Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
czwartek, 23 kwietnia 2026 14:43
ZOBACZ:
Reklama
Reklama Jaśnikowski
Reklama BMM

PKS na równi pochyłej

Z Janem Kowalczykiem - byłym dyrektorem PKS Oława - rozmawia Krzysztof Andrzej Trybulski
Podziel się
Oceń

Oława Po informacji prezesa


- Na czerwcowej sesji oławskiej Rady Powiatu prezes PKS Edwin Monastyrski informował radnych o aktualnej sytuacji w spółce, przejętej pod koniec roku 2010 przez Starostwo. Wynikało z tego, że ta firma, kiedyś bardzo dynamiczna i jedna z najlepszych w kraju, po latach zastoju wreszcie wychodzi na prostą. Pan - jako były wieloletni szef oławskiego PKS - ponoćnie podziela tej opinii...

- Zawsze byłem takim trochę umiarkowanym pesymistą, co do prognoz rozwoju i oceny perspektyw finansowych oławskiego PKS. Muszę przyznać, że z reguły wychodziło mi to na dobre. W takiej branży, w jakiej działał i działa PKS, hurraoptymizm nigdy nie popłacał i nie popłaca. Mimo iż od kilku dobrych lat jestem na emeryturze i nie pełnię ani zawodowo, ani społecznie funkcji, które miałyby jakikolwiek bezpośredni związek z oławskim PKS, to ciągle jestem bardzo mocno związany emocjonalnie z tym przedsiębiorstwem. Jako dyrektor przepracowałem tam 29 lat. Dobro tej firmy, a zwłaszcza jej załogi, która w dużym stopniu była przeze mnie przez długie lata budowana i formowana, leży mi bardzo na sercu. W dużym napięciu emocjonalnym śledzę więc to wszystko, co się dzieje wokół oławskiego PKS i z dużym niepokojem obserwuję ostatnie działania jego kierownictwa.

- A może niepotrzebnie, bo przecież na wspominanej sesji Rady Powiatu, prezes Monastyrski stwierdził, że chociaż Przedsiębiorstwo Komunikacji Samochodowej zamknęło 2011 rok ujemnym wynikiem, to sytuacja jest coraz lepsza. 

- Chciałbym bardzo, aby ta teza, zaprezentowana radnym przez prezesa Monastyrskiego, była rzeczywiście prawdziwa. Sęk w tym, że nie jest.

- Szef zarządu PKS twierdzi, że rok 2011 spółka zamknęła wynikiem ujemnym, w wysokości 585.069 zł, ale w 2010 była na minusie, przekraczającym 3 mln zł. Więc chyba jest poprawa, i to wyraźna?

- Przykro mi, ale niestety, jest inaczej. Te dane, dotyczące wysokości strat, które pan tu przytacza za prezesem Monastyrskim, są rzeczywiście prawdziwe. Rzecz w tym, że są one wynikiem decyzji o charakterze administracyjnym, a mianowicie wydłużenia okresu amortyzacji środków trwałych - z sześciu do dwudziestu lat. Ta decyzja, podjęta przez zarząd spółki, jest zgodna z prawem i nie można jej kwestionować. Ona niesie jednak za sobą określone skutki w zapisach księgowych, które na krótką metę dobrze wpływają na poprawę kondycji finansowej firmy, ale w dłuższym okresie mogą być dla niej wręcz zabójcze. W zamyśle ustawodawcy amortyzacja środków trwałych służy bowiem odtworzeniu majątku przedsiębiorstwa, co dotyczy zarówno sektora państwowego oraz komunalnego, jak i prywatnego. Wysokość amortyzacji warunkuje coroczny poziom inwestowania w przedsiębiorstwo. W przypadku oławskiego PKS można to skonkretyzować liczbą kupowanych corocznie nowych autobusów. Do niedawna odpis amortyzacyjny wynosił 3,5 mln zł rocznie, a teraz spadł do 1,3 mln zł. Przy poprzedniej wysokości odpisu można było w ciągu 10-12 lat wymienić prawie cały tabor autobusowy. W dzisiejszych uwarunkowaniach 20 lat eksploatacji samochodu, użytkowanego np. w przewozach międzynarodowych, to zupełna abstrakcja.

- Decyzja zarządu spółki, dotycząca wydłużenia okresu amortyzacji, ma także konkretny wymiar przy bilansowaniu rocznych przychodów i wydatków. Jak to się przełożyło na sytuację firmy w 2012, w porównaniu z 2011?

- Dopiero co minęliśmy półrocze, więc trudno w tej chwili porównywać obecną sytuację z tą w minionym roku. Można jednak rok 2011 porównać z 2010. Jeśli zastosujemy te same parametry, czyli te same wskaźniki odpisu amortyzacyjnego, to szybko się okaże, że w 2010 strata wyniosła ok. 850 tys. zł, a w 2011 - ok. 600 tys. zł. Owszem, strata jest mniejsza, ale nie o tyle, jak podawał na sesji prezes Monastyrski - że niby zarząd spółki w ciągu roku zmniejszył stratę z 3 mln do niespełna 600 tys. zł.

- Jaki jest cel podawania do publicznego obiegu takich zmanipulowanych danych liczbowych?

- Tylko jeden - poprawienie wizerunku firmy. To taki zabieg czysto pijarowski, jak byśmy to dziś mądrze powiedzieli. Ma też zapewne służyć poprawie relacji między zarządem spółki a właścicielem, czyli władzami powiatu.

Czytaj dalej [STRONA]


- Nie zgadza się więc pan z tezą, że oławski PKS wychodzi z zakrętu na prostą?

- Chciałbym, ale nie mogę. Moim zdaniem wynik finansowy PKS powoduje, że firma jest na równi pochyłej. Trwa to już kilka lat. Jeśli ta tendencja będzie się nadal utrzymywać, to może się to skończyć upadłością spółki - znacznie szybciej niż się tego spodziewamy. To nie nastąpi tak od razu, z dnia na dzień, bo PKS jest dużą firmą i wciąż dysponuje sporym majątkiem, który w kryzysowej sytuacji można etapami spieniężyć, np. sprzedając działkę w Strzelinie firmie Orlen, która ją dzierżawi pod stację paliw.

- O tej złej kondycji oławskiego PKS może także, pana zdaniem, świadczyć zmniejszenie odpisów na fundusze celowe?

- To prawda. W takiej firmie jak PKS, zgodnie z kodeksem spółek handlowych, na początku obligatoryjnie musiały powstać dwa fundusze celowe - założycielski, czyli podstawowy, oraz

rezerwowy. Gdy odchodziłem z PKS, ten pierwszy wynosił 7 mln zł, a drugi 5 mln zł. Teraz ten drugi, z którego przede wszystkim powinno się czerpać środki na inwestycje, zmalał praktycznie do zera. Gdyby nie zabieg z wydłużeniem okresu amortyzacji, to już by tego funduszu wcale nie było.  Uważam, że jeśli ta tendencja będzie się utrzymywała, to wkrótce starostwo będzie miało poważny problem z PKS. Przypuszczam, że jeśli minie pięcioletni okres karencji, który wynika z umowy z ministrem skarbu, zawartej w momencie przejęcia spółki przez powiat, to władze samorządowe, chcąc nie chcąc, pozbędą się tej firmy. PKS to nie szpital i nikt nie będzie o niego zawzięcie walczył. Przewozy przejmie prywatny przewoźnik, a majątek, w postaci gruntów i budynków, będzie rozprzedany.

- Ale jest przecież jeszcze liczna załoga...

- Jest, i o nią się najbardziej obawiam. W dyskusjach toczących się dwa lata temu, gdy powiat przejmował PKS, załoga była przez pewną grupę ludzi potraktowana jak mięso armatnie. Pod pozorem spółki pracowniczej firmę chciało przejąć konsorcjum jeleniogórskie, które prowadzi kilka dawnych oddziałów terenowych PKS na Dolnym Śląsku. Jego przedstawiciele, wywodzący się ze struktur politycznych, a konkretnie z SLD, proponowali mi nawet stanowisko dożywotniego doradcy, z niezłym profitem finansowym, w zamian za wsparcie ich planów.

- Nie przyjął pan jednak tej propozycji, a z tego co wiem, doradzał pan ówczesnemu staroście Markowi Szponarowi, by powiat przejął PKS.

- To prawda, bo mnie tak wychowano, że jak dają to bierz, a jak biją, to uciekaj. Starosta Szponar pytał mnie także, kogo bym widział na stanowisku prezesa spółki komunalnej. Odpowiedziałem, że z grona obecnie pracujących w PKS nikogo nie widzę w tej roli. Zasugerowałem przeprowadzenie konkursu i zadeklarowałem rolę doradcy bądź eksperta w komisji konkursowej. Bez prawa głosu i bez gratyfikacji finansowej.

- Propozycja nie została jednak przyjęta. A czy w ogóle władze powiatu korzystają z pana doświadczenia i proszą o jakąś pomoc?

- Przykro mi, ale po tych dwóch czy trzech spotkaniach z panem starostą Szponarem, o których wspomniałem, od tamtej pory nikt mnie o nic nie prosił i o nic nie pytał. Ja cały czas deklaruję pomoc i to zupełnie bezpłatną, także bez potrzeby jakiegokolwiek formalizowania mojej roli, w postaci powoływania mnie na jakąś funkcję.

- Z tego, co pan mówi, wynika, że to się jeszcze zdarzy, ale wtedy może być już za późno.

- No tak, bo jeśli to będzie w myśl zasady "jak trwoga, to do Boga", wtedy faktycznie moje rady mogą być już znacznie spóźnione. Moim zdaniem rację miał kiedyś pan Józef Hołyński, gdy jako przewodniczący Rady Powiatu sceptycznie podchodził do pomysłu przejęcia PKS przez powiat. Mówił, że władze spółki zostaną upolitycznione. Niestety, jego przewidywania się sprawdzają. Gdy byłem dyrektorem PKS, to od 1980 roku, czyli od zaistnienia związku "Solidarność", powiedziałem swoim współpracownikom, że politykę powinniśmy zostawić przed bramą zakładu a poglądy polityczne wyrażać tylko w okresie wyborów. Tej zasady trzymałem się do końca mojego "urzędowania" w oławskim PKS. Teraz widzę, że ona już nie obowiązuje. To jest dodatkowy element, który powoli będzie spychał spółkę po równi pochyłej, na dno.

Czytaj dalej [STRONA]
- Mieszkańcy powiatu widzą jednak w ostatnim czasie sporą ofensywę propagandową PKS.

- Dobrze pan to ujął - propagandową. Ale jak ktoś dobrze pamięta czasy PRL, to takie słowo dobrze mu się nie kojarzy. Spółka wydaje spore pieniądze na reklamę prasową, a moim zdaniem, w jej przypadku najlepszą promocją jest jakość usług, jakie oferuje, w tym przede wszystkim opinia pasażerów oraz kierowców, którzy przyjeżdżają do bazy na Polnej, by naprawiać czy serwisować swoje pojazdy. Jeśli mają dobre zdanie o naszym PKS, to ono się szybko roznosi i to jest najskuteczniejsza propaganda, a mówiąc już bardziej współczesnym językiem - reklama. Usługi PKS to nie coca-cola, tu liczą się przede wszystkim szybkość, jakość i cena. Zawsze dbałem o to, żeby kierowca, który przyjeżdża naprawić u nas swój pojazd, nie czekał na obsługę dłużej niż 10 minut. Proszę zapytać, ile to dzisiaj trwa, i wtedy szybko znajdzie pan jedną z przyczyn stałego dołowania spółki. Ja mam jednak ciągle nadzieję na to, że ta zła tendencja się odwróci. Życzę tego z całego serca władzom powiatu, a także szefom firmy, a przede wszystkim załodze.

Jan Kowalczyk

Ma 72 lata. Pochodzi z małej wsi w rejonie Międzyrzecza Podlaskiego. Pod koniec lat pięćdziesiątych trafił "za chlebem" na drugi koniec Polski - do Bogatyni, gdzie pracował przy budowie elektrowni i kopalni Turów. Był referentem, a potem mechanikiem w bazie sprzętu i transportu Dolnośląskiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłowego. Po odbyciu służby wojskowej trafił do Zgorzelca i pracował tam w terenowym oddziale Państwowej Komunikacji Samochodowej. Przeszedł w tym przedsiębiorstwie prawie wszystkie szczeble kariery zawodowej, poczynając od referenta działu taboru, a kończąc na funkcji zastępcy dyrektora do spraw eksploatacji. Jesienią 1977 przyjechał do Oławy, gdzie w wieku 37 lat objął funkcję naczelnego dyrektora PKS i pełnił ją przez 29 lat.

Ukończył Technikum Samochodowe oraz ekonomikę transportu na Uniwersytecie Poznańskim. Jest współzałożycielem i aktywnym członkiem Fundacji na rzecz Rozwoju Ochrony Zdrowia, pod nazwą "Szpital w Oławie". Żonaty, ma troje dorosłych dzieci.

Z 281 do 272 - o tyle w 2011 zmniejszyło się zatrudnienie w PKS


Napisz komentarz

Komentarze

Kierowca 29.01.2016 11:23
Jan Kowalczyk ma rację.

ZASTRZEŻENIE PODMIOTU UPRAWNIONEGO DOTYCZĄCE EKSPLORACJI TEKSTU I DANYCH

Dokonywanie zwielokrotnień w celu eksploracji tekstu i danych, w tym systematyczne pobieranie treści, danych lub informacji ze strony internetowej tuolawa.pl i publikacji przy użyciu oprogramowania lub innego zautomatyzowanego systemu („screen scraping”/„web scraping”) lub w inny sposób, w szczególności do szkolenia systemów uczenia maszynowego lub sztucznej inteligencji (AI), bez wyraźnej zgody wydawcy - RYZA Sp. z o.o. jest niedozwolone. 

Zastrzeżenie to nie ma zastosowania do sytuacji, w których treści, dane lub informacje są wykorzystywane w celu ułatwienia ich wyszukiwania przez wyszukiwarki internetowe. Szczegółowe informacje na temat zastrzeżenia dostępne są TUTAJ

KOMENTARZE
Autor komentarza: cześTreść komentarza: A zero=ziobro to gdzie raka leczył? Wiadomo że nie w Polsce!!!Data dodania komentarza: 23.04.2026, 14:13Źródło komentarza: "Rządzący leczą się gdzie indziej i nie potrzebują szpitali powiatowych"Autor komentarza: Pracownik szpitalaTreść komentarza: Mit „okradania państwa” przez wieloetatowość: Porównanie lekarza do kasjera czy stolarza jest nietrafne z jednego powodu: braku kadr. Gdyby wprowadzić zakaz pracy na kilku etatach, system ochrony zdrowia w Polsce zawaliłby się w ciągu 24 godzin. Lekarze nie pracują w trzech miejscach z chciwości, ale dlatego, że szpitale desperacko szukają kogoś do obsadzenia dyżurów. To system jest „złodziejem”, bo wymusza na personelu pracę ponad siły, by załatać dziury kadrowe. Prywatne vs Publiczne – to nie takie proste: Twierdzisz, że w prywatnych szpitalach „prywata” jest niemożliwa. To naiwne podejście. Prywatne szpitale działają dla zysku – wybierają procedury najlepiej płatne i „łatwych” pacjentów, podczas gdy najtrudniejsze i najbardziej kosztowne przypadki (na których się traci) i tak trafiają do jednostek publicznych. „Prywata” w publicznych placówkach to często efekt tego, że państwo wycenia procedury poniżej kosztów, więc lekarze szukają alternatyw. Zakupy sprzętu to nie tylko łapówki: Różnica 40% w cenie tomografu brzmi skandalicznie, ale rzucanie oskarżeń o „koperty” bez dowodów to populizm. Cena sprzętu medycznego to nie tylko samo urządzenie, ale też długość gwarancji, koszt serwisu przez 10 lat, oprogramowanie i szkolenia. Szpital na Podlasiu mógł kupić „goły” sprzęt, a szpital na Śląsku pełen pakiet obsługi, co w ostatecznym rozrachunku może być tańsze. Pensje zjadają budżet? To nie wina personelu, że koszty życia i inflacja rosną. Jeśli państwo chce mieć specjalistów, musi im płacić rynkowo. Problem nie leży w wysokości pensji, ale w fatalnym zarządzaniu i braku restrukturyzacji małych, nierentownych szpitali powiatowych, które dublują swoje funkcje, generując gigantyczne koszty stałe. Podsumowując, Twoja diagnoza skupia się na objawach (pensje, sprzęt, etaty), a pomija przyczynę: chroniczne niedofinansowanie systemu i brak odwagi politycznej, by zlikwidować nierentowne placówki. Czy uważasz, że likwidacja małych, zadłużonych szpitali powiatowych na rzecz dużych, nowoczesnych centrów byłaby krokiem w dobrą stronę, czy tylko pogorszyłaby dostęp do leczenia?Data dodania komentarza: 23.04.2026, 14:09Źródło komentarza: SZPITAL POWIATOWY Minuta ciszy dla systemu ochrony zdrowiaAutor komentarza: kolTreść komentarza: gdyby KD Sprinter zatrzymywał się na dużej ilości stacji to nie byłby to SPRINTER.Data dodania komentarza: 23.04.2026, 13:55Źródło komentarza: LIST: - Pociągi KD Sprinter też powinny się zatrzymywać na przystanku Oława ZachodniaAutor komentarza: ixiTreść komentarza: Brawo, naprawdę potrzebny element cywilizacji. Jeżeli podobnie jest na placach w miastach ??? . Np : Oława i Jelcz-Laskowice. To ok.Data dodania komentarza: 23.04.2026, 13:44Źródło komentarza: Przenośne toalety przy wiejskich placach zabaw? Proszę bardzoAutor komentarza: NataTreść komentarza: Bo Majek nie da się nie kochać...Data dodania komentarza: 23.04.2026, 12:44Źródło komentarza: To dla Nich śpiewał Kamil Bednarek na balu, na którym zebrano 38.250 zł! (GALERIA)Autor komentarza: wolantTreść komentarza: A kogo interesują osoby niepełnosprawne?! Nie jeżdżę koleją bo nie mogę wsiąść do pociągu w Oławie, stopnie są dla mnie za wysokie. Remont a wszystko zostaje po staremu. Smutne.Data dodania komentarza: 23.04.2026, 11:33Źródło komentarza: LIST: - Pociągi KD Sprinter też powinny się zatrzymywać na przystanku Oława Zachodnia
Reklama
NAPISZ DO NAS!

Jeśli masz interesujący temat, który możemy poruszyć lub byłeś(aś) świadkiem ważnego zdarzenia - napisz do nas. Podaj w treści swój adres e-mail lub numer telefonu. Jeżeli formularz Ci nie wystarcza - skontaktuj się z nami.

Reklama
Reklama