Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
sobota, 17 października 2026 02:22
ZOBACZ:
Reklama Hipol
Reklama Jaśnikowski
Reklama BMM

Krajobraz po bitwie (5)

Podziel się
Oceń

Chichot wesołych autorów oszukańczych akcji

Na początku drugiej części moich rozważań upadłości Jelczańskich Zakładów Samochodowych wypada przypomnieć, jak doszło do przejęcia "Jelcza" przez firmę Sobiesław Zasada Centrum SA. Nabywając od Skarbu Państwa pakiet akcji Jelcz SA, warszawska centrala przyjęła na siebie szereg zobowiązań, z których w znacznej części się nie wywiązała, a szczególnie w zakresie doinwestowania "Jelcza". Kiedy przez nieudolność, a może i nie tylko, doprowadzono do skraju możliwości produkcyjne oraz na skutek postępującej zapaści "Jelcza", podjęto przygotowania do ogłoszenia upadłości.

Po zrezygnowaniu ze współpracy z Jelczem niedoszłych kandydatów na inwestorów strategicznych, takich jak MAN oraz Mercedes, chętna do współpracy okazała się tylko firma VOLVO. Jednak na skutek urażenia ambicji ówczesnego dyrektora naczelnego Jelcza - Krzysztofa Rozenberga, któremu kierownictwo VOLVO dało do zrozumienia, że po podpisaniu umowy o współpracę z Jelczem nie widzi się go na zajmowanym dotychczas stanowisku, wówczas ten uznał to za osobistą zniewagę i zagrożenie dla siebie. Polecił więc firmie i pracownikom VOLVO opuścić halę A i zaprzestać prowadzonej już tutaj działalności produkcyjnej. Tę sytuację wykorzystał wówczas Sobiesław Zasada, który od Skarbu Państwa nabył większościowy pakiet akcji Jelcza. W ten sposób SZC SA stała się właścicielem jelczańskiego przedsiębiorstwa. Niefortunne jest określenie, że SZC SA stała się w ten sposób sponsorem strategicznym, bo strategia warszawskiej centrali - Zasady polegała na łatwym zdobyciu firmy, wyeksploatowaniu jej możliwości produkcyjnych i sprzedaniu "wydmuszki", a więc tego, co zostało.

Z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży tego, co się jeszcze do sprzedaży nadawało, syndyk musiał pokryć długi upadłej firmy, zwłaszcza wobec Urzędu Skarbowego i ZUS oraz zaległe podatki wobec miasta i gminy, a także długi wobec kooperantów, dostawców materiałów itp. Zawsze było tak, że robotnik, stojący na końcu tej roszczeniowej kolejki, nie miał szans, by otrzymać cokolwiek. Przed nim byli np. działacze związkowi. Oni łaskawie nie upominali się o pieniądze dla robotników i tym samym nie utrudniali pracy syndykowi. Ten zapewne to doceniał. Oczywiście nie mam podstaw do twierdzenia, że pieniądze ze sprzedaży zostały rozdysponowane niewłaściwie. Choć minęło dużo czasu, to istnieje jeszcze możliwość sprawdzenia działalności syndyka przez odpowiednią kontrolę, którą powinny spowodować instytucje do tego upoważnione.

Początkiem tego nieszczęsnego procesu stały się wydarzenia z 4 czerwca1990, kiedy Rada Pracownicza Przedsiębiorstwa podjęła uchwałę o odwołaniu Jana Dalgiewicza ze stanowiska dyrektora naczelnego JZS. W ten sposób członkowie Rady uruchomili tragiczny proces i konsekwencje, które doprowadziły do przejęcia "Jelcza" przez SZC SA i do późniejszego tragicznego finału. Większość członków Rady zapewne nie zdawała sobie sprawy z tego, co uczynili, ale byli tacy, którzy wiedzieli, za czym głosują i kto ich do takiego głosowania zmanipulował. Dla użytku ogółu podawano kłamliwą informację, że te decyzje wymusiła ówczesna sytuacja w fabryce. Później ogółowi załogi tłumaczono, że sytuacja w przedsiębiorstwie nie stwarza warunków do dalszego funkcjonowania tak dużej firmy. JZS podzielono na dwie firmy. Rozpoczął się początek końca wielkiego "Jelcza". Zbiegiem okoliczności był fakt pogarszającej się koniunktury na rynku motoryzacyjnym, ale temu można było u nas zaradzić. Stało się inaczej. Po odwołaniu dyrektora Dalgiewicza i następnie pojawieniu się coraz większych trudności w produkcji i narastających komplikacji w funkcjonowaniu fabryki, były dogodne możliwości do wchłonięcia "Jelcza" przez spółkę SZC SA. Ten manewr zamiast przynieść pożytek dla "Jelcza" i załogi spowodował wręcz odwrotne skutki. W wyniku dalej pogarszającej się sytuacji produkcyjnej przejętej fabryki doprowadzono ją do upadłości poprzez niefrasobliwe kierowanie tym organizmem. W opinii społecznej jest powszechne przekonanie, że dyrektor Jan Dalgiewicz nie dopuściłby do tak niekorzystnego rozwoju sytuacji w JZS. Można więc teraz zrozumieć, że stał on na przeszkodzie samowoli nieudaczników, więc trzeba było go usunąć. Potem nowe kierownictwo "Jelcza" zaczęło popełniać błąd za błędem. O niektórych już wcześniej pisałem. Tutaj podam tylko przykładowo, że przy podpisywaniu umowy o przejęciu Jelcza przez SZC SA Rada Pracownicza i nowy dyrektor popełnili istotny błąd, a mianowicie nie sprawdzili zdolności i możliwości finansowych firmy Sobiesława Zasady, która przejmowała Jelcz. W kilka miesięcy później Najwyższa Izba Kontroli, badająca sytuację w tej firmie, w protokole pokontrolnym wykazała, że prawie w każdej dziedzinie działalności SZC SA występują straty. W relacji z "Jelczem" sięgały one pół miliarda złotych. Ciekawostką jest fakt, że zamach na dyrektora Dalgiewicza został dokonany bez rozgłosu, jakby po cichu. Nie zamieszczono (o ile mnie pamięć nie myli) informacji o tym wydarzeniu nawet w gazecie zakładowej "Głos Jelcza". Nie pisano też o przejęciu fabryki przez nowego dyrektora - Krzysztofa Rozenberga, z wyjątkiem jakichś krótkich wzmianek. Decyzja RPP JZS była zastanawiająca, bo organem powołanym do odwoływania dyrektora był minister. Charakterystyczne jest to, że od decyzji odwołania ze stanowiska Jana Dalgiewicza odcięła się Komisja Fabryczna "Solidarności" w JZS.

Późniejsza komisja konkursowa, powołana do wyłonienia kandydata na stanowisko dyrektora, wytypowała Rozenberga. Zdaniem obserwatorów konkurs ten był także farsą, bo za "przeciwnika"  Rozenberg miał Andrzeja Urbana, który - jak wieść niesie - nie zamierzał zostać dyrektorem Jelcza, bo trudno przypuszczać, żeby nie wiedział, kto ma zostać dyrektorem. Był to taki "pic" dla niezorientowanych.

Zaraz po tym Rada Pracownicza popełniła kolejny wielki błąd, który musiał się odbić negatywnie na kondycji finansowej firmy. Przewodniczący Rady, Ryszard Wrzesiński całkiem poważnie zasugerował członkom Rady, że nowy dyrektor nie może jeździć do pracy rowerem, toteż trzeba mu stworzyć odpowiednie warunki finansowe, by mógł zakupić sobie limuzynę, w której się będzie dobrze czuł. Zaproponował podwyższenie mu pensji, Gdy ją wymienił, wszyscy członkowie Rady uznali, że się przesłyszeli. Wrzesiński - służalczy wykonawca poleceń Rozenberga - zaproponował kwotę ośmiokrotnie wyższą niż wynosiła dotychczas pensja dyrektora Dalgiewicza. Za podwyższeniem pensji głosowali niemal wszyscy członkowie RPP, z wyjątkiem pięciu, którzy wstrzymali się od głosu. Niemal wszyscy potem prosili, by, broń Boże, nie wymieniać ich nazwisk.

Jak to przewidział Wrzesiński, w krótkim czasie dyrektor zarządził podwyżkę płac dla członków nowego zarządu oraz dla tych, którzy do jego awansu się przyczynili. Wydanie pieniędzy na podwyżki płac zapoczątkowało rabunkową politykę w dziedzinie finansów firmy. To musiało się odbić negatywnie na kondycji finansowej firmy, a przykładem tego było wydanie pracownikom akcji. To był oszukańczy manewr. Dla pracowników zabrakło pieniędzy, a zyski trafiały gdzie indziej. Nawiasem mówiąc, tu było wielkie pole do popisu dla działaczy związkowych, którzy mogli się z całą stanowczością upomnieć o gwarancję pokrycia akcji w pieniądzach. Nie upomnieli się i cała sprawa skończyła się bez konsekwencji dla winnych, którzy - myślę - mieli później okazję do skwitowania tej sprawy tytułowym chichotem.

Stale narastające kłopoty finansowe firmy były między innymi przyczyną odwołania Krzysztofa Rozenberga z funkcji dyrektora. Powszechnie znana była jego filozofia myślenia i sugestie, by brać z Jelcza, co się tylko da i dopóki się da. Jego następcy - Andrzej Kalisz i Marek Cieślak - przyjeżdżali do Jelcza wyłącznie po pieniądze i nie ukrywali, że sytuacja zmusza centralę SZC SA do rozpoczęcia procedury upadłościowej firmy. W ostatnich miesiącach "Jelcz" odwiedzali w tym samym celu niektórzy pracownicy SZC SA z Warszawy, a jeden z nich z całą szczerością wyznał, że nie zna się na samochodach, bo jest... kolejarzem.

Od czasu ogłoszenia przez sąd upadłości "Jelcza" (styczeń 2008) minęło już sporo czasu i wiele ludzi nie jest w stanie przytaczać szczegółów i swoich refleksji. Żal tylko, że upadek fabryki rozpoczęto wyrządzeniem wielkiej krzywdy Janowi Dalgiewiczowi, który był całym sercem oddanym sprawom fabryki i jej załogi, był dobrym i doświadczonym gospodarzem. Odwołano go bez powodu z funkcji dyrektora naczelnego Jelcza. W ślad za tym odwołaniem starannie rozmontowano dobrze funkcjonujące kierownictwo. Odwoływano i czyniono wielką krzywdę oraz upokorzenie wielu zasłużonym jelczanom, zwalniano setki robotników - znakomitych fachowców. Zrobiono im i ich rodzinom krzywdę, której już się nie da naprawić, ale o niej trzeba pamiętać. Taka krzywda spotkała wielu kadrowych pracowników m.in. Bogusława Śledzia, Kazimierza Górskiego, Zbigniewa Nowaka, a w późniejszym czasie Kazimierza Delikata, Czesława Steinera oraz Wiesława Cieślę. Ludzie, którzy latami pracowali na sukces tej fabryki i wysoką jakość produkowanych tu pojazdów, są do dziś zbulwersowani działaniami, jakie podjęła i prowadziła "grupa Rozenberga". I dlatego nie należy się dziwić, że autorzy smutnego artykułu, zamieszczonego ostatnio w "Gazecie Powiatowej"  żądają dyskusji nad przyczynami upadku "Jelcza", domagają się ustalenia winnych i ich ukarania.

Upiorny duch cwaniactwa, niekompetencji, nieudolności, egoizmu, braku poczucia odpowiedzialności z minionego okresu  mocno owładnął "Jelcz" swymi mackami i po odejściu Rozenberga dalej funkcjonował, aż do całkowitego zniszczenia zasłużonej firmy. I teraz, nie tylko po nocach błąka się on po naszej okolicy i choć niewidzialny to nie daje spokoju. Ta zjawa pojawia się nieustannie, niekiedy o zmierzchu, innym razem pośród nocy, ale bywa, że i w dzień, w godzinach południowych, w postaci jakiegoś gabinetu z jakimś potępieńcem, innym zaś razem w postaci wieżowca BOT, unoszącego się tuż nad ziemią w obłoku pyłu i dymu z trotylu. Budzi to strach i niepewność, ale też złość i gniew ogarnia człowiek na samo wspomnienie.

Zabieram głos na ten bolesny temat po raz piąty i zdaję sobie sprawę, że oprócz wydarzeń, które toczyły się bez większej krytycznej dyskusji (zmiany na stanowisku dyrektora, przejęcie "Jelcza" przez SZC SA, doprowadzenie fabryki do upadłości, utrata pracy przez wielotysięczną załogę), w kilku przypadkach - nieistotnych, drobnych faktów ewentualnie dat mogą budzić zastrzeżenia, że wydarzenia te przebiegały nieco inaczej, za co czytelników przepraszam. Jednak wymowa faktów jest jednoznaczna. Mam satysfakcję, że w czterech dotychczasowych publikacjach istotnych błędów nie było, bo do redakcji "Gazety Powiatowej" nikt uwag nie zgłaszał.

Michał Szczupak


Napisz komentarz

Komentarze

ZASTRZEŻENIE PODMIOTU UPRAWNIONEGO DOTYCZĄCE EKSPLORACJI TEKSTU I DANYCH

Dokonywanie zwielokrotnień w celu eksploracji tekstu i danych, w tym systematyczne pobieranie treści, danych lub informacji ze strony internetowej tuolawa.pl i publikacji przy użyciu oprogramowania lub innego zautomatyzowanego systemu („screen scraping”/„web scraping”) lub w inny sposób, w szczególności do szkolenia systemów uczenia maszynowego lub sztucznej inteligencji (AI), bez wyraźnej zgody wydawcy - RYZA Sp. z o.o. jest niedozwolone. 

Zastrzeżenie to nie ma zastosowania do sytuacji, w których treści, dane lub informacje są wykorzystywane w celu ułatwienia ich wyszukiwania przez wyszukiwarki internetowe. Szczegółowe informacje na temat zastrzeżenia dostępne są TUTAJ

KOMENTARZE
Autor komentarza: z Owczar Treść komentarza: MPZP jest z 2014 roku, gdzie NIS i ich nowa koleżanka ex-posłanka byli przez 12 lat? Co radni NIS robili od maja 2024 r. mając większość w radzie? Data dodania komentarza: 16.10.2026, 22:03 Źródło komentarza: Dowiedzieli się kilka dni przed upływem terminu i to... pocztą pantoflową Autor komentarza: Marik Treść komentarza: Akurat tutaj muszę się z Tobą nie zgodzić. MPZP jest z 2014 roku, uchwalone bez żadnych uwag. Ludzie mieli 12 lat żeby go zmienić jak nie chcieli tam wiatraków, to są 3 kadencje, w trakcie których funkcję wójta sprawowały 3 różne osoby. Data dodania komentarza: 16.10.2026, 21:55 Źródło komentarza: Dowiedzieli się kilka dni przed upływem terminu i to... pocztą pantoflową Autor komentarza: Człowiek Treść komentarza: Dobrze się czujesz? Data dodania komentarza: 16.10.2026, 20:10 Źródło komentarza: Dowiedzieli się kilka dni przed upływem terminu i to... pocztą pantoflową Autor komentarza: Rock Treść komentarza: Radni i sołtysi są zobowiązani do regularnego przeglądania i czytania obwieszczeń, zamieszczonych na stronie BIP Gminy Oława. Skoro był uchwalony MPZP, to Radni wyrazili zgodę na budowę OZE. Również Ci z Oleśnicy Małej, Owczar, Chwalibożyc, Osieka....Jeżeli inwestor spełni wszystkie wymagane ustawami wymagania to te wiatraki powstaną. Data dodania komentarza: 16.10.2026, 20:04 Źródło komentarza: Dowiedzieli się kilka dni przed upływem terminu i to... pocztą pantoflową Autor komentarza: Gocha ze Zwierzyńca Treść komentarza: Festiwal spychologii. Kto naprawdę zawinił w Oławie? Analizując wiatrakową aferę w gminie Oława, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z klasycznym, urzędniczym gridlockiem, w którym każdy umywa ręce. Jednak w gąszczu pism, procedur i wzajemnych oskarżeń, wina rozkłada się bardzo konkretnie. Kto zawiódł? Główny winowajca: Urząd Gminy i Wójt (Wina ewidentna) Pełną i bezpośrednią odpowiedzialność za odcięcie mieszkańców od informacji ponosi Urząd Gminy Oława na czele z wójtem Arturem Piotrowskim. • Tłumaczenie, że pismo z RDOŚ nie zawierało listy miejscowości, jest kuriozalne. Urzędnicy referatu planowania przestrzennego doskonale wiedzieli, gdzie TK WIND chce stawiać turbiny – wniosek inwestora leżał w urzędzie od ponad roku (od sierpnia 2023 r.). • Zasłanianie się „błędem ludzkim” to unikanie odpowiedzialności politycznej i menedżerskiej. Wójt odpowiada za organizację pracy urzędu. Jeśli podlegli mu pracownicy nie potrafią skojarzyć, że budowa 9 gigantycznych turbin dotyczy konkretnych sołectw, i nie potrafią wysłać jednego e-maila do sołtysów, to mamy do czynienia z głęboką niewydolnością systemową. Gmina zastosowała tzw. "złośliwą zgodność z przepisami" – wrzuciła dokument do BIP-u i uznała, że ma święty spokój. To rażące zaniedbanie i lekceważenie własnych mieszkańców. Współwinny: RDOŚ we Wrocławiu (Wina proceduralna) Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska również nie jest bez winy. Choć formalnie dopełniła procedur, wysyłając pismo elektroniczne, to jej działanie pokazuje bezduszność aparatu urzędniczego. • RDOŚ poprosił o ogłoszenie sprawy w sposób „zwyczajowo przyjęty”, ale sam nie pofatygował się, by precyzyjnie wskazać, o które wsie chodzi, działając po linii najmniejszego oporu. • Co więcej, instytucja ta ograniczyła własne obwieszczenia do swojego BIP-u. Obietnice o publikacji w prasie okazały się fikcją w skali lokalnej. RDOŚ potraktował udział społeczeństwa jako uciążliwy obowiązek do „odhaczenia” w tabelce, a nie realny element procesu decyzyjnego. Inwestor (TK WIND): Działanie w cieniu Firma TK WIND działała zgodnie ze swoim interesem ekonomicznym. Złożyła wniosek w 2023 roku i czekała na bieg spraw. Dla inwestora brak rozgłosu to idealne warunki – im mniej uwag mieszkańców, tym szybsza i łatwiejsza ścieżka do uzyskania decyzji środowiskowej. Choć trudno winić biznes za to, że nie robi wokół siebie hałasu, to jawne ignorowanie negatywnej opinii Sanepidu z lipca świadczy o tym, że inwestor liczył na przepchnięcie projektu kolanem, bez oglądania się na koszty społeczne. Podsumowanie: Urzędniczy mur kontra obywatele W tej układance bezbłędnie zadziałał tylko jeden element: mieszkańcy, sołtysi i lokalni aktywiści. Ludzie, którzy zostali zmuszeni do biegania od drzwi do drzwi i wyręczania opłacanych z ich podatków urzędników. Winny jest system zarządzania w gminie, który przedkłada biurokratyczny spokój nad transparentność. Przeprosiny wójta będą coś warte tylko wtedy, gdy pociągnie on do odpowiedzialności winnych urzędników, a wywalczony (miejmy nadzieję) nowy termin RDOŚ zostanie wykorzystany do realnej, otwartej debaty z mieszkańcami. Na ten moment gmina Oława dostała czerwoną kartkę z lekcji pod tytułem „Samorządność”. Data dodania komentarza: 16.10.2026, 19:26 Źródło komentarza: Dowiedzieli się kilka dni przed upływem terminu i to... pocztą pantoflową Autor komentarza: Leszek Górecki Treść komentarza: Panie Wieśku, nikt tu nie postuluje powrotu do średniowiecza ani wypasu krów, a mylenie walki o transparentność z „fobią na rozwój” to głębokie nieporozumienie. Rozwój gminy i nowoczesne technologie – w tym odnawialne źródła energii – są potrzebne, ale nie mogą być wprowadzane metodą faktów dokonanych i za plecami mieszkańców. W tej sprawie kluczowym problemem nie jest sam fakt budowy wiatraków, ale to, jak potraktowano ludzi Data dodania komentarza: 16.10.2026, 19:21 Źródło komentarza: Dowiedzieli się kilka dni przed upływem terminu i to... pocztą pantoflową
Reklama
NAPISZ DO NAS!

Jeśli masz interesujący temat, który możemy poruszyć lub byłeś(aś) świadkiem ważnego zdarzenia - napisz do nas. Podaj w treści swój adres e-mail lub numer telefonu. Jeżeli formularz Ci nie wystarcza - skontaktuj się z nami.

Reklama
Reklama