Zaczęło się sielankowo i dawno temu. Pani Teresa - starsza kobieta - była tuż po operacji, słabo chodziła, więc potrzebowała pomocy. Do najbliższego sklepu jednak samodzielnie mogła dotrzeć na zakupy. Wtedy w jej życiu pojawiła się A. - młoda pracownica tego sklepu, która zaofiarowała się, że pomoże w zakupach, a nawet zaniesie je do mieszkania.
- Bardzo mnie urzekła swoją grzecznością i pomocą, za co byłam jej bardzo wdzięczna - wspomina pani Teresa. - Interesowała się mną, nawet przynosiła mi zakupy do domu, a ja jej czasem kupiłam czekoladę czy bombonierkę. Bywało, że wypiła ze mną kawę.
Pani Teresa, zauroczona młodą dziewczyną chętną do pomocy, po jakimś czasie zaproponowała jej, że przepisze na nią mieszkanie za dożywotnią opiekę. Dziewczyna załatwiła notariusza i mniej więcej rok temu zawarły umowę.
- Od tego momentu zaczęła przychodzić coraz rzadziej, nawet tylko raz czy dwa razy w miesiącu - mówi pani Teresa. - Zaczęła też kłamać, bo gdy prosiłam ją o coś, obiecywała, że kupi czy załatwi, ale potem nic z tego nie wychodziło. Mówiła, że zapomniała, że czuła się źle, że miała dużo pracy itp. Prosiłam ją o dowiezienie mnie do szpitala na badanie, ale bez odpowiedzi, więc kilka razy brałam taryfę. Wreszcie przestała ode mnie odbierać telefony, nie odpisywała na esemesy. Gdy ją spotykałam, mówiła, że nie ma dla mnie czasu, a od znajomych słyszałam, że przecież powinna się ze mną obchodzić jak z jajkiem, bo dostała ode mnie mieszkanie za kilkaset tysięcy złotych.
Gdy kolejny raz, mimo wcześniejszego umówienia się, pani A. nie spełniła prośby pani Teresy, ta kazała jej oddać klucze.
- Rzuciła mi je na stół, dobrze że nie uderzyła - wspomina pani Teresa. - Krzyczała, że tego mojego mieszkania nie chce. To jej mówię, żeby się zrzekła, ale odwróciła się na pięcie, trzasnęła drzwiami i poszła sobie. Od tej pory się nie pokazuje. Dodam, że od przepisania mieszkania na nią przez jakiś nadal opłacałam czynsz, a od tej pory pomagają mi koleżanki i sąsiadki, nawet pewien pan z Ukrainy zadeklarował, że kupi, gdy coś będzie mi potrzebne, albo śmieci zabierze na dół. Bardzo żałuję tego, co się stało, bo gdy było dobrze, to rodzina A. zapraszała mnie na śniadanie wielkanocne, żebym nie była sama, czy na kolację. Ja wtedy zanosiłam im wino czy ciasto, a dzieciom dawałam po 50 zł. Wszystko było dobrze do tego momentu, gdy przepisałam mieszkanie. Wtedy wszystko się zmieniło, a kiedyś nawet A. krzyczała do mnie, że... najlepiej, abym umarła, to wtedy zgarnie wszystko. Apeluję do seniorów, by nie robili takiej głupoty, jaką ja zrobiłam, a czego teraz bardzo żałuję.
Jak mi powiedziała seniorka, do dzisiaj pani A. nie skontaktowała z nią ani razu.
Poprzez prawnika pani Teresa parę miesięcy temu wezwała ją do dobrowolnego rozwiązania umowy dotyczącej dożywotnej opieki w zamian za mieszkanie.
- Umowa dożywocia to instytucja, która ma zapewnić osobie starszej i schorowanej - takiej jak pani Teresa, poruszającej się na co dzień o kulach - realne, codzienne wsparcie w zamian za przeniesienie własności nieruchomości - tłumaczy mecenas Jarosław Litwin. - Jeżeli obowiązki nabywcy nie są wykonywane, a osoba pozostaje bez opieki, prawo przewiduje możliwość rozwiązania takiej umowy przez sąd. Orzecznictwo wskazuje, że do ingerencji dochodzi zwłaszcza wtedy, gdy zobowiązany porzuca osobę wymagającą pomocy, ignoruje jej podstawowe potrzeby lub dopuszcza się wobec niej zachowań krzywdzących. W takich sytuacjach rozwiązanie umowy ma charakter ochronny i służy przywróceniu bezpieczeństwa oraz godnych warunków życia osoby zależnej. Sprawy tego rodzaju zawsze dotyczą kwestii fundamentalnych: opieki, odpowiedzialności i poszanowania godności człowieka.
Pani A., także poprzez prawnika, nie zgodziła się na dobrowolne rozwiązanie umowy, bo - jak uznała - zarzuty dotyczące niewywiązywania się przez nią z postanowień są bezpodstawne i nie odzwierciedlają stanu faktycznego.
Próbowałem dowiedzieć się więcej na temat "stanu faktycznego", wybrałem się więc do sklepu, gdzie pracuje A., ale gdy tylko usłyszała, w jakiej sprawie przychodzę, powiedziała, że nie będzie ze mną rozmawiała. Pozostaje więc jedynie wersja opisana przez jej prawnika, z której wynika, że pani A. realizowała zobowiązania wynikające z umowy dożywocia, pokrywała w całości koszty utrzymania lokalu i regularnie opłacała czynsz oraz opłaty eksploatacyjne w spółdzielni mieszkaniowej.
Jak tłumaczy to, że od miesięcy A. nie była w mieszkaniu pani Teresy? Ano tak, że ta przecież sama odebrała pani A. klucze do mieszkania, a skoro tak, to nie może jej teraz winić za nienależyte wykonywanie umowy.
Jak tłumaczy prawnik pani A., rozwiązanie umowy przez sąd może nastąpić wyłącznie w przypadkach wyjątkowych, bo pojedyncze drobne nieporozumienia, chwilowy brak możliwości zapewnienia transportu czy zrobienia zakupów, nie mogą zostać uznane za wystarczający powód do rozwiązania umowy, zwłaszcza patrząc na dotychczasowe relacje obu pań. Tu prawnik przypomina, że rodzina A. wspierała panią Teresę bezinteresownie przez okres "ponad 10 lat", na długo przed formalnym zawarciem umowy dożywocia w formie aktu notarialnego, a relacje pań przez wiele lat były bliskie - na tyle, że wspólnie spędzały święta czy uroczystości rodzinne, co przeczy twierdzeniu, że mamy do czynienia z jakimś trwałym i głębokim konfliktem, który uniemożliwiałby dalsze wykonywanie umowy tzw. dożywocia.
Prawnik zapewnia, że A. pozostaje gotowa do realizacji wszystkich świadczeń wynikających z zawartej umowy, niezależnie od tych, które wciąż realizuje nieprzerwanie - chodzi m.in. o ponoszenie opłat związanych z mieszkaniem. Jednocześnie podkreśla, że prawidłowe wykonywanie obowiązków wynikających z umowy wymaga umożliwienia pani A. faktycznego dostępu do pani Teresy oraz do zajmowanego przez nią lokalu. Nie można bowiem - jak twierdzi prawnik - z jednej strony zarzucać pani A., że ta nie wywiązuje się z umowy, a z drugiej samemu utrudniać bądź wręcz uniemożliwiać realizowanie obowiązków, wynikających z tej umowy.
Pani Teresa odpowiada, że przecież w każdej chwili pani A. może do niej przyjść, bo ona przebywa w mieszkaniu cały czas - a jednak... nie przychodzi. Także nie dzwoni, a przecież ma jej numer. Dlatego pani Teresa nie zamierza odpuścić. Jak twierdzi, ma wielu świadków na to, że przez miesiące pozostawała bez pomocy i opieki. Mocno zdenerwowana dodaje, że żadna rodzina pani A. nie opiekowała się nią od 10 lat, bo... poznała tę rodzinę dopiero wiosną 2023.
Jeśli nie dojdzie do dobrowolnego rozwiązania umowy, a raczej się na to nie zanosi, obie panie spotkają się w sądzie.

Napisz komentarz
Komentarze