*
Kiedyś major, dowódca batalionu, wyznaczył mnie do rozpoznania pola. Pod drzewami zasiadło z osiemdziesięciu chłopa, czekają na wynik. Zbieram się iść. A tu trzech chłopaków wyskakuje i prosi:
My pójdziemy, my pójdziemy, obywatelu majorze.
No to idźcie major na to.
Jeszcze ich na drogę przestrzegam, żeby uważali. Poszedł plutonowy K., saper S.* i jeszcze jeden, którego nazwiska nie pamiętam. Do niedawna żył w Prudniku. Z naszej kompanii, tak. Już nie żyje. Poszli według przepisu. Jeden za drugim, o sto metrów od siebie. Na początku. Polna droga, a po obu jej stronach dwa wzgórza. I tu już zebrali się razem. W każdym razie K. i S. obok siebie.
Tu jakiś drut - mówi plutonowy.
Może to fugas? Zakopany ładunek wybuchowy i od niego drut?
Jak tam było, już się nigdy nie dowiemy. Kto pociągnął ten drut?... Myśmy siedzieli pod drzewami ze trzęsienie czterysta pięćset metrów dalej. I nagle ziemi. Wybuch i uderzająca fala gorącego powietrza. Nie powiedziałem, że dzień był szczególnie upalny. Musieli zerwać całe minne pole. Potem ustaliliśmy, że to były miny niemieckie RMi 43. Długie, duże, przeciw-transportowe.
To potem. Wtedy zbieraliśmy kawałki ciał. Czarne włosy to K. Białe to S. Tak, obaj młodsi ode mnie. Pochowaliśmy te szczątki jeszcze tego samego dnia. Krzyż brzozowy... Jak się nazywała ta miejscowość? Jastrząbka Dolna? Coś w tym rodzaju. Ten trzeci przeżył. Ogłuchł na kilka miesięcy. Nie mówił. Potem wrócił do normy, trochę się od niego dowiedzieliśmy, ale już bez szczegółów...
Po wojnie Kazimierz Gelles trafił do Bystrzycy pod Oławą, gdzie prowadził kuźnię - najpierw tę w Gminnym Ośrodku Maszynowym, a potem prywatną przy dzisiejszej ul. Łokietka. Niewiele z tej kuźni zostało do dziś, bo budynek kolejni właściciele przerobili na dom mieszkalny, ale na posesji znalazłem wyeksponowaną podkowę - z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że to dzieło rąk kowala Kazimierza Gellesa. Podobnie zresztą jak ogrodzenie wokół posesji z metalową bramą. Tyle zostało z jego kowalskiej pracy. No, może jeszcze stare ogrodzenie cmentarza w Bystrzycy.

To - przy obecnej ulicy Łokietka - była jego bystrzycka kuźnia

Bystrzyca. W tym domu przy ul. Łokietka zamieszkał po wojnie Kazimierz Gelles z rodziną
- Z ojcem razem je robiliśmy, całe wakacje na tym straciłem - wspomina Edward. - W Oławie akurat poniemieckie rury gazowe likwidowali, więc je kupiliśmy. Jeszcze śmierdziały gazem. Rury grube, miały 5 mm ścianki. Parę brzeszczotów poszło, gdy cięliśmy je na odpowiednie kawałki, ale ogrodzenie stoi do dzisiaj.
*
Kazimierz ożenił się z Rozalią Laszkiewicz, z którą miał trzech synów - wszyscy pracowali Jelczańskich Zakładach Samochodowych.
O saperskich dokonaniach Gellesa, poza najbliższą rodziną, niemal nikt w Bystrzycy czy Oławie nie wiedział. O jego zasługach w rozminowywaniu kraju - jak pisał profesor Stanisław Sławomir Nicieja w "Kresowej Atlantydzie", który rodowi Gellesów poświęcił w tej książce sporo kartek - "przypomniano sobie" w 1976 roku. Wtedy to generał Czesław Piotrowski wystarał się dla swoich kilku podkomendnych o Krzyże Kawalerskie Orderu Odrodzenia Polski oraz medale Zasłużonemu Saperowi - Chwała Saperom.
Na awersie czytamy:
Chwała saperom, którzy trudem swym i krwią pierwsi rozpoczęli dzieło odbudowy wyzwolonej ojczyzny.
Dla mieszkańców Bystrzycy Kazimierz pozostał jednak głównie kowalem.

Ta brama i metalowy płot wokół dawnej kuźni to też dzieło kowala Gellesa - stoi do dzisiaj
- Jego kuźnia cieszyła się dużą popularnością w okolicy - pisał o nim profesor Nicieja. - Był pracoholikiem: całe dnie spędzał przy miechu i kowadle. Odwiedzało go tam wielu znajomych, gdyż był wyjątkowo towarzyskim i pogodnym rozmówcą. Jego pracoholizm wszedł do legendy. Nie umiał odpoczywać i obce mu było pojęcie dni wolnych od pracy. Ciężko znosił, gdy nie mógł pracować w kuźni w niedzielę, a już gehenną dla niego były święta, które trwały kilka dni, uniemożliwiając mu codzienną pracę.
Anna Kaproń, dla której był wujem, potwierdza jego pracoholizm. - Nie palił papierosów i nie jeździł autobusem, tylko pieszo chodził przez las do Oławy - wspomina. - Tyle wiem z opowieści taty o Kazimierzu. Ponoć był nieco flegmatyczny i spokojny, co na pewno nie było bez znaczenia w jego saperskiej robocie.
*
Zanim Kazimierz Gelles został bystrzyckim kowalem, miał sklep w Oławie na ówczesnej Brzegowej (dziś to Brzeska). - A w nim ryż, mydło i powidło - wspomina syn Kazimierza. - Gdy jednak z roku na rok dostawał coraz większy domiar, bo nikt wtedy nie lubił prywaciarzy, zostawił handel. Zgłosił się wtedy do ówczesnego urzędu pracy i dostał przydział do Gminnego Ośrodka Maszynowego w Bystrzycy. Był tam kowalem, ale robili znacznie więcej - naprawiali snopowiązałki, pługi, praktycznie wszystkie maszyny.
Najpierw mieszkali w Oławie przy Zacisznej, więc do pracy dojeżdżał rowerem. Potem zwolnił się bystrzycki dom przy Łokietka, który trafił się właśnie Kazimierzowi. Tam zamieszkał z żoną Rozalią i trzema synami - Edwardem, Stanisławem i Eugeniuszem.
- Dopóki istniał ten Gminny Ośrodek Maszynowy, ojciec tam pracował - opowiada Edward Gelles. - Gdy go rozwiązano, to ojciec prowadził samodzielnie kuźnię. Właściciel sprzedał ojcu 30 arów, gdzie wcześniej stał dom trafiony przez pocisk w czasie wojny. Uszkodzenia nie były bardzo duże, ale wszystkie cegły poszły na odbudowę Warszawy, dom został rozebrany, a kuźnię zorganizowano w pomieszczeniach gospodarczych, gdzie Niemcy trzymali świnie.
- Wiesz co Edek, będziemy musieli lemiesze klepać! - mówił do syna. Więc klepali. I to jak!
- Bo ojciec był silny chłop - wspomina Edward Gelles. - Przed wojną w Kołomyi trenował boks w wadze ciężkiej. W kuźni brał pięciokilowy młot i 30-40 razy potrafił nim uderzyć z celnością do milimetra! Ja też próbowałem nawet z dziesięciokilowym.

Ta podkowa - która została na terenie jego dawnej kuźni z Bystrzycy - najprawdopodobniej wyszła z rąk Kazimierza Gellesa
Kuźnię Gelles miał kuźnię do końca życia. Nie bawił się tam w sztukę, w jakieś artystyczne wyroby kowalskie - tylko użytkowe wyroby metalowe, które były wtedy ludziom potrzebne. Bo Kazimierz twardo stąpał po ziemi - oprócz pracy jeszcze trzeba było jeszcze oporządzić zwierzęta i obrobić pole. To nie znaczy, że nic innego go nie zajmowała. Był bardzo dobrym szachistą, brał udział w turniejach, nawet z sukcesami. Grywał też w brydża.
Całe życie był zdrowy, nigdy nie leżał w szpitalu, ale i na niego kiedyś przyszedł kres. Zawołał kiedyś do siebie Edwarda i mówi: - Edek, wiesz co? Umieram i chcę księdza.
- To było około 3-4 w nocy, więc jak tu mam budzić proboszcza? - wspomina Edward. - Wiedziałem, że o 7.00 ma być msza, więc wcześniej zajechałam na plebanię. Dobra, dobra, chłopie, no to się zbieram - usłyszałem od księdza. Jeszcze przed siódmą był u nas. Ojciec potem żył jeszcze trzy tygodnie. Dobrze wyczuł, że coś jest nie tak.
Zmarł w czerwcu 1991 roku i jest pochowany na bystrzyckim cmentarzu, który ogrodził.

Brama i ogrodzenie bystrzyckiego cmentarza, gdzie spoczął, to też jego dzieło

Napisz komentarz
Komentarze