- Ile trwa wejścia na Elbrus?
- Mniej więcej tydzień, wszystko zależy od pogody i aklimatyzacji. Nam zajęło to 4 dni. Nasza grupa początkowo liczyła 17 osób, z czego na szczyt weszło 10 osób. Nie wszyscy zawsze ruszają na atak szczytowy, nie wszystkim się też udaje osiągnąć szczyt.
Ludzie różnie się czują na dużych wysokościach. Ważne, aby wiedzieć kiedy się wycofać, ponieważ gdy ktoś zawraca, musi z nim zejść przewodnik, i wówczas osoby z tego zespołu zostają podpięte do innego. Gdyby tak za każdą osobą, która rezygnuje, schodził przewodnik, to szybko nie byłoby ani jednego podczas ataku na szczyt. Dlatego to takie ważne, aby w odpowiednim momencie dać zespołowi znać, że coś z nami nie tak, że źle się czujemy, to jest odpowiedzialność.
- Kiedy jest największa euforia? Gdy osiągasz szczyt, czy gdy wracasz szczęśliwie do bazy?
- Cieszę się, gdy jestem na szczycie, ale bardziej to czuję i jest jakiś rodzaj ulgi, kiedy już jestem w bazie. Wtedy można odetchnąć, powiedzieć, że się zrobiło kawał roboty, czyli bezpiecznie weszło i zeszło.
- Ile w tym wszystkich jest strachu? Czujesz gdzieś tam z tyłu głowy historię Waldka Graja z Oławy, który nigdy nie powrócił z wysokich gór, a jego ciało nadal gdzieś tam tkwi w szczelinie lodowca?
- Znam historię Waldka. Ja jestem bardzo zadaniowa. Mam cel, mam zadanie do wykonania i wtedy nie myślę o żadnych takich złych historiach. Waldka nie znałam, ale jego żona Alina uczyła mnie polskiego w podstawówce, więc też swego czasu żyłam tą tragedią. Mam świadomość, jak to się wszystko może skończyć, ale gdy jestem w górach, nie myślę o tym. To byłby strach, a strach człowieka paraliżuje. Mam z tyłu głowy to, że trzeba być bezpiecznym i potrafię zawrócić ze szlaku, gdy coś się dzieje. Zdarzało się. Rok temu, gdy poszłam na Wołowiec w Tatrach i gdy się zapadałam po kolana w śniegu, byłam sama, nagle pogoda się pogorszyła i pomyślałam, że byłabym w stanie tam dość. Ale zaraz przyszła myśl, no dobra, ale jeszcze potem trzeba wrócić. Świadomość tego, że mam jeszcze wiele planów, sprawia, że nie mogę być bezrefleksyjna i, nie daj Boże, narażać kogoś, gdyby TOPR-owcy mieli mnie ściągać przez moją nieodpowiedzialność czy głupotę. Powiedziałam wtedy nie, i zawróciłam.
- Tego trzeba się nauczyć?
- Żeby dobrze się przygotować, zaczęłam chodzić na kursy wspinaczki zimowej, wysokogórskiej. Szkoliłam się u specjalistów. U Aśki Piotrowicz, znakomitej himalaistki, instruktorki PZA, uczyłam się zgodnie z zasadami PZA, to taka stara dobra polska szkoła.
Potem zaczęłam się wspinać z Tomkiem Michalikiem, przewodnikiem wysokogórskim IVBV, do tego TOPR-owcem. Gdy kiedyś do niego napisałam, że chciałabym wejść z nim na Gerlach, odpisał, że dobrze, ale on mnie najpierw musi sprawdzić. Zaprosił mnie na trzy dni w Tatry. Już po pierwszym powiedział: "Silno baba z ciebie, dasz radę!". Zaczął mi też opowiadać - ku przestrodze - te wszystkie historie znane TOPR-wcom. A to jednak zupełnie inaczej niż o nich czytać w książkach. I jestem teraz turboostrożna. Nigdy nie wychodzę w góry, kiedy prognoza pokazuje, że może być jakieś pogorszenie pogody, w plecaku mam wszystko co niezbędne na przetrwanie doby, w razie sytuacji kryzysowej.

Na szczycie - Kazbeg w Gruzji
- Na Kilimandżaro pojawiły się u ciebie łzy. A na Elbrusie? Czy to jest tak, że tylko pierwsza wysoka góra się liczy, a potem po zaliczeniu kolejnego szczytu działa automat?
- Ja nigdy nie mówię, że zaliczam szczyt, tylko zawsze mówią, że wchodzę, jeśli góra pozwoli wejść. Bo już wiele razy widziałam, jaka jestem malutka i jaki ze mnie puch marny wobec potęgi natury w wysokich górach. To wy, góry, tutaj rządzicie, ja jestem tylko gościem na waszym terenie. Trzeba je szanować i podchodzić do nich z szacunkiem Ja ich nie zdobywam. Gdy mi pozwolą wejść, to wchodzę. Dwa razy podchodziłam do Mont Blanc, ale za każdym razem góra nie pozwoliła mi wejść. Nie jestem przesądna, ale stwierdziłam, że skoro dwa razy nie pozwala, to widocznie mówi, Ania, to nie jest ten czas, abyś na mnie weszła. Odpuściłam. Może za parę lat spróbuję jeszcze raz. A te łzy na Kilimandżaro... Nie wiem, może to Afryka w ogóle tak na mnie wpłynęła. Byłam tam trochę dłużej i widziałam ludzi żyjących za 5 dolarów miesięcznie, straszna bieda. Ludzie żyją prosto, ale bardzo uczciwie, w zgodzie z naturą, z szacunkiem do innych, a nie jak u nas. Tam wzruszałam się każdego dnia.
- W górach czujesz się bardziej częścią natury, czy jej gościem?
- To jest cholernie trudne pytanie. Bo czuję się częścią tej natury, ale tak naprawdę jestem tylko gościem w tym miejscu. Ja się tam czuję oczywiście bardzo dobrze, ale nigdy nie jako jakiś zdobywca. Zawsze dziękuję górze za to, że mogę z nią obcować, że pozwoliła mi wejść na szczyt. Gdy człowiek ma swoje pasje, bez względu na to czy jest to bieganie, rower czy góry, to czuje wdzięczność za to, że może je realizować. Wydaje mi się, że każdy zdrowy człowiek czuje wdzięczność za to, że może korzystać z życia. Ja czuję i dziękuję za to losowi.
- Grudzień 2025 i ważne pytanie do Anny Leszczyńskiej - rower, maraton czy góry?
- Góry, zawsze góry, ale powiem dlaczego. Bo mam wrażenie, a może raczej jest to taka moja teza, że góry dają mi najwięcej, pozwalają mi się rozwijać. Ja nigdzie się nie dowiedziałam tyle o sobie, o swoim organizmie, ile w górach. Maraton jest wysiłkiem i on po 42 km z ogonkiem się kończy. Rower po tych 100 km dziennie w siodełku też się kończy.
W górach, gdy przechodzę 30 km i jest słonecznie, jest cudownie, ale najwięcej uczę się o sobie wychodząc poza strefę komfortu. Kiedy innego dnia jest wyrypa na 90 km, przy przewyższeniu 3000 metrów, zaczynająca się o godz. 22:00, a kończąca kolejnego dnia wieczorem, gdzie przez całą noc leje deszcz, człowiek idzie zmarznięty, w błocie po kolana, gdzie widzi rezygnujących przed sobą ludzi, czasami mężczyzn, co nie jest bez znaczenia, a mimo to nadal sam idzie, to jest coś, co mnie uczy wiele. Kiedy po 16 godzinach staję na mecie, wiem o sobie więcej niż przed startem, wiem, że jestem silniejsza. Potem nie ma takiej siły, która by mnie gdzieś zatrzymała i powiedziała, że nie dam rady. Potem gdy idę na jakąkolwiek inną górę i pada przez cztery godziny, to mówię sobie "Jezu, taki kapuśniaczek, przecież to jest nic, bo wcześniej padało mi całą noc na głowę, było zimno, ale dałam radę".
- Czy to jest to z tych najważniejszych rzeczy, jakie dowiedziałaś się o sobie w górach?
- Że jestem konsekwentna i wytrzymała. Tak. Być konsekwentnym w pracy czy w życiu osobistym to jest jakby oczywista rzecz, natomiast w górach jest to trudniejsze. Ja w górach się dowiedziałam, że mnie trudne sytuacje budują. Gdybym miała do wyboru łatwy szczyt i bezpieczne, łatwe wejście, albo zmierzenie się z trudnym wyzwaniem, gdzie droga będzie bardzo trudna i może się skończyć spektakularną porażką, to ja wybiorę właśnie tę drogę. Wolą iść tam, gdzie jest trudniej i ciężej. Tego mnie nauczyły góry. Dały mi możliwość poniesienia porażki, która jest dla mnie najcenniejszą, najważniejszą lekcją.

W drodze na Kazbek
Nie wiem, czy ja to potrafię dobrze wytłumaczyć, ale tak to jest. Gdy w górach odniosę porażkę, bo nie dojdę do jakiegoś szczytu lub nie osiągnę tego, co zaplanowałam, to przy kolejnej wyprawie będę już wiedziała, jakie popełniłam błędy. Mierzyć się z rzeczami, które są trudne i wymagające - takie możliwości dają mi góry i ja je wybieram.
- Z czym się będziesz mierzyła w 2026 roku? To będzie ciąg dalszy Korony Ziemi?
- Tak, ale nie powiem, jaki to będzie szczyt. Taką mam zasadę, że nigdy nie mówię przed wyjazdem, gdzie akurat się wybieram.
- Mąż dowiaduje się ostatni?
- Mąż zawsze wie pierwszy, uczestniczy w moich przygotowaniach. W tym roku nawet moi rodzice nie wiedzieli, bo gdyby wiedzieli, że jadę do Rosji, to... Oni są już w zacnym wieku, więc baliby się, to zrozumiałe. Ale ja też nie mówię innym, żeby nie zapeszać.
- I teraz też nic nie zdradzisz?
- Powiem tylko, że to będzie dla mnie duże wyzwanie. Od stycznia zaczynam treningi, od lutego będę pod opieką trenera wysokogórskiego...
- A potem spojrzysz na nas z góry? - Tak. Jeśli mi się uda. I pomacham ręką trzymając flagę Dolnego Śląska.
- Z siedmiotysięcznika?
- Nic nie powiem.
- Ośmiotysięcznika?
- Nie, ośmiotysięcznik nie, bo ja idę krok po kroku... Nie powiem więcej. Mam plan. Trochę mnie przeraża, bo wiem, że będą robiła wszystko kondycyjnie, dietetycznie, będę pod opieką fachowców, którzy szykowali chłopaków na polską wyprawą na K2, i już mnie to stresuje...
- Że zmierzysz się z legendą?
- Nie. Że to jest taki duży nakład czasu, wysiłku, a może mi się nie udać ze względu na pogodę, która tam jest bardzo ciężka. Wysokość i pogoda to są te dwa czynniki, które eliminują z osiągnięcia tego szczytu.
- Gdybyśmy rozmawiali w sylwestra, to czego miałbym ci życzyć na 2026 rok?
- Abym bezpiecznie weszła i zeszła z tego szczytu.
- I tego ci życzę.
- Dziękuję bardzo za rozmowę i życzenia. A ja Tobie oraz wszystkim Czytelnikom życzę w nowym roku wielu kilometrów szczęścia, zdrowia, uśmiechu, wszelkiej pomyślności, zdobywania własnych szczytów - jakie by one nie były - oraz odwagi w spełnianiu marzeń.

W drodze na Kilimandżaro







Napisz komentarz
Komentarze