Pytany o to, czy przypuszczał, że dożyje tak sędziwego wieku, odpowiada krótko: nie - szczególnie że większość jego licznego rodzeństwa zmarła stosunkowo wcześnie. Tylko dwoje dożyło blisko 80 lat. Co więc jest receptą na długowieczność? Na to pytanie nie zna odpowiedzi, zwłaszcza że - jak mówił nam przed rokiem, gdy odwiedziliśmy go podczas setnych urodzin - nigdy nie musiał szczególnie dbać o zdrowie, bo zawsze mu ono dopisywało, więc nie chodził po lekarzach. Nie przestrzegał też specjalnej diety. Zawsze jadł wszystko. Obecnie ogranicza mięso, a podstawą jego diety jest nabiał. Zawsze lubił - i wciąż lubi - wypić do obiadu pół "damskiego" kieliszka żołądkowej o smaku czarnej wiśni.
Nigdy nie stronił również od pracy. Przeciwnie - samo to, że mógł pracować, sprawiało mu dużą przyjemność i nadawało jego życiu rytm. Ponad 40 lat przepracował w Jelczańskich Zakładach Samochodowych, na różnych stanowiskach administracyjnych, w tym m.in. jako kierownik tapicerni. Spory fragment jego życia dokumentują zgromadzone medale i odznaczenia, wśród nich Order Odrodzenia Polski „Polonia Restituta”. Pytany o nie, kwituje krótko: - Są za silną głowę, gorące serce i czyste ręce. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że starałem się, żeby zawsze tak było.
Zawsze lubił też czytać, głównie gazety, i wciąż to robi. Kiedyś sięgał po różne tytuły, ale od lat niezmiennie czyta naszą gazetę. - Lubię wiedzieć, co dzieje się w mieście - mówi. A że po wypadku sprzed dwóch lat nie wychodzi z domu i porusza się na wózku inwalidzkim, jest to dla niego główne źródło lokalnych informacji.
Pan Adolf ma pięcioro dzieci, ośmioro wnuków, trzynaścioro prawnuków i jednego praprawnuka. Nie wszyscy mogli przyjechać na urodziny, bo rozjechali się po całym świecie, ale przedstawicielki trzech pokoleń dotarły, by uczcić to wyjątkowe rodzinne wydarzenie.
***
Pan Adolf pochodzi z Kresów Wschodnich, a do Oławy przywędrował z Niemiec. Urodził się w okolicach Lwowa, w wielodzietnej rodzinie. Miał jedenaścioro rodzeństwa. W 1942 roku, gdy Niemcy zajęli tereny Kresów, został wywieziony do obozu pracy w Niemczech. Spędził tam trzy lata - do kwietnia 1945 roku, gdy obóz wyzwolili Amerykanie. Tam poznał przyszłą żonę, również kresowiankę. Pracowała w kuchni u miejscowego rolnika i czasem go podkarmiała. Tak się poznali. Pomogła mu też odnaleźć siostrę.
Gdy Amerykanie wyzwolili obóz, mógł iść lub jechać, dokąd chciał. Marzył jednak o spotkaniu z mamą i powrocie do domu. Amerykanie odwieźli go więc do strefy sowieckiej, a Sowieci… kazali iść do domu. Wraz z przyszłą żoną wyruszyli więc pieszo w drogę.
- Po trzech tygodniach dotarliśmy do Oławy - wspomina. - Tu zgłosiłem się do rejestru ludności i chciałem iść dalej, ale ludzie zaczęli mi odradzać: „Chłopie, po co będziesz tam szedł? Tam są Rosjanie, nie ma roboty, głód i chłód. Tu masz gdzie mieszkać. Możesz sobie nawet wybrać, bo Niemcy opuścili domy, które stoją puste”. I tak zostałem oławianinem.


































Napisz komentarz
Komentarze