Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
sobota, 13 czerwca 2026 06:05
ZOBACZ:
Reklama
Reklama
Reklama Tauron
Reklama Jaśnikowski
Reklama BMM

Obrazy z wanny wyjęte, czyli nie taka twarda sztuka

Z Martą Skalik z Pracowni Artystycznej Twarda Sztuka w Marcinkowicach rozmawia Jerzy Kamiński
Obrazy z wanny wyjęte, czyli nie taka twarda sztuka
Marta Skalik w swojej pracowni

Autor: Jerzy Kamiński

Podziel się
Oceń


- Podobno większość pomysłów artystycznych przychodzi ci do głowy, gdy jesteś wieczorem w wannie...

- To prawda.

- Zaraz do tego wrócimy, ale zacznijmy od początku, bo my cię praktycznie nie bardzo znamy. Nie jesteś stąd.

- Od 6 lat mieszkam w Marcinkowicach, a pochodzę z Leszczyńca. To na pograniczu Rudaw Janowickich w Sudetach - mała miejscowość między Kowarami a Kamienną Górą, gdzie kończyłam liceum. W powiecie oławskim wzięłam się za sprawą mojego męża Bartosza, choć on też nietutejszy. Pochodzi ze Szklarskiej Poręby, ale tu - gdzie sprowadziła się jego rodzina - częściowo, bo od siódmego roku życia, się wychowywał. Co prawda zeszliśmy się jako para dopiero później, ale z Bartoszem znamy się od dzieciństwa. W Leszczyńcu są moi rodzice, mam tam dwie babcie... Zanim jednak tu trafiłam, przez 13 lat mieszkałam we Wrocławiu. 

- Trafiłaś do nas niedawno, ale nie dało się ciebie nie zauważyć. Wystawiasz swoje obrazy pod czas Oławskich Niedziel, wymyśliłaś Festiwal Twórczości Sąsiedzkiej FEST ŁADNE w Marcinkowicach, teraz masz swoją wystawę w Galerii OKO. 

- Wywodzę się z rodziny, gdzie malowanie czy szerzej tworzenie można było wyssać z mlekiem matki. Mam siostrę bliźniaczkę, która mieszka obecnie na Malcie, i ona też ma zacięcie artystyczne, nawet skończyła studia zdecydowanie bliższe sztuce niż ja... Zawdzięczamy to mamie. Tak, nasza mama potrafi naprawdę wiele zrobić. Malowanie, tworzenie biżuterii, szycie... Podczas organizowania naszego marcinkowickiego festiwalu i przyglądaniu się różnym formom twórczości pomyślałam sobie, że moja mama chyba tylko jednej z prezentowanych tam form dotąd nie robiła, co nie znaczy, że nie potrafiłaby. Na co dzień prowadzi gospodarstwo agroturystyczne, ale zawsze dodatkowo zajmuje się jakąś działalnością rękodzielniczą. W zimie zaczyna robić czapki, czasami namaluje jakiś obraz, aby zaraz potem stworzyć dekoracje na szydełku... 

- Mówiłaś o wykształceniu siostry, a jakie jest twoje?

- Ukończyłam zarządzanie i inżynierię produkcji. 

- I pracujesz zawodowo?

- Wykonuję obecnie pracę częściowo związaną z wykształconym zawodem - w firmie szkoleniowej, na przykład przy organizacji konferencji. Firma jest z Pszczyny, ale ma oddział na Bielanach Wrocławskich.

- Taka praca chyba nie pomaga malować?

- Takie wykształcenie w ogóle w tym nie pomaga, nawet wręcz przeciwnie, w pewnym momencie zabiło moją kreatywność i wymusiło na mnie, że skupiłam się na innych rzeczach, bardziej przyziemnych. Był jednak pewien epizod ważny dla mnie artystycznie, nie tylko w kontekście malowania, ale w ogóle działalności twórczej, bo także gram na instrumentach, na pianinie i na perkusji... W pewnym momencie wyjechałam na rok na Kretę. Miałam tę możliwość, że nie musiałam tam pracować, a że nie potrafię bezczynnie siedzieć za długo, zaczęłam zbierać na plaży kamienie i na nich malować mandale. Potem poznałam grupę miejscowych artystów i to oni byli punktem zapalnym, który na nowo uruchomił drzemiące we mnie pokłady kreatywności. Obudzili we mnie ponownie to, co było, co kiedyś znałam, co czułam. Zaczęłam malować, a w międzyczasie na uniwersytecie w Salonikach zaczęłam uczyć się greki, ukończyłam też dwa kursy nurkowania, co było związane z podróżami po świecie, byłam na przykład dwa miesiące w Meksyku. Po tym roku na Krecie wróciłam do Polski i zaczęłam eksperymentować ze sztuką, nie tylko malować na płótnie, ale wykonywać różne rzeczy, np. obrazy na drewnie. Gdy udawało mi się coś stworzyć, to często lądowało potem u kogoś w domu, początkowo w formie prezentów. Z Grecji wróciłam w 2016 roku, a moja pracownia powstała w 2021. Ten moment przełomowy przyszedł bowiem dopiero parę lat później. Urodziłam w międzyczasie moją pierwszą córkę, Jaśminę, która ma teraz 5 lat. Druga - Sara – prawie 2. Gdy byłam na urlopie macierzyńskim, dostałam przypływ niesamowitej energii. Namalowałam parę obrazów, które pokazałam w social mediach, i wtedy zaraz pojawiły się osoby, które się nimi zainteresowały. To dało mi potężnego kopa, aby dalej to robić, tworzyć. Malowałam wtedy bardzo dużo. Mając pracę etatową do 16.00 i dwie córki, znajdowałam w sobie siłę, aby codziennie jeszcze malować, co się kończyło tak, że dopiero po 23.00 szłam do wanny. A tam zawsze mam najlepsze pomysły. 

- Czyli obrazy są "z wanny".

- Tak. Uważam, że wszystkie moje najlepsze pomysły tam właśnie powstały, nie tylko te artystyczne.

- Tworzysz głównie portrety kobiece.

- Tak, w 90%.

- Często skupiasz się urodzie kobiecej twarzy, skąd to się wzięło...

- U mnie to jakoś naturalnie wyszło - kobiety po prostu zaczęły się pojawiać w moich pracach. Uważam, że to bardzo wdzięczny temat. Może odpowiedź jest banalna, ale uwielbiam piękno kobiety, szukam w niej harmonii, czasem chaosu, bo jest i jedno, i drugie. W moich pracach kobiety często mają zamknięte oczy, są zamyślone. Uważam, że każda z nich niesie jakąś historię, ma ją w sobie. Malując wręcz sobie je w głowie układam, dopowiadam. Nie chcę jednak tego narzucać oglądającym. Wolałabym, aby sami sobie opowiedzieli resztę - to, co się kryje pod tymi powiekami, za tym spojrzeniem. Czy to nostalgia, jakieś emocje, doświadczenia...

- Sprawiasz wrażenie silnej kobiety. Ważniejsza jest dla ciebie uroda kobiecej twarzy czy siła kobiet?

- To jest dobre pytanie, a odpowiedź na nie znajdziesz w dwóch moich seriach. Na wystawie "Wizje kobiecości" w oławskiej galerii OKO mam bowiem dwie serie obrazów. Jedna to "Introspekcje" - takie malarskie spojrzenie do wnętrza emocji i doświadczeń. Druga seria to "Colorful State of Mind", czyli pełne koloru wizualne ekspresje kobiecości. Staram się równoważyć piękno kobiet z ich siłą. Nie ukrywam, że w ogóle piękno człowieka ma dla mnie dość istotne znaczenie. Piękno ludzkiej twarzy i piękno przedmiotów przyciąga mój wzrok – nie muszę się nimi otaczać lub ich posiadać, wystarczy mi sama możliwość obcowania z estetyką.

 - Jak powiedziałaś, najlepsze pomysły najczęściej wpadają ci do głowy wieczorem w wannie... Myślisz wtedy o konkretnych osobach, które chciałabyś sportretować, o konkretnych kobietach? 

- Czasami jest tak, że jest to konkretna osoba. 

- Wiele osób widzi w twoich pracach ciebie. 

 

- To nie jest do końca prawda, ale faktycznie jest kilka takich prac, które przy głębszym zastanowieniu przypominają mnie. Jest jednak wiele prac, których bohaterki mają rysy osób, które odegrały w moim życiu jakąś znaczącą rolę. To jest na przykład moja przyjaciółka Daria, która dla mnie jest tak wspaniałą postacią, że można ją odnaleźć w kilku moich pracach. Kiedyś namalowałam na zwyczajnym kawałku drewna portret maryjny i gdzieś tam wplotłam w to jej rysy twarzy. To miał być prezent dla niej. Potem ona się pojawia też w tej serii "Kolorowy stan umysłu". 

- Jak byś zdefiniowała to, co robisz? Swoje obrazy.

- Mówię zawsze, że to sztuka współczesna z elementami minimalizmu geometrycznego, art deco i lekkim muśnięciem kubizmu.

- W twoich obrazach można dostrzec też odniesienia do malarstwa światowego, na sztalugach w pracowni widzę "Dziewczynę z perłą" w twojej wersji...

- Tak, nawiązuję do klasyki, co można w moich obrazach zauważyć. Inspiruje mnie postać Fridy Kahlo - to, że ona malowała siebie, też nie jest bez znaczenia. Dalej - Pablo Picasso - uważam go za geniusza, choć często okrutnego w relacjach międzyludzkich. Ważny jest jeszcze dla mnie Paul Cezanne, szczególnie z końcówki swojej twórczości - jako jeden z ojców sztuki nowoczesnej.

- Masz wiele aktywności w swoim życiu, dlaczego akurat obrazy?

- Dają mi ogromną satysfakcję. Dla mnie wypuszczenie obrazu w świat to jak dobrowolne oddanie cząstki siebie - fragmentu mojej duszy i wewnętrznego świata. Być może brzmi to górnolotnie. Wyobraź sobie, że wchodzisz do jakiegoś domu i widzisz na ścianie obraz. Widać, że jest tu z dziada pradziada, albo ktoś go przyniósł z jakiejś galerii lub giełdy. Zawsze wtedy zastanawia mnie jego historia. Jaką drogę przebył? Mam wrażenie, że oddając komuś obraz oddaję też jakiś kawałek swojej historii, swojej wrażliwości, tego, co gdzieś pozostaje i idzie w świat. To jest taki mój pomysł na pozostawienie czegoś po sobie. Ludzie piszą książki, bo chcą zostać nieśmiertelni, chcą zostawić ślad za sobą, nie mówiąc czyimiś ustami. Myślę, że to jest też moją motywacją. Trzeba wiedzieć, że z natury jestem osobą bardzo kreatywną i mam też dużą potrzebę wyrażenia tego. Gdzieś to wszystko musiało znaleźć ujście. 

- Chciałabyś zająć się malowaniem na cały etat, pozostawiając wszelkie inne działalności?

- Sprzedaję swoje obrazy, a że jestem taką osobą, które stara się osiągnąć założony cel, więc gdybym sobie tak postanowiła, pewnie mogłabym wyżyć ze sprzedaży. Nie robię jednak tego, bo nie podejmuję aż takiego ryzyka. Uważam, że to nie najlepszy moment, mam dwoje małych dzieci, ale nie wykluczam tego w przyszłości. Niech wszystko się toczy swoim tempem, mnie to satysfakcjonuje. Jak to mówi mój mąż, jestem w gorącej wodzie kąpana i sama być może już bym podjęła taką decyzję, ale na szczęście mój mąż jest moim hamulcowym, twardo stoi na ziemi, często ściąga mnie nieco niżej, kiedy za bardzo zaczynam bujać w obłokach w lekkim odrealnieniu. To czasami jest dobre. On pracuje w podobnym zawodzie jak ja, kończyliśmy ten sam kierunek studiów - pracuje teraz w zakładzie produkcyjnym w Stanowicach, jest inżynierem. Mam świadomość, jak bardzo wiele jemu zawdzięczam. Bez niego wszystko nie nabrałoby takiego tempa. On zresztą też lubi się wyżyć w kreatywny sposób, zrobił na przykład plakat na wernisaż, pomógł mi stworzyć logotypy festiwalu. Cały marketing to moje pomysły, ale jego wykonanie. Mój mąż to dla mnie bardzo ważna osoba w całym tym procesie twórczym i nie tylko. 

- Jesteś twórczynią Festiwalu Sąsiedzkiego FEST ŁADNE w Marcinkowicach. Skąd to się wzięło?

- Wyszło spontanicznie w zeszłym roku. Pomysł pojawił mi się w głowie podczas rozmowy z Grażyną Górską, która organizuje w Oławie konferencję ogólnopolską dla mediatorów. Wtedy, oczywiście w wannie, zapaliła mi się odpowiednia lampka. A gdyby tak coś takiego u nas zorganizować w temacie twórczości... Na dodatek jakiś czas później spotkałam swojego sąsiada mieszkającego dwa domu dalej. Wiedziałam, że jest pilotem, ale okazało się, że on wcale nie wie, że ja maluję. Pomyślałam sobie, że mieszkamy tak blisko siebie, a niewiele o sobie wiemy. To jest zresztą cechą artystów i rękodzielników, że oni sobie tworzą w zaciszu swojego domu, czasem nie mają odwagi, aby się pokazać. Często są to osoby introwertyczne, skromne, które wręcz wstydzą się pokazać, co tworzą. Pomyślałam więc, że warto dać im taką okazję, choćby tylko lokalnie. Niech wyjdą z domów i pokażą, nad czym pracują, co pięknego mają do zaoferowania. Celem stworzenia tego wydarzenia było danie innym okazji, aby zaistnieli w świadomości swoich sąsiadów jako artyści i twórcy. Od momentu, gdy pomysł zakiełkował w mojej głowie, do momentu rozpoczęcia przyjmowania zgłoszeń minął dosłownie tydzień - w tym czasie zdążyliśmy już mieć gotowe, wydrukowane plakaty. A 7 września tego roku odbędzie się druga edycja, więc impreza być może będzie cykliczna. Zapraszam do Marcinkowic. 

- Gdzie to się odbywa?

- W lokalnym barze "Solówka". Mamy w tym roku już komplet wystawców, nie tylko z Marcinkowic, bo także z Wrocławia. Ja też się będę wystawiała. Niedługo mam montaż kolejnej wystawy w pałacu Jedlinka w Jedlinie Zdroju i w zasadzie swoje pracę przywiozę tydzień przed festiwalem. Znając siebie, wiem, że wtedy, już po festiwalu, będę wykończona i nie będę miała siły na nic. Tak właśnie pracuję. Jest taki pik, kiedy już na nic nie mam siły i muszę się pozbierać, dopiero wtedy ruszam na nowo. Czasami to "zbieranie się" trwa miesiącami. Taka artystyczna sinusoida. 

- Czy podczas pierwszego Festiwalu Twórczości Sąsiedzkiej zaskoczył cię swoją obecnością jakiś lokalny artysta?

- Tak. I właśnie o to chodziło. Nagle się okazało, że w mojej miejscowości oprócz mnie jest jeszcze pięciu malarzy! To był dla mnie szok. Z tej piątki jeden nawet był już z wystawą indywidualną w Centrum Sztuki w Oławie. Intencją naszego festiwalu było właśnie to, abyśmy się zobaczyli, spotkali i inspirowali nawzajem. Rok temu zgłosiło się około 30 osób, a teraz już mamy 19 chętnych, w tym nowi uczestnicy. To pokazuje, że naprawdę jest nas tutaj dużo.

- Malujesz na zamówienie?

- Jak najbardziej. Dostaję zamówienia i nie widzę nic złego w tym, że maluję portrety dla kogoś, ale nie chciałabym, aby to było postrzegane jako jakaś "produkcja". Nie, nie... Nawet nie ogłaszam się z tym, zresztą to są dla mnie najtrudniejsze zlecenia. Wolę, aby to było coś płynącego z serca, z mojego wnętrza. Malowanie na zamówienie nie jest moim życiowym celem.

- A masz takie obrazy, których nigdy nikomu nie sprzedasz?

- Tak, są takie - wiszą u mnie w domu. Jeden maluję już od roku i okazuje się, że właśnie z tym, który ma zostać z nami na stałe, idzie mi najtrudniej. Jeden wisi w łazience, oczywiście nad wanną, i też nie jest na sprzedaż. Ten nad pianinem również zostaje u nas na zawsze.

- Gdy cię zobaczyłem pierwszy raz, gdy w Rynku wystawiałaś swoje prace podczas Oławskiej Niedzieli, sprawiałaś wrażenie twardej kobiety, który zawsze wie, co robi... 

- Twarda Sztuka...

- No właśnie. Tak się nazywa twoja pracownia. Pracownia Artystyczna Twarda Sztuka. To od ciebie?

- Nie. Chciałam, aby nazwa była zapamiętywalna i taka jest.

- To źle, że kojarzę tę nazwę z tobą?

- Nie, ale wyjaśnię, jak jest naprawdę. Lubimy nakładać maski i stwarzać pozory. Może i taka jestem w kontekście wyznaczonych celów, że dążę do ich realizacji, ale w głębi jestem bardzo wrażliwą osobą, bardzo łatwo mnie zranić. Nie wiem, czy powinnam to mówić publicznie. Jestem emocjonalną osobą i sama o sobie nigdy nie powiedziałabym, że jestem twardą sztuką. Nie, nazwa pracowni na pewno nie jest odzwierciedleniem mnie. Przy bliższym poznaniu wychodzi, że wrażliwa dusza ze mnie jest. Jak każda zodiakalna  ryba...

 

 

*

Wystawa malarstwa Marty Skalik "WIZJE KOBIECOŚCI" do zobaczenia w Galerii OKO, ul. 11 Listopada 27, Oława. Można ją oglądać do 30 lipca.

*

A tak było na wernisażu jej prac: 

Więcej o autorze / autorach:

Napisz komentarz

Komentarze

Dildo Star 28.07.2025 19:17
Jestem biegły w posługiwaniu się moim szerokim pędzelem, naturalne włosie, świetna technika.

Nata 27.07.2025 20:50
Mężna a jednocześnie wrażliwa - taka powinna być idealna kobieta!!!

ZASTRZEŻENIE PODMIOTU UPRAWNIONEGO DOTYCZĄCE EKSPLORACJI TEKSTU I DANYCH

Dokonywanie zwielokrotnień w celu eksploracji tekstu i danych, w tym systematyczne pobieranie treści, danych lub informacji ze strony internetowej tuolawa.pl i publikacji przy użyciu oprogramowania lub innego zautomatyzowanego systemu („screen scraping”/„web scraping”) lub w inny sposób, w szczególności do szkolenia systemów uczenia maszynowego lub sztucznej inteligencji (AI), bez wyraźnej zgody wydawcy - RYZA Sp. z o.o. jest niedozwolone. 

Zastrzeżenie to nie ma zastosowania do sytuacji, w których treści, dane lub informacje są wykorzystywane w celu ułatwienia ich wyszukiwania przez wyszukiwarki internetowe. Szczegółowe informacje na temat zastrzeżenia dostępne są TUTAJ

KOMENTARZE
Autor komentarza: oławianin Treść komentarza: Dlaczego nie wykorzystują budynek po dawnej ubezpieczalni na Sikorskiego. Lokalizacja dobra, budynek wymaga kapitalnego remontu i jest własnością podobno starostwa czyli skarbu państwa. Data dodania komentarza: 12.06.2026, 21:54 Źródło komentarza: Czy nowy budynek sądu musi być "tak daleko"? Autor komentarza: Obserwator Treść komentarza: Nie pierwszy i ostatni kardiolog przyjmujący na NFZ. Bardziej bym martwił się brakiem lekarzy POZ, których dr Bolanowski nie umiał zachęcić do stałej pracy w przychodni. To oni stanowią front w przychodni. Decyzja Pana Burmistrza dotyczy odwołania z pełnienia funkcji prezesa. Nadal jest kardiologiem i może przyjmować tzw swoich pacjentów. Zobaczymy na ile jest związany z pacjentami, czy tylko wiązał go stołek prezesury. Podejmując się pełnienia funkcji prezesa trzeba pamiętać " prezesem się bywa, a lekarzem się Jest". Myślę że Pan prezes jest lekarzem. Data dodania komentarza: 12.06.2026, 20:32 Źródło komentarza: Janusz Bolanowski odwołany z funkcji prezesa Przychodni Rejonowo-Specjalistycznej Autor komentarza: * Treść komentarza: Pewnie masz dużo racji w tym co piszesz, ale zgodnie z art. 188 ustawy Prawo Wodne, obowiązek dbania o wały nałożony jest na ich właścicielu. A właścicielem wszelkich wodnych urządzeń, w tym wałów, są Wody Polskie, a nie starosta, wójt, burmistrz. Więc wszelkie zgłoszenia jak najbardziej ale przeciwko Wodom Polskim. Polecam ustawę Prawo Wodne. Data dodania komentarza: 12.06.2026, 20:02 Źródło komentarza: Miasto: - Wody Polskie nie reagują Autor komentarza: Zdziśka ze zwierzynca Treść komentarza: O gocha tirówka się pokazała Data dodania komentarza: 12.06.2026, 19:00 Źródło komentarza: 194 zgłoszenia do Krajowej Mapy Zagrożeń Bezpieczeństwa w maju Autor komentarza: mieszkaniec oławskiej ziemi Treść komentarza: Dzień dobry. Szanowny Panie Redaktorze, niestety jak czytam te informacje zarówno na Waszej stronie jak i na portalu Oława 24 zastanawiam się, czy to są żarty, czy też zła wola włodarzy miasta i nie tylko. Ale w tym konkretnym przypadku jak piszecie i to słusznie ...OBOWIOĄZEK koszenia poboczy dróg czy wałów naszych, oławskich cieków wodnych stoi po stronie różnych instytucji w tym Jednostek Samorządu Terytorialnego oraz Wód Polskich. Zatem jeśli to obowiązek, to ktoś kto nie realizuje takiego (swojego) obowiązku do którego jest zobligowany przepisami prawa a dotyczy to np. organu - czyli Wójt, Burmistrz, Prezydent czy Starosta o innych organach nie wspomnę po podlega karze. O takich przypadkach mówi właśnie art. 231 kk. Czy zarośnięte trawa lub zakrzaczone pobocze może ograniczyć widoczność między innymi dla kierowcy, pieszego. Ależ oczywiście. A może być to jedna z przyczyn zdarzeń lub wypadków. Ależ oczywiście. Czy niekoszone wały mogą spowodować w określonych przypadkach (obfite opady deszczu) opór i zdecydowane spowolnienie przepływu wody w ciekach wodnych a tym samym groźne ich spiętrzenie lustra? Oczywiście, że tak. To mój Szanowny Panie Redaktorze trzeba takie przypadki zgłaszać do Prokuratury lub do miejscowej i właściwej dla miejsca tego pobocza, wału jednostki Policji. Może wtedy osoby odpowiedzialne ruszą swoje 4 (cztery) litery i wykonają po prostu swój obowiązek, do którego jak piszecie są ZOBOWIĄZANI. Tylko tyle, albo aż tyle. Dlatego tez moja propozycja brzmi niech cały ten artykuł trafi jako zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa i może ten niekorzystny trend wreszcie się zmieni a my przestaniemy o tym mówić i pisać zajmując się innymi tematami ważnymi dla miasta, gminy i powiatu. Data dodania komentarza: 12.06.2026, 18:52 Źródło komentarza: Miasto: - Wody Polskie nie reagują Autor komentarza: zrozpaczony Treść komentarza: Jak u mnie zadomowiły się murarki to też mam zgłaszać? I czy pszczoły dostaną jakieś małe tablice rejestracyjne? Wtedy będę wiedział do którego sąsiada zgłosić się po miód. Data dodania komentarza: 12.06.2026, 18:30 Źródło komentarza: Ważne dla pszczelarzy. Termin mija 18 czerwca
Reklama
NAPISZ DO NAS!

Jeśli masz interesujący temat, który możemy poruszyć lub byłeś(aś) świadkiem ważnego zdarzenia - napisz do nas. Podaj w treści swój adres e-mail lub numer telefonu. Jeżeli formularz Ci nie wystarcza - skontaktuj się z nami.

Reklama
Reklama