Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
niedziela, 7 czerwca 2026 16:11
ZOBACZ:
Reklama
Reklama
Reklama Tauron
Reklama Jaśnikowski
Reklama BMM

Steindorf, Kamienie, Wójcice

Z początkiem 1945 roku Polacy mieszkający w Podbużu pow. Drohobycz, woj. lwowskie, wiedzieli, że trzeba opuścić rodzinne strony, bo już nie będzie tu Polski. Dla nich Podbuż stanie się "zagranicą". Musieli zarejestrować się na wyjazd na tzw. Ziemie Odzyskane. Jak się za parę miesięcy okazało, celem podróży większości Podbużan miał być Dolny Śląsk.
Steindorf, Kamienie, Wójcice
Anna Notz z d.Lechka – 1943 r., Drohobycz - jej list napisany 19 września 1945 roku we wsi Kamienie (dziś Wójcice) to kapsuła czasu, pozwalająca dziś zajrzeć w przeszłość sprzed ponad 80 lat
Podziel się
Oceń

Dwie kartki papieru listowego, gęsto zapisane po obu stronach, łącznie z dopiskami wzdłuż stron na marginesach. Pierwsza kartka jest przedarta, być może list miał wylądować w śmieciach. Został jednak z jakiegoś powodu zachowany bezpiecznie wśród dokumentów autorki - Anny Notz (z domu Lechkiej). List napisany 19 września 1945 roku we wsi Kamienie (dziś Wójcice) to kapsuła czasu, pozwalająca dziś zajrzeć w przeszłość sprzed ponad 80 lat. Jest dokumentem opisującym w czasie rzeczywistym pierwsze dni, tygodnie, miesiące przesiedleńców z Kresów Wschodnich na Dolny Śląsk.

Adresatką jest spoczywająca od 1953 r. na oławskim cmentarzu Joanna Dudówna, zwana przez bliskich Nusią - ciotka męża Anny, Tadeusza Notza, a jednocześnie siostra zmarłej jeszcze w Podbużu  jego matki Filomeny z Dudów Notzowej.

                                                                      Tadeusz Notz – 1943 r., Csongrad, Węgry

*

Kamienie, 19.09.1945

Kochana Ciociu!

Niezmiernie ucieszyła mię wiadomość, że Ciocia jest już w Sanoku, a jeszcze bardziej ucieszyła mię wiadomość, że Tadzik był w Sanoku i to, że mój Tato i Józek żyją. Mama aż płakała z radości, jak też i my wszyscy doznaliśmy niezmiernej ulgi. Och Boże! Żeby tylko tak było - bo naprawdę, po tylu doznanych nieszczęściach trudno uwierzyć, że oczekuje nas taka radość i szczęście największe, jakie tylko na tej ziemi spotkać nas może. Bo cóż nas marnych ludzi cieszy najwięcej, jeżeli nie zdrowie i bliskość drogich nam osób.

Wzdłuż marginesu widnieje jeszcze dopisane pytanie:

Jestem bardzo ciekawa, skąd Ciocia wie, że Tato i Józio są w Hamburgu. Tata, Józka i Tadzika ogłosiliśmy w P.C.K. już 4 tygodnie temu .

*

Tadeusz Notz, jako rezerwista 6 Pułku Strzelców Podhalańskich  z Sambora, 23 sierpnia 1939 został wezwany na dwa tygodnie na ćwiczenia. Po tygodniu wybuchła wojna z Niemcami, a 17 września  wkroczyli Sowieci. Od 18 września 1939 polskie oddziały, w tym 6 Pułk Strzelców Podhalańskich, zostały internowane na Węgrzech, a pod koniec wojny od 1grudnia 1944 do 8 czerwca 1945 Tadeusz przebywał w Suboticy na terenie ówczesnej Jugosławii. Jeszcze w czerwcu 1945 wrócił do kraju - odnalazł ciotkę Nusię w Sanoku, a od pierwszego lipca osiedlił się w Mszanie Dolnej i podjął pracę w przedsiębiorstwie drzewnym. Jak wspominał - chciał zamieszkać "byle gdzie, byle w górach", które przypominałyby mu utracone podbuskie krajobrazy.

Z kolei ojciec Anny - Franciszek Lechki, gajowy z podbuskiego nadleśnictwa, wraz z synem Józefem w sierpniu 1944 zostali wywiezieni do Niemiec do Hamburga, gdzie pracowali w odlewni ołowiu aż do wyzwolenia przez wojska angielskie. Po zakończeniu wojny do swoich dotarli dopiero w listopadzie 1945.

Wszyscy trzej wrócili do Polski, choć już nie w rodzinne, podbuskie okolice.

*

(...)

Kochana Ciociu – otóż podróż nasza była dość możliwą. Z Drohobycza wyruszyliśmy 15 czerwca, a 18 czerwca byliśmy już na miejscu. Jechało nam się bardzo wesoło, śpiewaliśmy całą drogę jak też opaliliśmy się niemożliwie. Jeden tylko niecały dzień padał deszcz i było pochmurno, co przyszło nam z ulgą, bo nie było już prawa pokazać twarzy na słońce. Toteż gdy przyjechaliśmy na miejsce, cały tydzień mieszkając na stacji w budkach, któreśmy na prędce zbudowali, łuszczyliśmy się na twarzy jak gady w maju. Niemało też śmiechu z tego było, bo każdy chodził krasy jak pantarka. Najwięcej dokuczał nam Zygmunt Chytry i Michał Procyk. Oni to już wariowali, co się dało.

*

Zaskakuje mnie ton tej opowieści - każdy z uczestników tej podróży naznaczony był wojenną traumą (m. in. autorka listu w styczniu 1945 roku w tragicznych okolicznościach straciła starszego brata zamordowanego w bestialski sposób wraz ze świeżo poślubioną żoną), a mimo to "jechało im się bardzo wesoło". Poza tym podróż trwała zadziwiająco krótko, tylko trzy dni - podczas, gdy w wielu relacjach przesiedleńców jest mowa o koszmarnych parutygoniowych tułaczkach - ze względów oczywistych w towarowych wagonach, bo przecież trzeba było wieźć dobytek wraz z żywym inwentarzem.

Wysiedli na stacji Bischwitz, czyli Biskupice.

*

(...)

W pierwszy dzień, jakeśmy tylko przyjechali, zrobiliśmy napad na kopiec z kartoflami. Każdy chodził z workiem i taskał, co miał siły. Dla krów też były i buraki i paszy moc. Jednym słowem źle nie trafiliśmy. Później powoli każdy stawiał sobie kuchenkę polową naprzeciw swojej budy i prowadziliśmy życie czysto cygańskie. Jedni zostawali gotować, a reszta chodziła szperać po opuszczonych budynkach przez Niemców. W każdym budynku było pełno piór powypuszczanych z pierzyn, wszystkie lustra pobite, naczynia potłuczone oraz smród niemożliwy z powodu rozmaitych padlin, jak cielęta, świnie, owce, kozy, psy itp. Lecz mimo wszystko, kto się nie brzydził tego i nie bał się wchodzić do tych mieszkań, niejedną porządną rzecz znalazł. Naturalnie że wszystko, co lepsze, to pozabierały wojska sowieckie. Z tego wszystkiego stwierdzić można, że Niemcy w panicznym strachu uciekali.

Wieczorami rozkładaliśmy ogromne ognisko, bo drzewa jest tu też dużo, tak że można sobie było pozwolić i śpiewaliśmy do późnej godziny w nocy.

*

Czytając ten list zastanawiam się, na ile młody wiek autorki (23 lata) miał wpływ na tak rzeczowy, wręcz pogodny opis dość szokujących okoliczności, w jakich przesiedleńcy się znaleźli. A może po wojennych koszmarach instynkt przetrwania pozwolił im zamknąć na ten czas drzwi za przeszłością i mimo wszystko rozpocząć życie od nowa?

            Siostry Dudówny, od lewej: Julia Najbarowa, Joanna Duda i Filomena Notzowa, Podbuż, lata dwudzieste XX w. (?)

*

(...) Dopiero po tygodniu dostaliśmy ze starostwa pozwolenie zajmować puste budynki niemieckie. I tak cały prawie Podbuż z wyjątkiem Pietrusa, Ochrymowiczów, Motolowej (?), Golisza, Kickis (?), Kondelowa i Kogutównej zamieszkał w wiosce "Wilhelminenort" (po polsku Brzoskowice). Lecz nam tam się jakoś nie podobało, więc przeprowadziliśmy się do wsi "Kamienie" (po niemiecku Steindorf). Tu mieszka stryjko Ignac, Antek i my. Tu jest też dużo zagospodarowanych Polaków od Częstochowy, których Niemcy przesiedlili tu na roboty. Sprawialiśmy tu żniwa i obecnie kopiemy kartofle, których tu jest niewiele, bo tylko tyle, co zasadzili ci Polacy oraz kilka rodzin niemieckich.

*

Wspomniani "stryjko Ignac i Antek" to bracia ojca Anny. Kolejny z braci Lechkich, wymieniony jeszcze pod koniec listu Szczepan zamieszkał w Biskupicach. Wioska nazwana przez Annę "Brzoskowice" to dziś Brzozowiec. Tam pierwotnie próbowała się osiedlić, chociaż wolne, opuszczone przez Niemców mieszkania były w okropnym stanie. W jednym z budynków na parterze mieszkała Niemka z rodziną. Anna, znając z dzieciństwa język niemiecki, porozumiała się z nią i Niemka pozwoliła jej zająć mieszkanie na piętrze. Jednak nie było to dobre miejsce, nie dość, że budynek stał przy szosie, to jeszcze na dole była kuźnia, do której co i raz zajeżdżały wojska, by coś naprawić. Anna z matką i rodzeństwem przeniosła się więc do wsi Kamienie (dziś Wójcice), w której mieszkali jej dwaj stryjowie.

*

W naszej wiosce jest około 530 Polaków i 220 Niemców. Mamy dom z porządnym zabudowaniem gospodarskim wraz z 37-ma morgami pola. Morgi naturalnie niemieckie, czyli naszych morgów będzie około 19. Mebli też trochę mamy.

Teraz znowu ma przyjść około 800 sztuk bydła do naszej gminy zbiorowej, która mieści się we wsi Bystrowice, to zn. dla ludzi, którzy nie mają bydła. Być może, że i ja jakąś krowinę dostanę, tem bardziej, że pracuję obecnie jako sekretarka w naszej gromadzie.

Poza tem wioska nasza jest dość przytulna, a co najważniejsze, błota nigdy nie ma, bo ulice są brukowane. Jest tu też leśnictwo i stryjko Ignac nadal pełni służbę gajowego.

Prosimy Boga, ażeby nasi powrócili, a na pewno i dla nich miejsce by się znalazło, ponieważ brak jest fachowców. Szkoła u nas w tych dniach też już będzie czynna, Na razie odbywają się wpisy.

*

Dzięki pomocy wójta Józefa Cielasińskiego Anna wraz z matką i trójką młodszego rodzeństwa dostała mieszkanie. W sąsiednim budynku była spora sala widowiskowa ze sceną.

Tu uwaga niejako na marginesie przytaczanego listu - w opracowanych w 1968 roku wspomnieniach Anna Notz zapisała, że jesienią, już po żniwach, w tej sali przy pomocy mieszkańców wioski udało się jej zorganizować "coś dla ducha" - najpierw kilka zabaw z orkiestrą "we własnym zakresie". Kolejnym krokiem było przygotowanie przedstawienia dwuaktówki Józefa Korzeniowskiego "Majster i czeladnik", jednej ze zbiorku sztuk teatralnych Tadeusza, przywiezionych ze Wschodu. Do udziału w przedstawieniu Anna zachęciła kilkoro młodych mieszkańców wioski - panienkę Stasię Woźną (która prowadziła w tym czasie agencję pocztową), Janka Głąba i Franciszka Kamińskiego. Jednej z ról podjęła się autorka wspomnień, a także jej brat Wacław Lechki.

                                                      Wacław Lechki – 1951, absolwent Technikum Leśnego w Żywcu

 

Wracając do listu - autorka relacjonuje też, jak to nauczyła się jeździć na damskim rowerze, złożonym przez brata Wacława, po czym zdarzył się wypadek - upadła i wybiła rękę w łokciu. Nie było pewności, czy nie ma złamania, dwaj lekarze zalecili wykonanie prześwietlenia, ale nie było jak dostać się do Wrocławia. Z czasem łokieć jakoś się zagoił, chociaż z pewnym trwałym ograniczeniem ruchomości w stawie. A "ofiara" upadku nigdy już na rower nie wsiadła.

W dalszej części listu Anna dopytuje o męża Tadeusza, z treści można wysnuć, że były problemy z przekazywaniem informacji, pierwsza korespondencja z Sanoka nie dotarła do Kamieni, dlatego w liście Anna prosi adresatkę o dokładniejsze informacje o swoim mężu.

*

(...)

Tadzio, jeżeli tam jest, to niech przyjeżdża - oczekujemy Go z niecierpliwością, tylko niech dokładnie zastosuje się do tego, co teraz opiszę. Otóż niech jedzie na Katowice, stamtąd przez Chorzów na Dolny Śląsk, i niech tak jedzie, a dla orientacji podaję kilka przystanków, które zapamiętałam, a mianowicie: Pyskowice, Bytom, Opole, Strzelec, w każdym razie ostatnia stacja, na której ma wysiadać, będzie się nazywała "Bischwitz" czyli Biskupice, niech dobrze zapamięta, a w tej wiosce niedaleko od stacji mieszka stryjko Szczepan, też jest gajowym. On Go zaprowadzi do nas.

Dopisek na marginesie:

Gdybyśmy wiedzieli, kiedy Tadzio przyjedzie, wyszlibyśmy naprzeciwko.

Kończąc serdecznie wszystkich pozdrawiam i mocno od wszystkich całuję - Andzia

*

Tadeusz przyjechał do Kamieni 24 września 1945, zastając żonę na próbie amatorskiego zespołu teatralnego - włączył się do jego prac jako reżyser, a także przyjął jedną z ról. Jak skrupulatnie obliczył - powrócił po 2224 dniach rozłąki. Pojechał jeszcze na parę dni do Mszany, by tam rozwiązać umowę o pracę, po czym zatrudnił się w bystrzyckim tartaku jako księgowy.

Przygotowania do premiery przedstawienia szły pełną parą, mimo braku odpowiednich do epoki kostiumów, przyborów do charakteryzacji, trudności z przygotowaniem dekoracji no i brakiem oświetlenia - istniejąca, jeszcze przedwojenna sieć elektryczna została uszkodzona w czasie działań wojennych. Dzięki pomocy mieszkańców wioski salę i scenę oświetlono lampami karbidowymi. Na przedstawienie przyszła niemal cała wieś, sukces był pełny. Dochód z pierwszego przedstawienia w kwocie 900 złotych Tadeusz Notz wręczył wójtowi gminy Ludwikowi Smykalowi z przeznaczeniem na fundusz pomocy dla sierot po minionej wojnie. A zespół teatralny ze wsi Kamienie dał gościnny spektakl w sąsiednich Bystrowicach.

Anna i Tadeusz Notzowie jeszcze chwilę mieszkali w Kamieniach (Wójcicach), po czym w grudniu 1945 przeprowadzili się do Bystrowic (niegdyś Peisterwitz, dziś Bystrzyca). Tam też - podobnie jak w Kamieniach - założyli amatorski zespół teatralny.

Po czterech latach na niespełna rok przenieśli się do Sobótki, a od września 1951 roku mieszkali już w Oławie - do końca swoich dni. Tadeusz zmarł w 1983 roku, Anna w 2007 roku, spoczywają na cmentarzu przy ul. Zwierzynieckiej w Oławie.

Tak toczyło się życie, którego powojenny początek w 1945 roku miał dla nich miejsce najpierw w Bischwitz - Biskupicach, a potem w Steindorf - Kamieniach - Wójcicach.

*

Epilog I

 

W latach siedemdziesiątych Tadeusz Notz spisał wspomnienia, przygotowane na konkurs "Moje pierwsze dni na Ziemi Oławskiej". Opisując realizację przedstawienia "Majster i czeladnik" z udziałem aktorów-amatorów rekrutujących się spośród mieszkańców wioski, zawarł m. in. taką refleksję:

"(...) Nie wspomniałem o tem, że wieś Kamienie zamieszkana była przez Polaków z dawnych ziem wschodnich oraz przez Polaków przybyłych tu z centralnych ziem Polski. Byli też i Niemcy, dawni mieszkańcy tej wsi. Wydawało by się, że po tylu latach niewoli i poniżania naszej godności narodowej, Naród nasz przystąpi do odbudowy Ojczyzny zjednoczony i zwarty. Lecz niestety. Już tu, w tej małej wsi dokonał się podział na "tych zza Buga" i na "tych z Centrali". Podział ten było widać na każdym kroku w życiu codziennym. Nawet w mowie były różnice. Każda z grup miała swój odrębny akcent i innego rodzaju naleciałości, ale na przedstawieniu byli jedni i drudzy. W zespole brali udział członkowie obu grup. Reakcja po przedstawieniu była jednakowa. I to właśnie utwierdziło nas w przekonaniu – mnie i żonę – że właśnie poprzez tę formę pracy, przez teatr amatorski dołożymy swoją cegiełkę w konsolidacji społeczeństwa, w budowie jedności narodowej oraz podwalin nowej i wolnej Ojczyzny"

 
Epilog II

 

Adresatka listu Joanna Dudówna - Nusia, siostra Wacława, Julii i Filomeny, urodzona w 1887 roku (prawdopodobnie w Podbużu) nie wyszła za mąż. Według przekazów rodzinnych nie założyła rodziny z powodu ułomności - utykała na jedną nogę po wypadku we wczesnym dzieciństwie, kiedy to jej ojciec bawiąc się z córeczką podrzucał ją do góry i na nieszczęście upuścił dziecko, czego skutkiem było zwichnięcie stawu biodrowego.

Była osobą samotną, ale samodzielną. Miała talent kulinarny, świetnie gotowała, wypiekała znakomite ciasta i torty. W latach przedwojennych utrzymywała się z wydawania tzw. obiadów domowych, miała stałych stołowników - wśród nich byli pracownicy podbuskiego sądu i lokalni adwokaci.

Po wojnie zamieszkała z rodziną swojego siostrzeńca Tadeusza Notza, najpierw w Bystrowicach, potem w Sobótce, a od jesieni 1951w Oławie. Tu zatrudniła się w Spółdzielni Inwalidów, pracowała jako krawcowa. Zmarła tuż przed Wigilią 1953 roku, pochowana jest na oławskim cmentarzu przy ul. Zwierzynieckiej.

Jeden z wymienionych aktorów-amatorów, osiemnastoletni wówczas Wacław Lechki wyjechał później do Technikum Leśnego w Żywcu. Po maturze  rozpoczął pracę - zgodnie z tradycją rodzinną - w branży drzewiarskiej,  jako kierownik działu w tartaku w Wołowie. Po paru latach wraz z bratem Józefem, również absolwentem żywieckiego technikum, podjął i ukończył zaoczne studia w Wyższej Szkole Rolniczej w Poznaniu, na Wydziale Leśnym.

Po studiach awansował na  stanowisko dyrektora tartaku w Wołowie i pełnił tę funkcję do emerytury. Z tym okresem jego pracy wiąże się pewna anegdota - w wołowskim tartaku wybuchł pożar i strawił drewniany budynek biurowy. Dochodzenie nie wykazało winy personelu tartaku, po pożarze postawiono nowy budynek - murowany. W Wołowie ludzie mówili, że dyrektor Lechki jest jak Kazimierz Wielki - zastał tartak drewniany, zostawił murowany. Wacław zmarł w roku 2015, pochowany jest na cmentarzu w Wołowie.

Niestety nie udało się odnaleźć wiarygodnych informacji o dalszych losach trójki mieszkańców Kamieni (Wójcic) - Stasi Woźnej, Janka Głąba i Franciszka Kamińskiego - również członków amatorskiego zespołu teatralnego, uczestniczących w premierowym spektaklu dwuaktówki Korzeniowskiego pt. "Majster i czeladnik".

Prawdopodobnie - według dzisiejszych mieszkańców Wójcic - wspomniany w liście Jan Głąb był we Wrocławiu taksówkarzem, zginął w tragicznych okolicznościach w 1956 roku w wieku 30 lat, pochowany jest na wójcickim cmentarzu.

A Stasia i Franciszek? Może powyższa opowieść pomoże w odnalezieniu jakichś śladów ich istnienia? Zawsze trzeba mieć nadzieję, przecież po każdym ludzkim życiu coś pozostaje, choćby w pamięci żywych, choćby na cmentarnym nagrobku.

 

Grażyna Notz


Napisz komentarz

Komentarze

ZASTRZEŻENIE PODMIOTU UPRAWNIONEGO DOTYCZĄCE EKSPLORACJI TEKSTU I DANYCH

Dokonywanie zwielokrotnień w celu eksploracji tekstu i danych, w tym systematyczne pobieranie treści, danych lub informacji ze strony internetowej tuolawa.pl i publikacji przy użyciu oprogramowania lub innego zautomatyzowanego systemu („screen scraping”/„web scraping”) lub w inny sposób, w szczególności do szkolenia systemów uczenia maszynowego lub sztucznej inteligencji (AI), bez wyraźnej zgody wydawcy - RYZA Sp. z o.o. jest niedozwolone. 

Zastrzeżenie to nie ma zastosowania do sytuacji, w których treści, dane lub informacje są wykorzystywane w celu ułatwienia ich wyszukiwania przez wyszukiwarki internetowe. Szczegółowe informacje na temat zastrzeżenia dostępne są TUTAJ

KOMENTARZE
Autor komentarza: Ee Treść komentarza: A toalet wciąż brak Data dodania komentarza: 7.06.2026, 11:39 Źródło komentarza: Nocą na Skwerze Praw Kobiet takie coś Autor komentarza: Gosia Treść komentarza: Jeśli chodzi o festiwal twojej głupoty, to tym wpisem osiągnęłaś szczyt. Data dodania komentarza: 7.06.2026, 11:20 Źródło komentarza: Urbańczyk obraża - Urbańczyk przeprasza Autor komentarza: Www Treść komentarza: Wrocław ma kompinatira Sutryka a my mamy Szponara Data dodania komentarza: 7.06.2026, 11:04 Źródło komentarza: Radny pytał o studia MBA starosty Szponara Autor komentarza: * Treść komentarza: "Nawiedzona" - w języku potocznym to osoba, która jest fanatycznie oddana jakiejś idei. Czy to "społecznego działacza" obraża? Data dodania komentarza: 7.06.2026, 09:43 Źródło komentarza: Urbańczyk obraża - Urbańczyk przeprasza Autor komentarza: Czytelnik Treść komentarza: Piękny ciekawy artykuł , warty czytania . Data dodania komentarza: 6.06.2026, 22:22 Źródło komentarza: Udane rocznicowe spotkanie pod Grotą Ministrancką Autor komentarza: Leszek Górecki Treść komentarza: Pełna zgoda co do teorii – argumentacja dotycząca roli estetyki, budowania lokalnej tożsamości i potrzeby tworzenia przyjaznych przestrzeni publicznych jest ze wszech miar słuszna. Rzymskie fontanny i paryskie bulwary zachwycają nas od pokoleń właśnie dlatego, że łączą użyteczność z pięknem. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, a dokładniej – w lokalizacji. Wszystko na tak, ale nie przy ruchliwej drodze. Oto dlaczego ta konkretna lokalizacja budzi wątpliwości. Zamiast mikroklimatu – aerozol ze spalin: Kurtyna wodna rozbija wodę na drobną mgiełkę. Gdy stoi tuż przy ulicy, pęd powietrza z przejeżdżających aut miesza tę mgiełkę ze spalinami, pyłem z klocków hamulcowych i kurzem. Mieszkańcy zamiast rześkiego powietrza wdychają wilgotny smog. Trudno mówić o „miejscu spotkań”, „integracji” czy „odpoczynku” w huku silników i szumie opon. Aby instalacja spełniała swoją funkcję społeczną, musi dawać choćby minimalne poczucie azylu, a nie stać na linii frontu miejskiego ruchu. Wydawanie publicznych pieniędzy na obiekt estetyczny w miejscu, z którego pieszy chce jak najszybciej uciec z powodu smrodu i hałasu, mija się z celem. Kurtyna powinna stać na deptaku, w parku lub na zrewitalizowanym rynku – tam, gdzie ludzie faktycznie spacerują i chcą spędzać czas. Data dodania komentarza: 6.06.2026, 21:39 Źródło komentarza: Nocą na Skwerze Praw Kobiet takie coś
Reklama
NAPISZ DO NAS!

Jeśli masz interesujący temat, który możemy poruszyć lub byłeś(aś) świadkiem ważnego zdarzenia - napisz do nas. Podaj w treści swój adres e-mail lub numer telefonu. Jeżeli formularz Ci nie wystarcza - skontaktuj się z nami.

Reklama
Reklama