Opisujemy tę historię od lat, szukamy tropów i zbieramy dane. Lotników z B-17, która wylądowała pod Strzelinem, pochowano w Oławie, na cmentarzu przy Zwierzynieckiej, i to z tego powodu opis wydarzeń z tej jednej godziny z 22 marca 1945 jest dla nas tak ważny. Ogółem z trzech załóg (łącznie 30 lotników) zginęło wtedy 14, jak do tej pory odnaleziono i ekshumowano ciała 6. W grudniu 2025 roku, po wielu latach badań, udało się wyodrębnić kolejne szczątki 4 zaginionych lotników, wkrótce oczekiwane uroczyste pogrzeby (dwa już odbyły się w maju i czerwcu). Kogo odnaleziono? Jak to możliwe i w jaki sposób? Pora na raport.
Amerykanie, którzy polegli pod Wrocławiem, przylecieli tu z bazy w pobliżu Foggi, południowe Włochy. Amerykańska 15. armia bombardowała cele strategiczne, obejmujące wiele krajów, również wschodnie rejony III Rzeszy. Jednym z najważniejszych i skrajnie trudnych zadań była walka w ramach "bitwy o paliwo", bombardowanie rafinerii produkujących benzynę, już wtedy głównie syntetyczną. Jednym z celów 22 marca 1945 r. była położona na północ od Drezna rafineria Ruhland.

22 III 1945, koło Sobótki, B-17 i Messerschmitt, grafika A. Korzeniowski
Formacje setek bombowców B-17, Latających Fortec, i B-24 Liberator, docierały w odległe rejony, pokonując trasę nad terenami okupowanymi przez III Rzeszę, najeżonych lotnictwem myśliwskim i obroną przeciwlotniczą. To były długie i wyczerpujące misje. W przypadku uszkodzeń i braku możliwości powrotu maszyn załogi miały polecenie i możliwość lądowania po drugiej stronie frontu wschodniego, na terenie zajętym już wtedy przez radzieckiego sojusznika, alianta. Tak było również 22 marca 1945 - nad cele w okupowanej Europie i w Niemczech wysłano z włoskich baz ponad 680 bombowców. Tego dnia Amerykanie ponieśli ciężkie straty, zestrzelono wiele maszyn, wciąż były bardzo aktywne niemieckie odrzutowe Messerschmitty 262 z jednostki JG 7, skutecznie rozbijając amerykańską formację. Po ataku i bombardowaniu celu wiele maszyn, w tym opisywane cztery uszkodzone Latające Fortece, z niesprawnymi silnikami, rannymi na pokładzie, z rozbitymi zbiornikami paliwa, skierowały się na wschód, licząc na radziecki ratunek. Taka droga była ustalona, takie też były rozkazy. Przygotowano hasła i znaki rozpoznawcze (tego dnia hasło to było "Starfish"). Wszystko powinno być oczywiste i zbawienne. Odległość z Ruhland do frontu nie była zbyt duża, Rosjanie oblegali wtedy Wrocław, w wielu miejscach byli daleko za Odrą, północna część Dolnego Śląska była już w rękach Armii Czerwonej.
Spośród opisywanych tu losów czterech załóg jedną z największych zagadek pozostaje sprawa B-17 G z Glinicy (gmina Jordanów), gdzie zginęła prawie cała załoga bombowca por. Andrew F. Crane`a (429 dywizjon, 2 Grupa Bombowa nr seryjny samolotu 44-8191, nazwa własna "Praing Mantis" Modliszka).
Nad Dolnym Śląskiem znalazło się wiele uszkodzonych bombowców, cztery w niewielkich odstępach leciały na południe od Wrocławia. Załoga Fortecy kpt Johna W. Pierika (429 dywizjon, 2 Grupa Bombowa) - znalazła się w okolicach Wałbrzycha, została przechwycona przez sowieckie myśliwce. Początkowo Amerykanom wydawało się, że znaleźli ocalenie, strzelcy z B-17 przyjaźnie machali do lecących przez chwilę tuż obok radzieckich myśliwców, pilotujących dostarczane Sowietom amerykańskie samoloty P-39 Airacobra. Załogę spotkał jednak okrutny los - po chwili radzieckie myśliwce zaatakowały i zestrzeliły Amerykanów. Forteca spadła i spłonęła w Wierzbnej pod Żarowem. Rosjanie zapewne uznali, że to z pewnością wrogi samolot. Z tej B-17 uratowało się 6 członków załogi - zginęło 4 lotników, w tym obydwaj piloci. Kolejny B-17 powoli, rozbity, zmierzał wzdłuż linii frontu na wschód, to załoga por C. Robinsona (817 dywizjon, 483 Grupa Bombowa). Lecąc rozbitą maszyną, powoli tracąc wysokość i możliwość kontynuowania lotu, załoga postanowiła skakać ze spadochronami. Wyskoczyło 6 lotników, ciężko rannego strzelca wyrzucono z samolotu ze spadochronem, na pokładzie pozostało 4 członków załogi. Cali i zdrowi wylądowali pod Strzelinem, ale byli pomiędzy liniami walczących. Pierwszy pilot dowódca spędził pod ogniem w błocie 3 dni, uratowali go Rosjanie, drugi pilot R. Craig został trafiony przez niemieckiego snajpera, zmarł w radzieckim szpitalu, pochowano go w Oławie. Losy całej załogi opisałem już wcześniej. Dodam, że z tej załogi poszukujemy Johna Chupę, strzelca (prawdopodobnie jest nadal pochowany w Oławie). Z tych czterech opisywanych B-17 najwięcej szczęścia miała załoga kpt Arthura K. Foresta, (2 Grupa bombowa, B-17 G nr 46642), która wylądowała na lotnisku w Brzegu (Skarbimierz). Po paru dniach Rosjanie pomogli naprawić uszkodzenia i cała załoga mogła odlecieć dalej na wschód do Połtawy i do swojej bazy we Włoszech. Samolot tej załogi po wojnie wrócił do USA (baza Kingman) 21 grudnia 1945.

Sierżant Rae Guy De Matteis - jego szczątki odnaleziono w Glinicy

Sierżant Stephen J.Fatur - jego szczątki odnaleziono w Glinicy
Powróćmy do załogi por. A.Crane. B-17 został uszkodzony przez artylerię już nad celem, przestał pracować silnik nr 1, po chwili również kolejny. Latająca Forteca powoli (mocą dwu pozostałych silników), lecąc na wschód, w rejonie Wrocławia ponownie była ostrzeliwana przez artylerię przeciwlotniczą, nie tylko niemiecką. Zachował się radziecki meldunek dowódcy baterii przeciwlotniczej, która po chwili przerwała ogień, ponieważ prawidłowo rozpoznano typ sojuszniczego samolotu. Amerykanie praktycznie byli już bardzo blisko terenów zajmowanych przez Rosjan, ale po chwili pojawiły się cztery Messerschmitty BF 109. Jeden z nich był pilotowany przez doświadczonego asa myśliwskiego Obf. Güntera Tolla z dywizjonu III./JG 52. Niemiec zaatakował. W powietrzu nie było nikogo więcej, tylko on z 3 pozostałymi Bf 109 i uszkodzony B-17. Po kilku seriach niemieckiego myśliwca Latająca Forteca została pozbawiona swoich możliwości obronnych. W uszkodzonej maszynie nie działały wszystkie instalacje zasilania wieżyczek z bronią maszynową, przestała działać łączność wewnętrzna, w rejonie komory bombowej wybuchł pożar, przestał pracować trzeci silnik. Amerykanie zaczęli w pośpiechu wyskakiwać z trafionego bombowca, zdaniem pilotów wyskoczyli wszyscy.

B 17 Latająca forteca
G. Toll odnotował upadek zestrzelonego bombowca w rejonie Sobótki i zaznaczył dane miejsca upadku (kwadrat 61283). To było jego 41. zwycięstwo powietrzne, ogółem w czasie wojny miał 47 zestrzeleń. Po walce niemiecki pilot powrócił na swoje lotnisko w Świdnicy (Pszenno), skąd jeszcze wielokrotnie startował do walki. W tym czasie w Świdnicy i na kilku innych lotniskach stacjonowała JG 52, wyjątkowa jednostka, w której służyło wielu doświadczonych pilotów, w tym największy w dziejach as lotnictwa - Erich "Bubi" Hartmann, któremu zaliczono 352 zestrzelenia. Obecność tych ludzi wtedy na Śląsku pokazuje, jakiego przeciwnika mieli zarówno wschodni jak i zachodni walczący alianci.
Jak walkę nad Sobótką wspominają Amerykanie? Dysponujemy dwiema relacjami, bo tylko tylu z 10-osobowej załogi przeżyło. Z Fortecy wyskoczyli obydwaj piloci, wysokość była jeszcze znaczna, spadochrony otworzyły się prawidłowo i wtedy zaczął się kolejny etap dramatu. G. Toll nie zachował się zgodnie z dawną tradycją pilotów myśliwskich (nie wspominając o obowiązującym prawie i konwencjach międzynarodowych). Niemiec zaatakował bezbronnych, opadających na spadochronach lotników! W kilku nawrotach celnie ostrzeliwał ich w powietrzu. Pierwszemu pilotowi (A.Crane) dopisało szczęście, nie został trafiony, nie odniósł ran. Lotnik wylądował na ogromnym rozległym polu, nie było gdzie się ukryć (nic jeszcze nie urosło - był marzec) co spowodowało, że niemiecki pilot znowu zaatakował. Amerykanin uciekał przez pole. Niemiec wciąż miał amunicję w swoim myśliwcu, strzelał do biegnącego, znowu nie trafił. Po chwili Amerykanin dobiegł do strumyka, ukrył się i widział, jak Messerschmitt odleciał. Niemiecka piechota obserwowała te zmagania i widząc próby ukrycia ostrzeliwała por. Crane, który w końcu postanowił się poddać, podniósł ręce, został schwytany. Ten sam los spotkał drugiego pilota (P. Honke) - on również zeznał, że był ostrzeliwany w powietrzu, w czterech kolejnych atakach, był ranny, krwawił. Udało się, obydwaj piloci przeżyli, ale trafili do niewoli, bo wylądowali po niemieckiej stronie frontu, który przebiegał zaledwie 10 kilometrów dalej. Wkrótce obydwu pilotów zawieziono do sztabu jakiejś większej jednostki, zaprowadzono na przesłuchanie. Na stole niemieckiego dowódcy leżały dokumenty kilku pozostałych członków załogi, wraz z ich metalowymi identyfikatorami (tzw. dog tags): Dormana i Dunkerleya oraz zdjęcie Betchleya (tzw. zdjęcie "ucieczkowe" - wszyscy posiadali takie fot. w stroju cywilnym do ewentualnych podrabianych dokumentów w przypadku dostania się do niewoli - przyp. PP). Obydwaj oficerowie piloci A.Crane i P. Honke, trafili do obozu jenieckiego, po zakończeniu działań wojennych powrócili do USA, złożyli obszerne relacje, opisali wydarzenia z 22 marca.
A.Crane dowódca załogi opisał: Lecieliśmy na wschód od Breslau (...) 20 mm pocisku uderzył pomiędzy pilotami to zniszczyło układ sterowania i wywołało pożar w kabinie, samolot leciał samodzielnie powoli zakręcając w prawo, wcześniej skali pozostali członkowie załogi, potem Dorman, Betchley, Barnett, Honke i ja. Na pokładzie samolotu nie było nikogo w chwili kiedy się rozbił. Widziałem skok bombardiera, 2 pilota i nawigatora, pozostali byli informowani o skoku trzy minuty wcześniej. Niemcy nie znaleźli nikogo w samolocie i pytali mnie czy wiem gdzie się znajdują pozostali członkowie załogi. Nie widziałem nikogo na ziemi ani gdzie indziej, poza pięcioma spadochronami.
Słyszałem ciągle strzały i przypuszczam, że inni członkowie załogi zginęli w wyniku ostrzału lub podczas próby przebicia się przez rosyjskie linie.
Z informacji o innych załogach: widziałem dwa B-17 dość daleko przede mną, atakowane przez Me-109. Oba stanęły w płomieniach i eksplodowały. Widziałem też dwa spadochrony. Możliwe, że jeden z samolotów należał do porucznika Johna Pierika.
To zeznali obydwaj piloci. Ciekawe, że w tych zeznaniach Niemcy zadawali pytania o członków załogi, a przecież (wg zeznania) posiadali ich rzeczy osobiste, co wskazuje, że ich złapano lub znaleziono ciała.
Co się stało z pozostałymi ośmioma członkami załogi?
Oficjalnie ośmiu członków załogi zaginęło, wszyscy zostali zakwalifikowani jako MIA (Missing in Action). Przez wiele lat poszukiwano szczątków tych zaginionych, poszukiwały intensywnie agencje rządowe USA, o poszukiwania stale zabiegały rodziny poległych. Przez wiele dekad niewiele ustalono, ale nieustępliwość, wysiłek badawczy i nowe technologie, przyniosły efekt, w jednym przypadku w 2017 roku i teraz w 2025!
Archiwum X. Poszukiwania
Po zakończeniu wojny Amerykanie starannie szukali swoich poległych. W Polsce umożliwiano to przez prawie 3 lata. Prowadzący dochodzenie Amerykanie byli na terenie Polski, miejscowa administracja starała się pomóc, wtedy jeszcze to było polityczne akceptowane, wielu poległych zabrano na cmentarze Europy Zachodniej. Ta akcja została jednak przerwana, wkrótce żelazna kurtyna spowodowała, że poszukiwania nie były realizowane, nie były możliwe przez wiele dekad, pół wieku niczego nie kontynuowano. Upadek komunizmu i dostęp do nowej wiedzy spowodowały powrót do dawnych wartości. Kilka osób w Polsce zaczęło pisać o Amerykanach poległych w Polsce i współpracować z agendami poszukującym. Zaczęliśmy rozmawiać, szukać, czasu było coraz mniej, bo żyjący świadkowie byli już w podeszłym wieku. Nasza wiedza była często niewielka, wręcz zerowa, nikt wcześniej nie podejmował tych tematów, nie były potrzebne socjalistycznej władzy. Mój początek w tych wydarzeniach to poszukiwania historii lotników pochowanych w Oławie (początkowo nie wiedzieliśmy nawet, z jakiego kraju pochodzili), potem kontakty z programem Missing In Action i jego przedstawicielami w Polsce, Szymonem Serwatką i Michałem Muchą oraz przedstawicielami amerykańskiej agencji rządowej, która szeroko i intensywnie powróciła do poszukiwań poległych. Po oławskich poszukiwaniach trwały ustalenia dotyczące kolejnej załogi, które opisujemy obecnie. Wciąż trwają poszukiwania zaginionych (początkowo ośmiu) lotników z załogi por. A. Crane`a.

Amerykańska plakietka informacyjna na wypadek spotkania z Rosjanami, miał ją każdy amerykański lotnik w Europie
Zbieranie danych. Z jednej strony, doskonały dostęp do archiwów amerykańskich, uporządkowane materiały, indywidualna dokumentacja medyczna każdego poszukiwanego, karty stomatologiczne, meldunki, zdjęcia. Z drugiej, sprzeczne informacje i kompletny brak wiedzy o miejscach pochowania. No i po latach nowa siła internetu - setki stron relacji i wspomnień lotników wszystkich walczących stron, co daje możliwość szybszej oceny wydarzeń i ułatwia poszukiwania. Ze swojej strony, było mi łatwiej, mieszkam w rejonie opisywanych wydarzeń, prowadziłem działania na tym terenie, szukając relacji mieszkańców i weryfikując to, co wspominali. Po latach wiedza była uporządkowana, ale bez przełomu, wciąż brakowało zaginionych opisywanych ośmiu lotników.
Poszukiwania w Glinicy, gm. Jordanów
Relacje były sprzeczne, samolot spadł w przestrzeni przyfrontowej, niemieccy mieszkańcy byli wysiedleni, już latem w tym miejscu zamieszkali polscy osadnicy, to właśnie ich pytałem o rok 1945. W tym czasie, po wojnie, wrak samolotu jeszcze był, wielu twierdziło, że przy nim zakopano lotników, niektórzy wspominali, że szybko przeniesiono szczątki poległych na cmentarz przy pobliskim kościele. Może, ale żadnych dowodów. Wrak był źródłem podręcznych materiałów, blachy, w jego pobliżu składowano też znajdowane niewypały, co wkrótce doprowadziło do tragedii i śmierci dziecka, właśnie na skutek wybuchu niewypału. W jednej relacji panowała pełna zgodność. Latem 1945 rozpoczęto żniwa, pola pomimo wojny były starannie obsiane przez poprzednich gospodarzy. W wysokim zbożu na polu pomiędzy Glinicą i Jankówkiem, w miarę koszenia zboża, znaleziono ciało lotnika, któremu nie otworzył się spadochron. Poległego pochowano na pobliskim cmentarzu w Janówku. W tamtym okresie, tuż po wojnie, amerykańska misja wojskowa bardzo intensywnie i starannie ekshumowała i poszukiwała swoich poległych żołnierzy. Ponieważ wiedziano, że na wiejskim cmentarzu spoczywa lotnik, dokonano ekshumacji. Ciało nie było kompletne, były wątpliwości dotyczące danych poległego. Żołnierz został jednak zabrany i pochowany na cmentarzu wojennym w Belgii, oznaczony jako nieznany (NN).

Obszar poszukiwań szczątków załogi B-17 w Glinicy

Ekshumacja grobu ze śmigłem - Glinica
Do sprawy powrócono po latach. Zaczęliśmy wiązać ten grób z pobliskim miejscem upadku Fortecy. Przełom przyniósł dopiero rozwój technologii badania DNA i decyzja strony amerykańskiej o zbadaniu szczątków przywiezionych z Janówka. To był długo oczekiwany, znaczący sukces, okazało się, że spoczywający w Belgii NN to Georg Wiliam Betchley, oficer i nawigator opisywanej załogi B-17 por. Crane`a. Po ponad 70 latach rodzina mogła pochować swojego bliskiego. Poległego lotnika po raz kolejny przeniesiono i z honorami pochowano na cmentarzu wojskowym na Florydzie. Tym razem już nie bezimiennie. Na grobie napisano: "Powrócił do domu", a jego nazwisko już na wieki pozostanie także na kamiennej tablicy cmentarza w Belgii. Tak więc wtedy pozostało do odszukania jeszcze siedmiu lotników...
Georg W. Betchly został zidentyfikowany, a jak wyglądały poszukiwania i jak to się stało, że tak długo pozostał jako NN?
Cdn.
Przemysław Pawłowicz

Napisz komentarz
Komentarze