- To wyjątkowa wystawa, dlaczego? - pytamy Ewę Nosek, szefową Stowarzyszenia Stumilowy Las Grędzina.
- Bo materiały, które zdobyłam, są wyjątkowe, a dotyczą laa 1949-1951. Chodzi o kurs dla analfabetów, który zorganizowano w Grędzinie po II wojnie światowej, w tutejszej szkole.
- Jak dotarła pani do tych materiałów?
- Znalazłam je przypadkowo, sprzątając swój strych, a mieszkam w dawnej szkole. Gdy tam się przeprowadziłam w 1985 roku, poszłam na strych, gdzie robiłam porządki i wtedy je znalazłam. Zaciekawiła mnie stara teczka z niemieckim napisem, ale kiedy ją otworzyłam, okazało się, że są w niej polskie dokumenty. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego, co znalazłam, ale kierowana intuicją odłożyłam to do szuflady. Po czterdziestu latach, kiedy spotkałam ludzi, którzy tak jak ja kochają tę miejscowość i interesują się jej historią, odkryliśmy wspólnie te dokumenty. Uznaliśmy, że skoro jesteśmy spadkobiercami tej historii i tego miejsca, to trzeba coś z tym zrobić.
- Co to za dokumenty?
- Z kursu języka polskiego, który się odbywał wtedy w Grędzinie, bo niektórzy ówcześni mieszkańcy naszej wsi znali język polski, ale nie potrafili pisać ani czytać. Zrobiono wtedy spis mieszkańców, którzy słabo lub w ogóle nie piszę i nie czytają po polsku i te osoby były mobilizowane do podjęcia nauki. Nie wiem, czy przymusowo, ale chyba coś w tym było, bo jeden z kursantów, aby nie uczestniczyć w nim, dostarczył do lekarza zaświadczenie, że jest chory na gruźlicę. Z tego powodu został zwolniony z kursu, co sugeruje, jednak był on w jakiś sposób obowiązkowy. Na pewno odbywał się także w sąsiednich miejscowościach, bo analfabetyzm by wtedy powszechnym problemem ludności, która ze Wschodu przybyła na te ziemie. Dziś te życiorysy, listy i podania, które kursanci musieli napisać podczas egzaminu, są dla nas cennym źródłem wiedzy.
- Ile osób wzięło udział w kursie?
- Około 15 osób.
- Czego się pani dowiedziała o swojej wsi z tych dokumentów?
- Przede wszystkim poznałam historię tych ludzi. Z ich życiorysów i listów, które musieli napisać na egzaminie, można wyciągnąć bardzo dużo informacji o tamtych czasach. Te życiorysy nie są wymyślane na potrzeby kursu, są autentyczne. Piszą, skąd przybyli, gdzie mieszkali, jakie mieli dzieciństwo, czy się uczyli, jaką mieli rodzinę. Wiele szczegółów. Niektóre fragmenty czytaliśmy na wernisażu wystawy. Wśród nich są takie perełki, przy których ja - nauczycielka, która całe życie uczyła dzieci czytać i pisać - poleciały mi łzy. My sobie już dzisiaj nie zdajemy sprawy z tego, czym jest umiejętność nauki czytania i pisania. To dla nas jest tak oczywiste jak oddychanie, ale oni piszą, czym taki kurs był dla nich. Jeden z nich pisał na przykład, po kursie dużo lżej się czuj, a przedtem, gdy byłem analfabetą, było bardzo przykro, bo uważał się za ciemnego człowieka...

- Kto organizował tę niezwykłą wystawę?
- Stowarzyszenie Stumilowy Las Grędzina, natomiast eksponatów użyczyli nam panowie Piotr Kutela i Adam Piskorz. Były tam też moje eksponaty.
- No właśnie, bo to nie była wystawa jedynie dokumentów...
- Chcieliśmy osadzić je w realiach tamtych czasów. Mamy przedmioty, które były przywiezione tu przez Polaków ze Wschodu, na przykład kufer, w którym Polacy trzymali swoje rzeczy. Jest piecyk, w których gotowali w pociągu, jadąc na te tereny. Są narzędzia rolnicze stamtąd, których używali już tu. Jest obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej ze wschodu, charakterystyczna makatka kuchenna. Po jednej stronie wystawy mieliśmy klimat i przedmioty polskie, po drugiej - proszę nas dobrze zrozumieć, nie chcieliśmy niczego ukrywać i chować pod dywan - to, co odziedziczyliśmy po Niemcach, przynajmniej w sferze materialnej. Mieliśmy więc przedmioty poniemieckie, w tym także coś, co nas łączy, czyli elementy ze starego cmentarza, kiedyś porzuconego, a teraz porządkowanego przez mieszkańców Grędziny.
Szkoła na wystawie też jest łącznikiem, bo kiedyś była niemiecka, a po wojnie stała się polska - uczono w niej języka polskiego. Były oryginalne klucze niemieckie do niej, które znalazłam w swojej piwnicy pod podłogą, był poniemiecki oryginalny dzwonek szkolny, ale też zdjęcia jednego z powojennych dyrektorów tej szkoły, no a wśród tego oryginalne dokumenty z kursu, od którego ta wystawa się zaczęła.
- Czyli w sposób symboliczny zetknęliście na tej wystawie dwie kultury, które się dziś łączą w Gredzinie.
- Tak. A my - jako spadkobiercy - robimy z tym coś dalej...





Napisz komentarz
Komentarze