Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
piątek, 13 marca 2026 21:50
ZOBACZ:
Reklama
Reklama Jaśnikowski
Reklama BMM

Anna Leszczyńska: - W górach się dowiedziałam, że mnie trudne sytuacje budują

Parę lat temu szarpnęła się na pięciotysięczniki, a teraz... Z Anną Leszczyńską rozmawia Jerzy Kamiński
Anna Leszczyńska: - W górach się dowiedziałam, że mnie trudne sytuacje budują
Anna Leszczyńska: - W górach się dowiedziałam, że mnie trudne sytuacje budują

Źródło: arch. prywatne

Podziel się
Oceń

- O czym na pewno nie myślisz, gdy jesteś w górach?

- Jejku, już na początku takie trudne pytanie! O czym w ogóle nie myślę? O pracy. 

- O polityce?

- W życiu! Na pewno nie myślę o pracy i na pewno nie myślę o polityce, nie myślę o sprawach, które tutaj zostawiam. Nie chcę mówić, że nie myślę o problemach, bo nigdy nie jadę w góry, gdy mam jakieś nierozwiązane historie. W góry się jedzie z czystą głową. Po to, aby zachować zdrowy balans i równowagę. Lubię swoją pracę, chodź bywa ciężka, praca z ludźmi nie jest łatwa...

- Do tego dochodzą obowiązki wiceprzewodniczącej Rady Powiatu. I o tym właśnie nie myślisz w górach?

- Absolutnie! To byłyby dodatkowe kilogramy, a tego nie chcę. 

- No to o czym myślisz pokonując górskie kilometry?

- Idę z głową otwartą. Nie mam słuchawek na uszach, bo w górach nie słucham muzyki, za to chłonę wszystko, co jest dookoła. Jedyne o czym myślę w górach wysokich, które wiążą się z jakimś końcowym wejściem na szczyt, to o dobrej pogodzie. Rozmawiam sobie wtedy z Bogiem, proszę, aby był łaskawy i dał dobrą pogodą.

- Coś w zamian obiecujesz?

- Powiem ci! Panie Boże, nie będę przeklinała - tak mówię na przykład. Publicznie staram się nie przeklinać, ale czasami zdarza mi się siarczyście przekląć i wtedy obiecuję, że już więcej nie będę, albo że będę poświęcać więcej czasu bliskim.

- Nie chodzę w aż tak wysokie góry jak ty, ale na szlaku widuję czasem ludzi w koszulkach z napisem "Wszystko, co kocham, jest w górach". Zaliczasz się do wyznawców takiej zasady?

- Wszystko co kocham, jest w moim dom - to moja rodzina - ale na pewno góry są bardzo dużą częścią mojego życia. Grają mi w duszy i sercu. Dają mi, oprócz tej wolności, o której wszyscy mówią, duże poczucie siły i pokory. Parę lat temu spacerowałam sobie po górach od parkingu najkrótszą trasą na szczyt czy do schroniska, ale teraz to absolutnie nie dla mnie. Nagromadzenie różnych ludzi, często bez szacunku do natury i gór bardzo mnie denerwuje. Od lat wybieram więc szlaki, które są mniej oczywiste, są trudniejsze, dłuższe, nierzadko latem chodzę choćby przecinkami. 

- Kiedy zmieniłaś sposób chodzenia po górach na ten mniej oczywisty?

- Dokładnie to pamiętam, po maratonie w Rzymie, kiedy nabrałam wiatru w skrzydła - to był 2017 rok, czyli stosunkowo niedawno. Rok wcześniej pojechałam na Maderę i zakochałam się w tamtejszych górach. Maszerując wzdłuż lewad, bez tłumów, ta przestrzeń, to było co innego niż w naszych górach. Potem był ten maraton w Rzymie, który przebiegłam, a to był mój pierwszy maraton w życiu. Z całej grupy dobiegłam jako ostatnia, z najgorszym wynikiem, ale jednak dotarłam do mety, a trenowałam wówczas tylko miesiąc, miałam kontuzję, jakąś chorobę, więc było nierealne, aby mi się udało, a jednak przebiegłam. Wtedy pomyślałam, że jestem w stanie zrobić absolutnie każdy projekt, absolutnie wszystko, co sobie wymyślę. Po tym Rzymie przyrzekłam sobie, że w każdym kolejnym roku przebiegnę jakiś maraton na świecie. Wybrałam jeden z najtrudniejszy w Europie, czyli w szwajcarskich Alpach. Pamiętam, jak przedstawiłam ten pomysł znajomym. Zdania były podzielone. Koleżanka zaproponowała jednak maraton we Francji, który biegnie od winnicy do winnicy i jest relatywnie jest łatwy, a ten w Szwajcarii był bardzo wyśrubowany, jeżeli chodzi o czas i przewyższenia. Powiedziałam, wtedy, że wolę rzeczy, które są trudne i są dla mnie sporym wyzwaniem, niż takie, które są proste i tylko przyjemne. Bo tylko porażki, trudna droga, nauczą mnie czegoś nowego. Wystartowałam. Część grupy zrezygnowała z wyjazdu, chodź niektórzy biegali maratony poniżej 4 godzin. Gdy na maraton zdecydowała się połowa grupy, wtedy się wystraszyłam. Jeżeli oni nie podjęli się tego wyzwania, to co ja tam robię? Ale wzięłam to na klatę. Napisałam wtedy do znanego ultramaratończyka Marcina Świerca - on się wtedy szykował na ultramaraton wokół Mont Blanc (170 km i 10 000 m przewyższeń). Powiedział mi, że dam radę, tylko muszę zacząć treningi w górach. Gdzie masz najbliższe? - spytał. To była oczywiście Ślęża, ale po kilku tygodniach intensywnego treningu na niej było mi za mało i zaczęłam szukać innych gór. Wpadłam w internecie na informację, że jest coś takiego jak Korona Gór Polski - 28 najwyższych szczytów najwyższych w każdym paśmie. Zaczęłam treningowo na te szczyty wbiegać, robiąc wiele kilometrów i przewyższeń. I tę Koronę Gór Polski treningowo zrobiłam biegiem.. w rok. Wtedy zakochałam się już całkowicie w górach, zaczęłam chodzić po nich bardziej intensywnie. Sama, wiosną, latem, zimą..

- Sama?

- Mam znajomych, którzy ze mną czasem chodzą, ale mam szybkie tempo i nie każdemu to odpowiada. Oni idą swoim, a ja swoim tempem. Każdy z nas wówczas idzie w swoim komforcie i każdy jest zadowolony.

- Czekasz na nich na końcu trasy?

- Gdy to jest spacer jednodniowy na 20-30 km, to idziemy razem, choć faktycznie czasem każdy idzie swoim tempem, aby się nie męczyć dodatkowo. Bywa, że ja robię swoją robotę, a potem czekam na nich w schronisku. Gdy jednak robimy coś większego, gdy jesteśmy na trekkingach przez kilka państwa np. Włochy, Francję, Szwajcarię lub Czarnogórę, Albanię, Kosowo, to wtedy zawsze idziemy razem. Ale często chodzę sama, to prawda - ponieważ wiem, co chcę w przyszłości zrobić. Mam pewne projekty w głowie i muszę być na tyle pewna swoich umiejętności, tak aby nie stanowić dla mojego partnera czy partnerki zagrożenia, ani nie być obciążeniem dla innych.

- A mąż chodzi z tobą góry?

- Biega ze mną, jest w tym lepszy ode mnie, chodzi po górach, w Alpach chodzimy po ferratach. W wysokie góry nie jeździ ze mną, nie wspina się. Zawsze mnie jednak wspiera, pomaga i kibicuje, choć nie zawsze towarzyszy na szlaku. Jest moim największym wsparciem!

- Parę lat temu szarpnęłaś się na pięciotysięczniki...

- Trzy lata temu pogoda i góra pozwoliły, aby wejść na Kazbek (5054 m n.p.m.) w Gruzji. Weszłam i zeszłam w 9 godzin i 42 minuty, a to jest stosunkowo szybko. Gdy zeszłam, osoby w obozie myślały, że nam się nie udało, bo tak szybko byliśmy z powrotem.   

- Wiem że w tym roku ponownie był Kazbek, ale i Elbrus.

- Elbrus (5642 m n.p.m.) nie jest najwyższą górą, na jakiej byłam, bo to Kilimandżaro (5895 m n.p.m.) Ale nie można tych gór porównywać. Elbrus leżący w Rosji, choć nie jest szczytem trudnym technicznie, to kondycyjnie już tak. Jest ciężki także z powodu warunków pogodowych. Fajnie się idzie, gdy jest okno pogodowe, które czasami bywa zdradliwe i wtedy już lekko nie ma.

Na Kilimandżaro

 

- Skąd w ogóle u ciebie te wysokie góry?

- Trzy lata temu pojawił mi się w głowie pomysł zmierzenia się z Koroną Ziemi, czyli czymś, co wtedy dla mnie było niewyobrażalne, trudne. Korona Ziemi to najwyższe szczyty na wszystkich 7 kontynentach. Pomyślałam, że zacznę od lżejszego szczytu, trekkingowego, aby zobaczyć, jak moja głowa i reszta ciała zareaguje na wysokości. Weszłam na Kilimandżaro i okazało się, że dobrze się aklimatyzuję, że jestem jak koń. Muszę być tylko najedzona i wyspana, a wtedy mogę iść. Gdy weszłam na Kilimandżaro, to się na szczycie popłakałam. Przez wiele lat nie było tam śniegu, tylko po bokach, a my w lipcu trafiliśmy na spory śnieg, który akurat wtedy spadł - było bardzo pięknie, słonecznie, choć zimno i z tych emocji się poryczałam. To był mój najwyższy szczyt, pierwszy z Korony Ziemi i stanowił dla mnie bardzo duże wyzwanie. Powiedziałam wtedy sobie, dobra, to teraz czas na kolejne szczyty. 

- Dwa masz już za sobą, bo chyba Elbrus się liczy?

- Albo Elbrus, albo Mont Blanc jest liczony. 

- Czy trzeba wchodzić na Elbrus od strony rosyjskiej?

- My tak wchodziliśmy, bo tak lepiej.

Elbrus zdobyty! 

 

- A nie miałaś dyskomfortu, że jedziesz do Rosji, która toczy okrutną wojnę z Ukrainą, naszym sąsiadem? To był dla ciebie problem?

- Miałam z tyłu głowy ten problem. Gdy pojawił się pomysł Korony Ziemi, wiedziałam, że kolejny szczyt będzie w Rosji, ale wtedy... Gdy wybuchła wojna, przez wiele tygodni

byłam wolontariuszką na Dworcu Głównym we Wrocławiu, nie chodziłam do pracy, tylko pomagałam uchodźcom. Miałam ogromny żal i pretensję do tego, jak ludzie interpretują najazd Rosji na Ukrainę, ale ja jestem zadaniowa. Skoro obrałam sobie taki cel, to chciałam go zrealizować. Ta Rosja w tym roku wyszła przez przypadek. Były rozmowy Trumpa z Putinem i był medialny przekaz, że jest blisko do zawarcia jakiegoś kompromisu. Pomyślałam, że gdy ten kompromis wypracują, to odetchnę z ulgą, Zdecydowałam wtedy, że pojadę. Gdy już byłam w Gruzji, okazało się, że tego kompromisu jednak nie ma, ale ja już byłam w trasie, w aklimatyzacji. Jestem już tutaj, to pojadę - pomyślałam sobie, pełna obaw tego, co będzie na granicy. Jak wcześniej sprawdzałam, to ludzie czekali wtedy na granicy nawet 18-20 godzin. Byli bardzo mocno sprawdzani i filtrowani, a ja w grupie miałam kilku żołnierzy, oczywiście prywatnie, ale ryzyko było spore. Trochę się bałam, ale wpuścili nas, chociaż dość mocno nas przetrzepali. Rosjanin, który po nas przyjechał do Gruzji, bardzo sympatyczny, dobrze wiedział, w jakiej sytuacji jesteśmy my, a w jakiej oni. Rozmawialiśmy o tym, bo to każdemu leżało na duszy. Powiedział, że oni się w ogóle nie identyfikują ani z polityką, ani z Putinem. Żyją sobie w swoich małych wioskach za parę dolarów i za to, co dostaną za przewożenie turystów. Przewodnik wysokogórski, który nas prowadził, powiedział nawet, że nie czuje się Rosjaninem, powiedział, że on jest obywatelem Republiki Kabardo-Bałkarii - czasami się wyczuwa od kogoś, kiedy mówi szczerze. I ja taką życzliwość i szczerość od niego czułam. Pani Olga, która w bazie pod Elbrusem nam gotowała i się nami opiekowała, poprosiła, abyśmy w bazie nie poruszali tematu wojny. Dopiero po wyprawie, na dole przyznała, że ona i jej sąsiedzi są zdruzgotani wojną, że mają wielu przyjaciół po stronie Ukrainy. Boją się jednak otwarcie o tym mówić, dlatego nie chciała o tym rozmawiać w bazie, byli tam też tacy Rosjanie, po których od razu było widać, że są zwolennikami polityki Putina. Tam się o polityce nie rozmawiało. Gdy się z Olgą żegnaliśmy, popłakała się i powiedziała: - Pamiętajcie, że nie wszyscy Rosjanie są tacy jak Putin. A przewodnik, który z nami wchodził, parę razy podkreślał, że on jest międzynarodowym przewodnikiem, który ma przyjaciół wszędzie, także w Ukrainie, ale takie są obecne realia, jakie są, i trzeba się w tym wszystkim jakoś odnaleźć.


Więcej o autorze / autorach:

Napisz komentarz

Komentarze

ciotka 05.01.2026 11:32
Co nas obchodzą prywatne wojaże jakiejś tam kobiety ? To teraz opowieści i przygody sołtysa z.... ?

Waluś 04.01.2026 20:23
Niech się szarpnie na remont Zielnej 🙂

www 04.01.2026 18:09
Ta Panią kojarzę tylko że zbierania śmieci na wałach Odry , nie ma ciekawszych historii w Oławie ?

Gosiaczek 04.01.2026 20:39
www 04.01.2026 18:09
Ta Panią kojarzę tylko że zbierania śmieci na wałach Odry , nie ma ciekawszych historii w Oławie ?
W Oławie od niedawna?

ZASTRZEŻENIE PODMIOTU UPRAWNIONEGO DOTYCZĄCE EKSPLORACJI TEKSTU I DANYCH

Dokonywanie zwielokrotnień w celu eksploracji tekstu i danych, w tym systematyczne pobieranie treści, danych lub informacji ze strony internetowej tuolawa.pl i publikacji przy użyciu oprogramowania lub innego zautomatyzowanego systemu („screen scraping”/„web scraping”) lub w inny sposób, w szczególności do szkolenia systemów uczenia maszynowego lub sztucznej inteligencji (AI), bez wyraźnej zgody wydawcy - RYZA Sp. z o.o. jest niedozwolone. 

Zastrzeżenie to nie ma zastosowania do sytuacji, w których treści, dane lub informacje są wykorzystywane w celu ułatwienia ich wyszukiwania przez wyszukiwarki internetowe. Szczegółowe informacje na temat zastrzeżenia dostępne są TUTAJ

KOMENTARZE
Reklama
NAPISZ DO NAS!

Jeśli masz interesujący temat, który możemy poruszyć lub byłeś(aś) świadkiem ważnego zdarzenia - napisz do nas. Podaj w treści swój adres e-mail lub numer telefonu. Jeżeli formularz Ci nie wystarcza - skontaktuj się z nami.

Reklama
Reklama