"Kłaniamy się tobie ziemio piastowska i bierzemy cię w ramiona jak matkę - karmicielkę przed wiekami naszych przodków słowian [sic]" - tymi słowami 1 maja 1945 r. swoje przemówienie zakończył Władysław Gorazd, Pełnomocnik Rządu RP na Obwód nr X Dolnego Śląska. Oława, bo o niej mowa, znajdowała się wówczas w trudnym okresie powojennego społeczno-politycznego formowania społeczności lokalnej, a przybywający do miasta Polacy zmuszeni byli do oswajania obcej dla nich przestrzeni. Szacuje się, że w wyniku walk o miasto zniszczeniu uległo blisko 30% zabudowy, z czego samo tylko centrum zniszczone było w 50%2. Mimo że historia Oławy cieszy się sporym zainteresowaniem badaczy, a wątki powojenne zostały już sumiennie omówione w literaturze przedmiotu, to nadal nie zdołano wyczerpująco zbadać wielu aspektów życia codziennego.
(...) Na potrzeby artykułu "oswajanie" definiuję jako proces kreowania wizji o powiecie oławskim przy wykorzystaniu wszystkich dostępnych metod przez ludność przybywającą na te tereny. Dla pogłębienia optyki analizuję także wybrane działania podejmowane przez władze, których celem było uczynienie z Oławy bardziej przyjaznego miejsca do życia. (...)
Nieprzypadkowo analizie poddałem powiat oławski. Dla tego terenu zachowało się niewiele źródeł pozwalających uchwycić stosunek nowo przybyłych do oswajanego terenu. Mimo to Oława jest niezwykle ciekawym przykładem miasta prowincjalnego, które pełniło rolę centrum powiatu, a zarazem było "na uboczu" województwa. Taki charakter opisywanego terenu wydaje się niezwykle ciekawy, ponieważ zaproponowana analiza stoi w zawieszeniu między metropolią a wsią. (...)
Badacze dziejów Oławy, mimo że wykorzystywali w swoich pracach relacje pierwszych osadników, to najczęściej ograniczali się do tych, które zostały wydane drukiem. Te, które nie zostały opublikowane, są niekiedy wykorzystywane, ale pozostają w cieniu. Warto zatem przyjrzeć się im bliżej.

Wykładu mieliśmy okazję wysłuchać w maju tego roku w Centrum Edukacji Historycznej. Autorem był Kacper Rosner-Leszczyński - doktorant Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego
W październiku 1974 r. Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Oławie ogłosiła konkurs pamiętnikarski pt. "Moje pierwsze dni na ziemi oławskiej". Asumptem do jego organizacji było 30-lecie Dolnego Śląska w granicach państwa polskiego. Prace można było przesyłać do 28 lutego 1975 r. W konkursie wzięły udział zaledwie 23 osoby, a zważywszy na sporą liczbę mieszkańców zamieszkujących wspomniany powiat (w 1973 r. było to 59 700 osób), nie jest to imponująca liczba. Pierwsze miejsce zajęli Anna i Tadeusz Notzowie z Oławy, otrzymując tym samym nagrodę główną w wysokości 3 tys. zł.
Wszyscy uczestnicy - w zależności od lokaty - uzyskali nagrody pieniężne lub książkowe. Pamiętniki przesłane na wspomniany konkurs przechowywane są obecnie w Dziale Dokumentów Życia Społecznego Miejskiej i Powiatowej Biblioteki w Oławie. Stanowią one gros przeanalizowanych w artykule relacji. Forma, w jakiej zostały sporządzone jest różna, a same teksty najczęściej na kilku, kilkunastu stronach w lakoniczny sposób informują o wybranych wydarzeniach z powojennej historii Oławy i okolic. Lukę, która może wynikać z niewielkiej bazy źródłowej, starałem się zapełnić relacjami drukowanymi w lokalnej prasie oraz tymi, które zostały wydane w formie osobnych publikacji. Zgadzam się w tym miejscu z poglądem Barbary Techmańskiej, która uważa, że krytyka źródeł wymuszonych, powstających w czasach PRL, oraz ich zestawienie z literaturą przedmiotu, pozwalają na "w miarę obiektywny obraz «nowego» miejsca osiedlenia".
*
Po zakończeniu wojny w nowo formowanych społecznościach lokalnych szybko zauważalne były antagonizmy na tle determinacji osadniczej. Widać je np. w relacji przybyłego w 1945 r. do Oławy Lecha Juszczyka, który wspominał: "jedną z bardzo istotnych spraw była integracja ludności Oławy. [...] rozmowy nieznajomych zawsze zaczynały się od pytań o pochodzenie: ze wschodu, czy centralnej polski [sic]? Te dwie grupy nie zwalczały się oficjalnie, ale przez długi czas po wojnie dało się wyczuwać na tym tle antagonizmy wśród sąsiadów lub w miejscach pracy". Jak twierdzi Beata Halicka, Kresowianie przybywający na "Ziemie Odzyskane" cechowali się zazwyczaj wyższym poziomem patriotyzmu, poczuciem wyższości oraz silniejszym przywiązaniem do Kościoła katolickiego niż Polacy z "centrum". Biorąca udział w konkursie pamiętnikarskim Stanisława Grzesiak podkreślała, że "były różnice między ludnością w mowie i w zwyczajach, ale się wszystko z biegiem czasu unormowało". Ten charakterystyczny powojenny amalgamat dobrze uwidacznia się w wypowiedzi Anny Danilewicz, która opisywała powojenne dożynki w powiecie oławskim: "na Bukowinie nie było tego zwyczaju, a samo słowo «dożynki» nie było nam znane. Kojarzyło się z dorzynaniem kogoś". Pomimo istotnych różnic kulturowych, w obliczu zetknięcia z obcym krajobrazem kulturowym wszyscy przybysze stanęli przed podobnym zadaniem – udomowienia go.

Bolesław Bobecki, opisując Oławę, wspominał: "miasto [...] położone jest bardzo blisko stolicy Dolnego Śląska, Wrocławia. Nieprzyjemne wrażenie robiło tylko zniszczenie niektórych fragmentów miasta. Ludności niemieckiej było dużo a naszych osiedleńców spotykało się jeszcze w lipcu bardzo rzadko". 30 kwietnia 1945 r. do Oławy przybyła polska grupa administracyjna ze wspomnianym wcześniej Władysławem Gorazdem na czele. Nowy pełnomocnik rządu już następnego dnia wygłosił płomienną przemowę, której towarzyszyło wywieszenie biało-czerwonej flagi - symbolu "powrotu miasta do Macierzy" - oraz odśpiewanie hymnu państwowego. Do miasta przybywali Polacy, zarówno ci, którzy wracali z robót przymusowych, jak i osadnicy z terenów centralnych i wschodnich. Znamienna jest relacja jednej z robotnic przymusowych, która podczas II wojny światowej pracowała na terenie powiatu oławskiego. Po zakończeniu działań zbrojnych uznała, że Oława jest jej ojczyzną, pisząc po wojnie: "skoro Polska tu - tu wracamy". Powrót na te tereny po zakończeniu wojny nie był jednak bezproblemowy. To, co przed wojną było niemieckie, obce i kojarzone z niekiedy niewolniczą pracą przymusową, zostało bardzo szybko "umojone". Niestabilna granica państwa okazała się nie być przeszkodą, co więcej - przyłączenie tych terenów oraz ich wcześniejsze próby udomowienia w czasie pracy przymusowej wpłynęły na ostateczną decyzję osadniczki. Jeśli wierzyć słowom Gorazda, 10 maja 1945 r. przybyli do miasta robotnicy przymusowi i zobaczywszy polską flagę mieli paść na kolana i płakać na środku ulicy. Flaga wywieszona na maszcie była także widocznym punktem orientacyjnym dla ludności polskiej, jej rolę mogę metaforycznie porównać do "latarni morskiej". Symbolika narodowa odegrała ważną rolę także później, chociażby w czasie pierwszych dożynek powiatowych, które odbywały się w Oławie. Mieszkanka okolicznych Wójcic miała wówczas przygotować orła zrobionego z kartonu oraz białej i żółtej fasoli. Symbol ten "wzbudzał ogólny zachwyt, a przy tym radość wielką, że nie musimy już ukrywać się z godłem naszego Państwa". Podczas pierwszego, "pionierskiego" zebrania sołtysów w oławskim ratuszu odśpiewano Rotę - "sołtysi śpiewali, aż się echo rozchodziło po pustych jeszcze salach". Przypomnieć należy, że wspomniana pieśń cieszyła się dużym uznaniem w powojennej Polsce. Andrzej Romanowski pisze wręcz o "kulcie Roty", która śpiewana była na każdym wiecu w 1945 r. Istotnie, pieśń na dobre wpisała się w krajobraz Oławy - była obowiązkowym punktem na wiecach manifestacyjnych oraz wyborczych, a także podczas rocznicy "wyzwolenia" miasta. Ten charakterystyczny model świętowania wiąże się z pookupacyjnym zapotrzebowaniem na manifestację polskości, która pełniła rolę społecznego spoiwa. Najprawdopodobniej Rota utrwalała i budowała więzi między niezintegrowanymi mieszkańcami Oławy, mimo że komuniści chętnie wykorzystywali tego typu symbolikę w sposób propagandowy. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że pieśń wyraźnie klasyfikowała Niemców jako wrogów ("Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz"), co szczególnie mocno oddziaływało na pierwszych osadników przybywających do Oławy. Byli oni bowiem mniejszością, która postrzegała obecnych w mieście Niemców jako obcych.

Pomimo że Oława i jej okolice określane były idyllicznie przez propagandę jako jeden z powiatów rekomendowanych do osiedlenia, przybywający do miasta Polacy podchodzili do tych rejonów nieufnie oraz czuli wyobcowanie i strach wynikający z nieznajomości tych terenów. Powszechne było poczucie tymczasowości, wiele osób nie wierzyło, że pozostanie tu na dłużej. Dla przykładu Anna Jasińska wspominała: "mieliśmy nadzieję, że za rok wrócimy do naszych stron [...]. Nie wierzyliśmy w to, że tutaj zostaniemy, ale trzeba było się osiedlić". Niektórzy "nawet nie rozpakowywali swojego dobytku". Podobnie myśleli pozostający w Oławie Niemcy, którzy liczy na powrót członków rodzin i opuszczenie miasta przez Polaków. Przyjeżdżający na teren powiatu Polacy trzymali się w grupach, ponieważ obawiali się obcego kulturowo i geograficznie krajobrazu. Grupowano się zarówno w mniejszej skali – np. poprzez wspólne zasiedlanie dużych, wielorodzinnych domów, ale i w skali powiatowej - dla przykładu mieszkańcy Iwanówki (wieś w dawnym województwie tarnopolskim) najchętniej osiedlali się w Jelczu, a Puźniczanie (Puźniki - wieś w dawnym województwie tarnopolskim) zasiedlili Ratowice (ob. gmina Czernica). Niewątpliwie miało to związek z zasadą nierozdzielania lokalnych społeczności. Część osadników sądziła, że zostali wywiezieni w głąb Niemiec, dlatego bali się wysiadać na stacji. Interwencję podejmowali wówczas żołnierze Armii Czerwonej i siłowo wyprowadzali ich z pociągu. Mimo że na stacji kolejowej wciąż widniały napisy w języku niemieckim, wątpię, aby były one przeszkodą w procesie udomawiania. Zasadne wydaje się raczej stwierdzenie, że największą obcość wywoływała ogólna zmiana otoczenia, a nie poszczególne jego elementy. Zresztą wbrew obiegowej opinii zacieranie niemieckich napisów nie było priorytetem dla przybyłych zaraz po wojnie osadników. Ich potrzeby koncentrowały się bowiem na kwestiach związanych z bezpieczeństwem, ogrzewaniem czy wyżywieniem. W dwóch relacjach pojawia się informacja o Niemce, która miała grozić osadnikom polskim, że zatruje im wodę pitną.

Pozostając w temacie strachu, uwidoczniał się on także w momencie zetknięcia ze znajdującymi się na terenie powiatu pozostałościami obozów. Temat stosunku do tego typu miejsc na analizowanym obszarze jest zagadnieniem szerokim, wymagającym podjęcia osobnego studium. Zaznaczyć należy jedynie, że strach przed barakami obozowymi artykułowany jest w licznych relacjach konkursowych, do czego wrócę jeszcze w końcowej części pracy. Obawa przed ludnością niemiecką zmniejszała się wraz z postępującym procesem oswajania. Nie bez znaczenia dla poczucia bezpieczeństwa pozostawały także inne czynniki, np. nowo organizowane posterunki Milicji Obywatelskiej. Część osób przybyła do Oławy za ks. Franciszkiem Kutrowskim, który we wspomnieniach określany jest mianem "drogowskazu". Niewątpliwie nie chodzi tu wyłącznie o wskazywanie drogi duchowej, ale o to, że jedną z najważniejszych ról duchownych była integracja przybyłej ludności i pomoc w procesach adaptacyjnych zastanej przestrzeni przyrodniczej oraz kulturowej. Do Oławy, prawdopodobnie dzięki interwencji ks. Tadeusza Pilawskiego, trafił Obraz Matki Bożej Pocieszenia, uratowany przed spaleniem kościoła w Witkowie Nowym (wieś w dawnym województwie tarnopolskim). Otaczano go wielką czcią, a kresowe pochodzenie obrazu stanowiło ważny element udomawiania przestrzeni (w tym sakralnej). Przenoszenie wyposażenia świątyń i przedmiotów kultu, nierzadko kosztem majątku osobistego, było charakterystyczną postawą przesiedleńców z Kresów Wschodnich. Badaczka Marta Cichocka, opisując rolę Kościoła katolickiego w adaptacji osadników przybywających na teren Pomorza Zachodniego, słusznie konstatuje, że dla części z nich zarówno obecność kapłana, jak i sam kult religijny należały do najważniejszych powojennych potrzeb. Na przeciwległym biegunie stali ci osadnicy, u których okropieństwo wojny i natłok przyziemnych spraw związanych z procesami osadniczymi wywołał stagnację duchową i zobojętnienie religijne. Na podstawie przeanalizowanych pamiętników stwierdzić można, że na terenie powiatu oławskiego zdecydowanie dominował pierwszy z wymienionych przez badaczkę typów zachowań.

Wystawa gołębi pocztowych przed budynkiem obok nieistniejącego zamku, zaraz na początku dzisiejszej ulicy Wałowej. Ze zbiorów CEH (z archiwum Anieli Szaler)
Uwagę osadników przykuwały elementy fauny i flory. W Oławie skarżono się na plagę szczurów, które były dokuczliwe zwłaszcza nocą. Sprawa musiała być poważna, ponieważ podjęto zdecydowane kroki deratyzacyjne. W tym czasie gryzonie dręczyły mieszkańców wszystkich większych miast, ale i wsi, dla których były one szczególnie dużym zagrożeniem. Obecność szczurów (duża uciążliwość w miastach) oraz myszy (duża uciążliwość na wsi) jest elementem charakterystycznym dla pierwszych powojennych wspomnień osadniczych z terenów Ziem Zachodnich i Północnych. We wspomnieniach pojawiają się także krowy żywicielki, które najczęściej były własnością rodzin "zza Buga". Był to charakterystyczny element poróżniający społeczność "centralną" i "wschodnią", szczególnie w kontekście panującego po wojnie niedostatku.

Plac Zamkowy
Dużą wagę zwracano na krajobraz przyrodniczy, który należało oswoić. Ziemia oławska miała być "zarośnięta trawami i ostami". Niezwykle cenne jest wspomnienie Janiny Kamińskiej, dla której okoliczny krajobraz sprawiał wrażenie jałowego "szarego piasku". Porównywała go z utraconą przyrodą, którą opisywała jako "prawdziwy czarnoziem, gdzie roślinność jest bardzo bujna". Autorka wspomnień podkreślała tęsknotę za Podolem, pisząc: "Woda [w Oławie] również była bez smaku. Wydawało mi się, że kwiaty nawet tak nie pachną jak w rodzinnych stronach". Przywołane elementy środowiska (lepiej smakująca woda, mocniej pachnące kwiaty) to opisy przyrody utraconej - tej, która znajdowała się w dawnym (w tym przypadku przedwojennym lub wojennym) otoczeniu i nierzadko odtwarzana była w sposób idylliczny. Jednocześnie osadnicy byli rozczarowani "słabą jakością ziem rozciągających się wokół wsi Laskowice". We wspomnieniach podkreślano brak żywego inwentarza oraz nasion, co znacznie utrudniało adaptację na tych terenach. Również Anastazja Bagińska zwróciła uwagę na problem nieurodzaju, pisząc: "wszystko mi się tu nie podobało, wszędzie pełno piasku, co się jadło to piaskiem, który zgrzytał pomiędzy zębami". Znamienne jest jej wspomnienie o przyrodzie utraconej, pisała wówczas, że kresowe "kwiaty miały wonniejszy zapach niż na Ziemiach Odzyskanych". Warto w tym miejscu przywołać główne założenia osadnictwa rolnego na tych terenach, które w 1945 r. przedstawili Stanisław Pietkiewicz (geograf i kartograf) i Michał Orlicz (współpracownik naukowy Biura Studiów Osadniczo-Przesiedleńczych). Apelowali oni, aby osadników "przenosić" w obrębie tej samej strefy klimatycznej, glebowej i krajobrazowej, co miało pozytywnie wpłynąć na aklimatyzację. Było to duże wyzwanie, ponieważ regiony kolonizowane nie były w stanie sprostać wszystkim wymaganiom logistycznym.

Napisz komentarz
Komentarze