Dziewięcioramienna korona i herb rodowy widniały nawet na codziennych kartach menu. Jedno z nich wyglądało następująco:
3 października 1912
Zupa z karczochów
Pstrąg łososiowy w sosie Colbert [klasyczny sos kuchni francuskiej z masłem, ziołami i sokiem z cytryny, często podawany do ryb i mięs pieczonych - KR]
Siodło z sarny z ziemniakami duchesse [purée ziemniaczane z dodatkiem żółtek i masła, formowane dekoracyjnie i zapiekane - KR]
Droździki, danie na zimno w galarecie (chaud-froid) [Droździki - drobne ptaki łowne (drozdowate), uważane w XIX i na początku XX wieku za rarytas kuchni dworskiej]
Perliczki z sałatą i kompotem
Grzyby szlachetne
Ciasto śliwkowe
Biszkopty serowe
Wino Geisenheimer Altbaum rocznik 1893
Szampan Château Latour rocznik 1900
Deser
Chorowita, dobroduszna hrabina E. była tak ambitna, że płakała i złościła się, gdy w parku nie potrafiła odnaleźć określonej ścieżki. Moja kawiarka eksplodowała po raz trzeci. Oddałem swoje śniadanie zaniedbywanej suce Belli. Zakończono odbudowę szklarni, co miało znaczenie zarówno dla Wiewiórki, jak i dla mnie.
Nasze nocne spotkania stawały się coraz bardziej nerwowe. Często siedzieliśmy godzinami bez ruchu, zawieszeni między nadzieją a strachem. Bywaliśmy o krok od przyłapania albo nie wiedzieliśmy, czy aby już zostaliśmy zauważeni. Były to sytuacje znane raczej ze świata szpiegów niż z życia domowego. Słuch mieliśmy wyostrzony do granic: ten dźwięk pochodził z głębi pałacu, tamten z sofy, to był pojedynczy stuk w budziku, to kołatek, to kroki strażnika - a to, niestety, Kaczy Dziób.
Pomnik
Hrabia Yorck von Wartenburg zamierzał wystawić pomnik swemu przodkowi w miejscu zawarcia konwencji w Tauroggen [Taurogi, dziś Tauragė, Litwa, gdzie podpisano porozumienie prusko-rosyjskie wynegocjowane przez przodka hrabiego w 1812 r. - KR]. W tym celu pojechał do Rosji, rozmawiał najpierw z chłopem, do którego należała ziemia, a następnie - wobec wygórowanych żądań - z gubernatorem. Rozmowy trwały długo. Gubernator był nawet gościem w Klein-Oels . Ostatecznie hrabia uzyskał potrzebny teren.
Pomnik był okazałym kamieniem, zaprojektowanym przez malarza Kalckreutha i profesora E. R. Weissa [Emil Rudolf Weiß (1875-1942) niemiecki typograf, medalier, malarz]. Uroczyste odsłonięcie odbyło się w obecności wysokich osobistości niemieckich i rosyjskich. My z Unterhaus nie uczestniczyliśmy w ceremonii. Dowiedziałem się później, że hrabia wydał wystawną ucztę, na którą potrawy dostarczyła firma Borchardt z Berlina. Ucztę tę przyćmiło jednak jeszcze wystawniejsze przyjęcie wydane w rewanżu przez rosyjskiego gubernatora [Pomnik został zniszczony w 1944 roku przez Armię Czerwoną. Obecny, ponownie odsłonięty w 2012 roku - KR].

Przypałacowe zabudowania we mgle - widok współczesny
Hrabina naradzała się ze mną, co należałoby podarować hrabiemu na urodziny. Zamówiłem popiersie Goethego [Johann Wolfgang Goethe (1749-1832)] autorstwa Schadowa z roku 1816 [Johann Gottfried Schadow (1764-1850) - niemiecki rzeźbiarz, malarz i grafik, przedstawiciel klasycyzmu]. Panna Moll ćwiczyła z dziećmi układ taneczny w sposób niezgrabny i bez wyczucia. W dniu urodzin ekscelencja wygłosił miłą, choć pełną sztuczności mowę, zakończoną apelem do młodzieży. Brüder odczytał niepewnie przemowę po łacinie.
Czytałem Boską komedię Dantego [Dante Alighieri (1265–1321)] w wydaniu Wittego [Karl Witte (1800-1883), niemiecki prawnik, tłumacz i badacz twórczości Dantego]. Zachwycała mnie głowa Dantego na portrecie. Samemu dziełu nie sprostałem. Nie porywało mnie tak jak Faust Goethego, którego rzadkie, osobno wydane tomy nabyłem właśnie dla hrabiego za siedemdziesiąt pięć marek.
Podczas dużych przyjęć Unterhaus nie odgrywał żadnej roli. W mniejszym gronie - dziesięć do piętnastu osób przy stole - pojawiały się ukryte tarcia między "górą" a "dołem". Formalne przewodnictwo należało do hrabiny. Była cicha, poprawna i pojednawcza. Zdarzało się jednak, że opuszczała stół z trudem powstrzymując łzy.
Hrabia kierował rozmowę ku tematom naukowym. Unterhaus milczał. Padało słowo "ignoranci". Unterhaus milczał nadal. Mówiono o tytułach i formach grzecznościowych. Hrabia zauważał, że "Seiner Hochgeboren" ["Jego wysokość" - KR] należy zawsze pisać w pełnym brzmieniu. Jeśli nie neguje się tytułów - mówił - trzeba być konsekwentnym.
Być może miał rację. Być może my z Unterhaus, a przynajmniej Wiewiórka i ja, powinniśmy byli wiele negować. Może należało w pewnym momencie odłożyć nasze narzędzia pracy, grzecznie i stanowczo, i odejść. Tyle że ten moment nigdy nie występował w konkretnej postaci. Nie wiedzieliśmy, czy już minął, czy dopiero miał nadejść.
Kanarek
Cenieni przeze mnie Kalckreuthowie znów przebywali w Klein-Oels. Jednemu z dzieci uciekł kanarek i usiadł na czubku wysokiego drzewa przed domem. Dziewczęta i kilka starszych dam stało bezradnie pod drzewem. Postanowiłem zostać ich wybawcą. Wspiąłem się na drzewo. Zanim jednak zdążyłem pochwycić ptaka, odleciał w stronę parku. Dalszy pościg uznano za bezcelowy. Odniosłem wrażenie, że po raz kolejny uchodzę za niezdarę.
Późnym wieczorem przeczesywałem park, przetrząsając krzaki z chustką w ręku. Nagle ptak zerwał się, po czym natychmiast znów usiadł, łatwo rozpoznawalny po żółtym upierzeniu. W wielkim podnieceniu rzuciłem na niego chustkę. Tym razem szczęście mi sprzyjało. Zaniosłem kanarka do zamku. Kilka dam siedziało jeszcze z dziećmi. Zapytałem jakby mimochodem, czy ptak się znalazł. Nie. Podszedłem do pustej klatki, położyłem chustkę i powiedziałem:
- Ptaszek wrócił.
Przez chwilę stałem tam jak Napoleon. Hrabina Kalckreuth natychmiast ułamała młody liść palmy i wręczyła mi go.
We wsi wszyscy mnie pozdrawiali na powitanie. Zapraszano mnie na biesiady przy golonce albo na podwieczorki z ciastem.
Obudziły mnie dźwięki rogów myśliwskich. Na dziedzińcu roiło się od służby. Woźnice w liberiach, myśliwi i lokaje. Powozy myśliwskie. Przybyło wielu gości, także hrabina Weronika oraz państwo von Klitzing.
Bażanty, bekasy, zające i króliki. Rommel i ja nie zostaliśmy zaproszeni na polowanie. W związku z tym Rommel nie pojawił się na myśliwskiej kolacji. Ja przyszedłem, lecz zachowywałem się jak urażony. Hrabia przeprosił mnie uprzejmie i zaprosił na następne polowanie zbiorowe. Wzniósł toast za najgorszego myśliwego dnia, doktora von Katte.
Gdy czekałem przy stawie na Wiewiórkę, najpierw pojawiła się prawdziwa wiewiórka, a potem ta właściwa.
Była to noc księżycowa. Na zewnątrz było cieplej niż w pokojach. Siedzieliśmy w domku kuchennym, z którego rozciągał się widok na oświetloną łąkę. Skarżyłem się, że wszyscy biorą mnie za głupca. Wiewiórka mnie pocieszała. Nikt tu nie wiedział, że jestem artystą. Potem zapłakała na myśl, że kiedyś będziemy musieli się rozstać.
Pracowałem w sali z dubletami [chodzi o dublety książkowe - KR]. W nawie kościoła zobaczyłem wysokie na metr gniazdo kruka.

Mauzoleum Wartenburgów w przypałacowym parku
Znów odbył się wielki obiad z oschłą konwersacją. Wieczorem poszliśmy z Wiewiórką w stronę stawu rybnego, ścieżkami zasypanymi już liśćmi. Przy małym domku pokrytym papą usiedliśmy. Wbiłem w ziemię trzonek grabi i przymocowałem do niego papierowy lampion. W tym świetle Wiewiórka czytała The Light That Failed Rudyarda Kiplinga [pisarz brytyjski,1865–1936]. Ja pisałem. W drodze powrotnej opowiadała mi szczegółowo o wczorajszym polowaniu: o wirujących piórach, o dzikiej żądzy mordu, celnych strzałach króla polowania, rotmistrza von Tschirschky`ego.
Przybyli nowi generałowie i inni wysoko postawieni goście. Na kolacji o wpół do ósmej obowiązywał frak. Każdy z panów musiał wprowadzić do jadalni dwie damy. Podano między innymi drogie wino, którego my z Unterhaus oczywiście nie skosztowaliśmy. Poza tym byłem jednak w doskonałym humorze i miałem Wiewiórce wiele do opowiedzenia. Ona także przeżyła przy stole rzeczy warte zapamiętania.
Polowanie
Znów obudziły mnie sygnały rogów myśliwskich. Słońce oświetlało oszronione dachy. Włożyłem strój sportowy i przypiąłem do zielonego kapelusza ogonek wiewiórki. Przybywających myśliwych witano książęcym pozdrowieniem. Potem ruszyła pierwsza nagonka. Szereg naganiaczy - wśród nich także kobiety w wysokich butach i osobliwych okryciach - rozszedł się po terenie.
Stałem z Neugebauerem za hrabią von Bassewitzem i jego pomocnikiem. Kilkakrotnie śrut przeleciał niepokojąco blisko. Zerwał się łańcuch bażantów. Pif-paf! Widziałem pióra w powietrzu i trafione króliki, przewracające się w biegu.
Później pomagałem ogrodnikowi Pohlowi przy układaniu zwierzyny. Chciał uformować z martwego ptactwa i zwierząt herbowe zwierzę hrabiego von Bassewitz [Herb rodowy przedstawia srebrnego skaczącego czarnego dzika (Basse) - KR].
Poszedłem na kawę do leśniczego. Ranne, z postrzelonymi nogami bażanty próbowały uciec ostatkiem sił, lecz zwykle były chwytane przez kobiety z nagonki i dobijane. Gdy zakończono polowanie i wokół ułożonej zwierzyny zapłonęły ogniska, oddaliłem się od towarzystwa i długo błądziłem samotnie po lesie. Tietze dał już Rommlowi i mnie do zrozumienia, że podczas kolacji tym razem nasza obecność jest zbędna. Uczynił to z wielką delikatnością. Jego położenie było znacznie trudniejsze niż nasze.
Cdn.
tekst i fot. Krzysztof Ruchniewicz
Ze wspomnień Joachima Ringelnatza pt. Mein Leben bis zum Kriege [Zürich 1994, S. 275-299, http://www.zeno.org/Literatur/M/Ringelnatz,+Joachim/Autobiographisches/Mein+Leben+bis+zum+Kriege/Klein-Oels].







Napisz komentarz
Komentarze