Stanisława i Sławomir Chudek przyjechali na Dolny Śląsk z dwóch zupełnie różnych stron Polski. On - spod Warszawy, pierwszy spadkobierca gospodarstwa, z którego świadomie zrezygnował. Ona - z okolic Tarnowa, z domu, w którym zaplanowano jej przyszłość. Oboje podjęli tę samą decyzję: nie chcieli pracować na wsi i chcieli niezależności.
Sławomir wyjechał do Nowego Miasta, gdzie kształcił się w zawodzie spawacza. Kiedy usłyszał, że w Jelczu otwierają zakład i potrzebni są pracownicy, przyjechał na Dolny Śląsk jako osoba niesłysząca, gotowa podjąć pracę. Stanisława z kolei, wiedząc, że we Wrocławiu są internaty i możliwości zatrudnienia dla osób niesłyszących, przyjechała tam "w ciemno". Jak wspominam ich syn, w jej przypadku była to wręcz ucieczka z domu, w którym już zaplanowano dla niej życie.
Poznali się we Wrocławiu. W tamtych latach Jelcz, Oława i Wrocław zatrudniały wielu pracowników niesłyszących, a wspólnota była silna i aktywna. Działały domy głuchych, kluby, spotkania organizowane przez związek, a także msze z tłumaczeniem na język migowy.
Na początku wynajmowali pokój we Wrocławiu. Sławomir pracował w Jelczu, przez pewien czas mieszkał nawet w hotelu pracowniczym, podczas gdy Stanisława nadal była we Wrocławiu. Pobrali się szybko i wkrótce otrzymali mieszkanie w Oławie. Najpierw był to jeden pokój w wieżowcu. Tam urodził się ich pierwszy syn. Później przeprowadzili się do kolejnego mieszkania.
Doczekali się dwóch synów i trzech wnuków. Najmłodszy z nich ma zaledwie rok. Przez całe życie zawodowe Sławomir Chudek pracował w Jelczu. Na system przedemerytalny przeszedł w wieku 58 lat, korzystając z uprawnień związanych z pracą w warunkach szkodliwych. Stanisława przez większość życia zawodowego była zatrudniona w spółdzielni inwalidów SIPRO we Wrocławiu, produkującej na potrzeby górnictwa.
Jako osoby niesłyszące byli stale zaangażowani w życie lokalnej społeczności. Regularnie uczestniczyli w spotkaniach organizowanych przez Związek Głuchych, w tym także w Oławie. Do dziś biorą udział w mszach z tłumaczeniem na język migowy, odprawianych raz w miesiącu przez księdza przyjeżdżającego z Wrocławia. Choć - jak zauważa ich syn - wiele osób z tamtego środowiska już nie żyje, przez lata była to bardzo liczna i zżyta społeczność, a on sam dorastał wśród ludzi, którzy często się spotykali, odwiedzali i wspólnie spędzali czas.
Dziś Sławomir ma blisko 80 lat, a Stanisława 76. Z perspektywy syna są małżeństwem trwałym i partnerskim. Podkreśla, że nauczył się od nich stałości w związku - sam jest po ślubie od ponad 21 lat, a jego rodzice świętują już ponad pół wieku wspólnego życia. Ich codzienność od zawsze opierała się na wzajemnym wsparciu. Wychowanie dzieci będąc osobami niesłyszącymi, wymagało dodatkowego wysiłku i dobrej organizacji. Pracowali na zmiany, wymieniali się obowiązkami, dbając o to, by zawsze ktoś był w domu.
W ich rodzinie nie było sztywnego podziału ról. Ojciec gotował, zajmował się domem, wykonywał wszystkie obowiązki na równi z matką. Ona robiła dokładnie to samo. Jak mówi syn, byli w pełni wymienni - bez hierarchii, bez schematów, bez przypisanych "męskich" i "kobiecych" ról. To wspólne działanie, wzajemna zależność i codzienna współpraca stały się fundamentem ich małżeństwa, które zostało uhonorowane Medalami za Długoletnie Pożycie Małżeńskie.
Z okazji złotych godów medale w imieniu prezydenta RP jubilatom wręczył burmistrz Tomasz Frischmann. W imieniu swoim oraz mieszkańców Oławy przekazał bukiet kwiatów i pamiątkowy grawerton. Gratulował też małżonkom tak wspaniałej rocznicy.
Kierowniczka oławskiego USC Renata Wolf przypomniała natomiast, że tylko nieliczni mają zaszczyt i możliwość obchodzenia tak pięknego jubileuszu, który dowodzi, że prawdziwe są słowa "miłość nie wyczerpuje się nigdy, im więcej jej dajemy, tym więcej otrzymujemy", a medale, które małżonkowie otrzymali, są natomiast symbolem tej miłości, wierności i trwałej przyjaźni.



















































Napisz komentarz
Komentarze