Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
niedziela, 8 listopada 2026 15:31
ZOBACZ:
Reklama Aftermarket Oława
Reklama Jaśnikowski
Reklama BMM

Grażynka, czyli... najsłynniejsze ekspedientki w Polsce

- Szukamy niemiłej, niesympatycznej, marudnej i z fochem ekspedientki - czytaliśmy parę miesięcy temu w ogłoszeniu Muzeum Motoryzacji Wena w Oławie. - W środku na ekspozycji mamy sklep i bar z epoki PRL, w którym chcemy serwować setę i galaretę, śledzia i sałatkę jarzynową
Grażynka, czyli... najsłynniejsze ekspedientki w Polsce
- Podchodzą, cieszą się, że mnie widzą, niektórzy próbują prowokować, żebym coś krzyknęła... - mówi Grażynka z Muzeum Motoryzacji Wena w Oławie

Autor: Jerzy Kamiński

Podziel się
Oceń

Ostatecznie za ladą stanęły dwie najlepsze kandydatki - od wakacji wcielają się w role peerelowskich ekspedientek, Danusię i Grażynkę. Podbijają internet, a zwiedzający je uwielbiają... 

 

 

Dziś poznajemy jedną z nich: 

Grażynka


Naprawdę ma na imię Natalia, ale nikt nie chce w to wierzyć. Dla ludzi jest i pewnie już na zawsze zostanie Grażynką, choć to formalnie Natalia Kopestyńska z Oławy
 

 

 

- Podobno w Tunezji zrobiła pani furorę jako Grażynka?

- To prawda. Już w drodze na wakacje Polacy mnie rozpoznali, a potem w hotelu nie dawali spokoju. Tylko wspólne fotki, dogadywanie, każdy chciał porozmawiać. Wiedzieli, że jestem z Muzeum Motoryzacji. Gdy o wszystkim usłyszał dyrektor hotelu i pokazali mu w internecie nasze muzeum, a w nim mnie, to potem miałam fajne plusy - gdzie nie szłam, jak królową mnie traktowali!

- Wcześniej gdzie pani pracowała?

- Przez 7 lat w ochronie. Potem zaproponowano mi tę pracę na stoisku w muzealnym sklepie spożywczym.

- I jak?

- Bardzo fajnie, już chyba bym sobie bez tej pracy nie poradziła.

- A reakcja ludzi?

- Podchodzą, cieszą się, że mnie widzą, niektórzy próbują prowokować, żebym coś krzyknęła...

- No właśnie. Słyszeliśmy, że to pani zwykle krzyczy, a nie koleżanka. Prosimy o próbkę...

- Pan tu nie stał! Bo zaraz szmatę wezmę! Albo takie coś: - Tu jest książka zażaleń, zaraz  zrobię zdjęcie i na tablicę damy, że tego klienta nie obsługujemy! 

- A co gdy to pani robią zdjęcia?

- Był problem na początku z tymi fotkami.

- No właśnie, bo pani to teraz trochę jak aktorka występuje...

- Już się przyzwyczaiłam, ale początkowo się wstydziłam, było ciężko. Teraz już nie. Ludziom nie odmawiam. Czasem ukradkiem zrobią mi zdjęcie, czasem proszą i wtedy nie odmawiam. Grażynka, no chodź! - wołają. Przychodzą też do mnie kobiety, nie tylko faceci. I wie pan, co jest najśmieszniejsze? Że przebierają się za mnie, robią taką samą fryzurę. Na internecie mi potem wysyłają. Córka mi kiedyś wysłała i pyta: - Mamo, gdzieś ty tu była w tym sklepie? Ja na to: - Ja byłam? Dopiero po dokładnym przyglądnięciu się mówię jej, że to nie ja. Przyjrzyj się! Upodabniają się.

- Słowem Grażynka z PRL żyje swoim życiem...

- Na razie wciąż takim trochę przytłumionym, bo jestem teraz w żałobie, więc prywatnie trochę mi ciężko tu się śmiać w pracy. Mąż zmarł w kwietniu... Może właśnie dlatego mnie tu wzięli do pracy, żebym przestała płakać.

- No tak, tutaj raczej trzeba się śmiać do klientów. 

- I to działa, więc najczęściej zapominam o swoich problemach. Dopiero gdy wracam do domu, to jest ciężko. Bo każda rzecz, gdzie się nie popatrzy, przypomina... A żyliśmy bardzo dobrze 36 lat razem, cięgle razem, i w pracy, i poza nią. Tu pracuję od lipca. Nie, nie żałuję, że się zgodziłam. W domu płakałam, tutaj nie mogę.

- Co na waszym stoisku ludzie najchętniej kupują?

- Oranżadę, blok, chatkę Jagi...

- Wy to robicie z Danusią?

- Przede wszystkim kuchnia robi, ale czasem niektóre rzeczy my musimy, np. dzisiaj robiłyśmy sałatkę. Tu nie ma czasu na więcej, bo trzeba przyjść do pracy, przebrać się i być gotową, bo zaraz ludzie wejdą. A bywa tłum ludzi... Początki to były mocne, nawet po kilka tysięcy dziennie. Teraz najwięcej zwiedzających jest w soboty i niedziele.

- Bywają upierdliwi, z którymi ciężko sobie poradzić?

 

- Bywają, ale już potrafię sobie z nimi poradzić. Jak zacznę się uśmiechać, to przestają krzyczeć. Najgorsze były początki, bo przecież ja zawsze miałam styczność z ludźmi, byłam wesoła, ale trafiłam z tą pracą na zły okres - bo to śmierć męża - musiałam się przełamać do tych wspólnych zdjęć z ludźmi, do tego, żeby z nimi rozmawiać i się uśmiechać wtedy, kiedy naprawdę nie było mi wesoło. Teraz już jest łatwiej.

- W domu też jest pani Grażynką?

- Wie pan, już po kilku dniach pracy, a było to 27 lipca, były moje urodziny i imieniny, bo mam w jednym dniu, więc poszłam sobie zamówić tort do Familijnej przy dawnym Tesco. Nie spodziewałam się, że ludzie tak zareagują, a byłam prosto z pracy. Była kolejka, więc się ustawiłam, ale spytałam, czy dam radę jeszcze dziś zamówić tort dla mnie. - Ależ oczywiście - usłyszałam. - Niech pani podejdzie. - Nie, postoję - mówię, a byłam z synem. Ale przepuszczają mnie, więc przechodzę do lady, akurat zmęczona byłam. Mówię, że chciałam tort z napisem "Natalia", ale na to oburzyły się ekspedientki, a do nich dołączyli ludzie z kolejki: - Przecież pani nie jest Natalia, tylko Grażynka! To mi oczy wyszły, bo nawet nie wiedziałam, że już o mnie wiedzą w Oławie. - Jaka Grażynka? - mówię. - A pani gdzie chce tego torta? - pytają. - No do pracy - mówię. Jak do pracy, to trzeba z "Grażynką". - Proszę mi zrobić jednak z Natalią, bo to moje imię - mówię z uporem. Po dłuższym przekonywaniu się zrobili mi jednak z napisem "Natalia", ale za cholerę nie chcieli. Tylko Grażynka i Grażynka... Potem podobnie było w Biedronce, tak więc unikam teraz sklepów albo się po pracy od razu przebieram. 

- To wróćmy do pytania, czy w domu bywa pani zołzą peerelowską?

- Nie, absolutnie nie. Ja bardzo kocham dzieci, więc w domu jestem sobą. To raczej sąsiedzi zaczepiają i mówią: - O, nasza gwiazda idzie!

- A kto wymyślił to imię Grażynka?

- Tomek Jurczak mi zaproponował cztery imiona, a potem wszyscy razem ustaliliśmy, że Grażynka jednak najbardziej pasuje do PRL-u. Te inne to była Marysia, Danusia, ale ją już mieliśmy, była też Irena. Powiedzieli ostatecznie, że do mniej najbardziej pasuje jednak Grażynka. I w pracy jestem Grażynką. Ale gdy przychodzą prawdziwe Grażyny, to się cieszą, że ekspedientką jest ich imienniczka.

- A co jest najtrudniejsze w tej pracy?

- Nic nie jest trudne. Jak jest dużo ludzi, to trzeba się nabiegać. Z Danusią też się dobrze dogadujemy, dopasowujemy. Bo ja jestem taka, że to się śmieję, to trochę pokrzyczę, a Danusia miną nadrobi. 

- Znajomi przychodzą?

- Akurat moi wszyscy znajomi już chyba byli. Od razu. A niektórzy nowi znajomi, ci z Tunezji, też się wybierają do muzeum. To Polacy z Gdyni, z Gdańska, z Wrocławia, już w Tunezji zapowiadali, że będą. Niektórzy nawet już byli.

- To chyba miłe...

- Tak, bardzo miłe.

- Ma pani jakieś nowe propozycje zawodowe?

- A wie pan, że kiedyś przyjechał tu taki starszy Polak z Francji, który ma tam sieć restauracji i proponował, żebym pojechała do niego. Miałam być taką twarzą tej sieci, a czasem obsłużyć klientów. 

- I co, zdecydowała się pani?

- Nie, ja tu mam dzieci.

- Podobno oferty matrymonialne też były?

- O Jezu! To już jest tragedia z mężczyznami. Bardzo dużo takich ofert. Nawet z kwiatami bywali.

- I co pani na to?

- Raczej nie ten czas. Odrzucam takie propozycje, ale kwiaty biorę. Jest tylko uśmiech, pośmieję się z nimi, pożartuję. Gdybym tak nie zrobiła, to byłoby nieprofesjonalne, ja tu przecież pracuję, gram tylko rolę, więc swoje muszę robić. Ale nie, aktualnie nie mam żadnego zainteresowania mężczyznami.

- Jak się pani prywatnie podoba muzeum?

- Piękna sprawa. U starszych ludzi wspomnienia wracają. Bardzo dużo ludzi opowiada, że przy takiej syrence to ślub brali, a przy tym innym aucie to robili co innego. A tam to, o Boże, moja pralka! Starsi bardzo to przeżywają, wracają wspomnienia, są emocje, niektórzy płaczą, inni się śmieją, ale wielu starszych bardzo przyjemnie wspomina dawne czasy. Do mnie też przychodzą i czasem pytają, czy jestem atrapą, czy jestem eksponatem. - Bo pani to jest taka typowa sklepowa jak w PRL - mówią. - Ja muszę zrobić pani zdjęcie i dać mamie albo babci.

- Czym pani do pracy przyjeżdża?

- Nie mam prawa jazdy.

- O Matko, w muzeum motoryzacji pracuje, a nie ma pani prawa jazdy?

- No nie mam. Mąż mnie wszędzie woził. Obie z Danusią nie mamy. Podczas gdy ją mąż nadal wozi, ja teraz muszę albo taryfą, albo syn czy córka podwiozą.


Napisz komentarz

Komentarze

Antek 01.12.2024 00:45
Fajnie że coś takiego mamy właśnie w Oławie

Rafa 30.11.2024 20:18
Litości ....

ZASTRZEŻENIE PODMIOTU UPRAWNIONEGO DOTYCZĄCE EKSPLORACJI TEKSTU I DANYCH

Dokonywanie zwielokrotnień w celu eksploracji tekstu i danych, w tym systematyczne pobieranie treści, danych lub informacji ze strony internetowej tuolawa.pl i publikacji przy użyciu oprogramowania lub innego zautomatyzowanego systemu („screen scraping”/„web scraping”) lub w inny sposób, w szczególności do szkolenia systemów uczenia maszynowego lub sztucznej inteligencji (AI), bez wyraźnej zgody wydawcy - RYZA Sp. z o.o. jest niedozwolone. 

Zastrzeżenie to nie ma zastosowania do sytuacji, w których treści, dane lub informacje są wykorzystywane w celu ułatwienia ich wyszukiwania przez wyszukiwarki internetowe. Szczegółowe informacje na temat zastrzeżenia dostępne są TUTAJ

KOMENTARZE
Autor komentarza: Marcin Treść komentarza: Przed nowym parkiem handlowym jest już jeden nowy logotyp. Drogowskaz do Muzeum Wena . .... , wiedział Tomek gdzie go postawić. 😁 Data dodania komentarza: 8.11.2026, 14:48 Źródło komentarza: Widać już pierwsze nowe sklepy w tym parku handlowym Autor komentarza: Kazik Treść komentarza: Atak terrorystyczny może być w innym miejscu miasta . Do bani takie działania Data dodania komentarza: 8.11.2026, 14:38 Źródło komentarza: Po wydarzeniach w Krakowie Wrocław zwiększa zabezpieczenia Rynku Autor komentarza: Oławianin Treść komentarza: Drugie miejsce zajęła oławianka Oliwia O. Data dodania komentarza: 8.11.2026, 14:03 Źródło komentarza: Nasi uczniowie zajęli III miejsce w XI Wrocławskim Kulinarnym Rajdzie Młodych Mistrzów! Autor komentarza: Rozumny Treść komentarza: Dzieciaku. To prywatna inwestycja, co ma burmistrz stanąć za ladą. Jesteś dzieckiem komunistycznych rodziców pewnie, kiedyś było centralne planowanie, teraz to firmy same decydują infantylny gniotku. Znajdź strony firm, zbierz podpisy i wyślij do tych firm na mail, że chcecie takiego sklepu. Zbadają rynek ilość sklepów. Ale wiem rozumiem, opozycja chce dowalić burmistrzowi. Jaka przewodnicząca partii, tacy ynteligentni jej członkowie. Data dodania komentarza: 8.11.2026, 13:28 Źródło komentarza: Tu będzie sklep sieci ACTION, ale nie tylko. Co jeszcze w nowym parku handlowym? Autor komentarza: Leszek Górecki Treść komentarza: Piękna inicjatywa i wielki szacunek dla pana Ireneusza za serce i energię. Dawanie dzieciakom z domów dziecka wiary w siebie to świetny kierunek, ale jako zwykły człowiek mam do tej filozofii kilka pytań i obaw. Czy pod płaszczykiem tych wszystkich pięknych, nowoczesnych haseł nie nakładamy na te dzieci zbyt dużej presji? Żeby ten projekt był dla nich bezpieczny, moim zdaniem brakuje tu kilku prostych bezpieczników: 1. Prawo do słabości, a nie tylko „wyboru”. Słowa, że zawsze wybieramy, jak odpowiemy na los, brzmią jak z poradnika motywacyjnego. Te dzieciaki przeszły piekło. One nie zawsze mają siłę „mądrze wybierać”. Muszą wiedzieć, że mają prawo czuć złość, płakać i nie dawać sobie rady. Inaczej wpoimy im poczucie winy, że słabość to ich błąd. 2. Prawo do bycia przeciętnym. Biznes, gazety, podcasty... to super, ale co z dziećmi, które nie chcą być „niezwykłe”? Co z nastolatkiem, który chce po prostu w spokoju pokopać piłkę i zjeść ciastko? Kult sukcesu i sprawczości może sprawić, że dzieci cichsze i słabsze emocjonalnie poczują się w tym projekcie wykluczone. 3. Zdrowe granice między dorosłym a dzieckiem. Przykład z biegiem Wings for Life, gdzie dzieci pobiegły 10 km „bo opiekun porusza się na wózku”, budzi we mnie zgrzyt. Te dzieci mają już dosyć własnych ciężarów. To dorosły ma być oparciem dla dziecka, a nie dziecko motywatorem czy „ratownikiem” dorosłego. Trzeba głośno im mówić: robicie to dla siebie, nie musicie mnie uszczęśliwiać. 4. Bezpieczna baza. Samodzielność jest super, ale pod warunkiem, że ma się dokąd wrócić, gdy powinie się noga. Narzędzia do prowadzenia firmy to za mało. Te dzieciaki bardziej niż biznesu potrzebują bezwarunkowej obecności kogoś, kto po prostu zapyta „jak się dziś czujesz?”, zamiast rozliczać z efektów projektu. Projekt Moby robi masę dobrego, wyrywając te dzieciaki z bierności. Ale pamiętajmy, że obok skrzydeł do latania, te poranione przez życie dzieci potrzebują przede wszystkim miękkiej poduszki do lądowania i świętego spokoju. Nie róbmy z nich na siłę bohaterów. Data dodania komentarza: 8.11.2026, 11:07 Źródło komentarza: Art MOBY w Muzeum Motoryzacji Autor komentarza: Kaz Treść komentarza: Przepisanie mieszkania ala Nawrocki. Data dodania komentarza: 8.11.2026, 09:12 Źródło komentarza: Mieszkanie za dożywotnią opiekę. Co poszło nie tak?
Reklama
NAPISZ DO NAS!

Jeśli masz interesujący temat, który możemy poruszyć lub byłeś(aś) świadkiem ważnego zdarzenia - napisz do nas. Podaj w treści swój adres e-mail lub numer telefonu. Jeżeli formularz Ci nie wystarcza - skontaktuj się z nami.

Reklama
Reklama