Ten list przysłała do redakcji przy okazji obchodów 35-lecia miasta Jelcz-Laskowice:
"Gazetę Powiatową" czytam od pierwszego numeru do dnia dzisiejszego. Bardzo Wam ufam i Was szanuję. Pewnego dnia przyszedł do mojej klasy pan Bukowski prosząc, abym przygotowała występ uczniów na wyjątkową uroczystość. Natychmiast się zgodziłam - chodziło o nadanie praw miejskich Laskowicom i Jelczowi. Była odpowiednia historia, były piosenki, przyszłam z gromadką dzieci. Pełna sala radnych i zaproszonych gości. Uczniowie pięknie się zaprezentowali, otrzymali brawa. Chwilę zatrzymałam się, aby posłuchać wystąpienia dyrektora JZS. To, co usłyszałam, nie pozwoliło mi nie zabrać głosu, więc poprosiłam, aby bronić słowa "Laskowice" - bo znam historię słowiańską. Oczywiście goście bili brawa, ale pan dyrektor skrytykował. Mówił, że nie ma przyjemności rozmawiać z wiejską nauczycielką. Jego zdaniem konieczne było, aby miasto miało tylko nazwę Jelcz - niemiecką. Zapytałam, czy Niemcy w podobnej sytuacji daliby niemieckiemu miastu polską nazwę? I wyszłam.
Kiedyś podeszła do mnie moja dyrektor i mówi: - Nasz inspektor powiedział, aby pani nie wpuścić do szkoły, bo uczniowie śpiewali zakazaną pieśń - Rotę, a on siedział koło przedstawicieli kuratorium i nie wiedział, czy ma pluć czy tupać.
To długa historia. Walka ze mną była straszna. Nie dawali mi drogi przejść, abym wycofała swoje wystąpienie, ale nie ustąpiłam, bo zaczęli mnie bronić pracownicy naukowi, np. pani H. Pantera, państwo Hryńczukowie - nawet w gazecie ":Słowo Polskie". A dyrektor JZS: - "Jelcz jest znany, a Laskowice nie". Odpowiedziałam, że dyrektor będzie wysyłał swoje samochody i rozsławiał nazwę piękną, polską, słowiańską, czyli Laskowice.
Walka trwała Zgodził się, ale jaka ma być drugi człon nazwy?
Byłam zapraszana na liczne uroczystości, dopóki nie została przewodniczącą Rady pewna osoba z osiedla. Straszne wyrządzała mi krzywdy, np. wyłączała mikrofon, kiedy chciałam zabrać głos. Jeśli są wybory, dzwonią do mnie ludzie i pytają, na kogo mają głosować. Tak wielkie zaufanie zyskałam u ludzi do dzisiaj.
Kiedy wyrzucano mnie po 30 latach pracy w jednej szkole, zawiadomił mnie syn milicjanta, że jest miejsce w Czernicy. Telefony się rozdzwoniły, aby mnie nie przyjmować. Przyjęła mnie "na swoje barki" pani inspektor Kuryło. Nie zawiodłam ani wspaniałej dyrektor Chablo, ani wyjątkowego dyrektora ZSE pana Strzałka. Podziękowali mi Krzyżem Kawalerskim.
Moi uczniowie wiedzieli, bo im mówiłam: - Jeżeli znajdziecie się za granicą, nie wstydźcie się tego, że jesteście Polakami.
Z klasy licealnej po stanie wojennym kiedyś przyszli, abym jechała z nimi do Włoch. Odpowiedziałam treścią z wiersza: - Jedźcie, młodzi przyjaciele, żurawie leciały do ciepłych krajów, zbliżała się zima, zobaczyły na gałązce małego, zmokniętego wróbelka i powiedziały: "Leć, przyjacielu, z nami, a tam się ogrzejesz". Wróbelek otrząsnął się, podniósł główkę do góry i powiedział: "Lećcie, przyjaciele, a ja choć mały, tutaj zostanę. Droga jest mi ziemia rodzinna, polska. Kocham moją Polskę, polski Naród i tu zostanę.
O nic nie proszę, bo zbliżam się ku końcowi, tylko jeśli ktoś z państwa przypadkiem zobaczy na chwałowickim cmentarzu napis: "Tu spoczywa Maria Siębor - wiejska nauczycielka - niech położy bukiet polnych kwiatów. To zwycięstwo.
Państwu - Redakcji
"Pięknej, niegasnącej nadziei"
Maria Siębor








Napisz komentarz
Komentarze