy groził, że zabije premiera Autor komentarza: dziwaczka Treść komentarza: A Kaczyński czyścił twoje. Data dodania komentarza: 13.09.2026, 12:40 Źródło komentarza: Mieszkaniec Oławy groził, że zabije premiera
Reklama
NAPISZ DO NAS!

Jeśli masz interesujący temat, który możemy poruszyć lub byłeś(aś) świadkiem ważnego zdarzenia - napisz do nas. Podaj w treści swój adres e-mail lub numer telefonu. Jeżeli formularz Ci nie wystarcza - skontaktuj się z nami.

Reklama
Reklama