Tak miało być. Ale nie wyszło. Żal tego młodego człowieka. Jako gazeta też mamy zaledwie dwadzieścia lat, więc wiemy, jak to bywa. Ledwo wyrwał się do świata, a już dostał w łeb. A raczej sam tym łbem walnął w płot. Chodzi o niedoszłego radnego z Jelcza-Laskowic, dwudziestolatka, który tak się cieszył z wyborczego zwycięstwa swojego burmistrza, że musiał sobie golnąć, co akurat zrozumiałe.
Nie jest zrozumiałe tylko to, że potem usiadł za kierownicą. Bo że w takim stanie walnął autem w płot, to się rozumie samo przez się. Tym samym młody człowiek, który miał zająć miejsce Kazimierza Putyry w Radzie Miejskiej, skasował swoją polityczną karierę. Przynajmniej na jakiś czas.
Cóż, stało się. Ale nie to jest najgorsze. Gorzej, że do takiej sytuacji doszło w Jelczu-Laskowicach, gdzie przecież do klasyki przeszedł przypadek poprzedniego burmistrza, który - zamiast korzystać wyłącznie z benzyny - próbował jechać na syropie. I też stracił mandat. Było o tym głośno, nawet bardzo głośno.
Niby wszyscy o tym wiedzieli, wszyscy mówili.
A teraz amnezja? Czy naprawdę wśród przyjaciół tego młodego człowieka nie było nikogo, kto mógłby powiedzieć STOP? Przecież nie pił sam. Owszem, niby nie używał alkoholu podczas imprezy z okazji wygranych wyborów, ale mu nie wierzę. Że niby o suchym pysku przetrwał coś takiego aż do pierwszej w nocy?! To niemożliwe. Zwłaszcza w J-L. A nawet jeśli, to przecież potem też nie był sam. Młody, naiwny, porywczy, jak to dwudziestolatek. Jak my. Ale przecież nie był na pustyni! Gdzie byli jego koledzy? Gdzie byli ci, z którymi wygrywał te wybory? Dolewali?
Ponieważ to mój ostatni felieton przed świętami, życzę wszystkim, by w takich sytuacjach, jak opisywana, zawsze mogli liczyć na przyjacielski gest. Na kogoś, kto przekona, zatrzyma, uratuje przed większym nieszczęściem. Bo przecież utrata mandatu to drobiazg. Ktoś mógł stracić życie.
Jerzy Kamiński







Napisz komentarz
Komentarze