Antoni Kamiński. Ponieważ nigdy go nie poznałem, aby opowiedzieć tę historię, skorzystam ze wspomnień jego córki Danuty Gawędy, wieloletniej dyrektorki Szkoły Podstawowej nr 4 w Oławie, które przesłała je w 1999 roku do Muzeum Katyńskiego.
Antoni, syn Leonarda i Rozalii (z domu Drzewińskiej), urodził się 11 maja 1899 roku we wsi Kołodziejówka (powiat Skałat, woj. tarnopolskie). Mieszkał w Tarnopolu, gdzie pracował jako starszy przodownik Policji Państwowej. W 1921 roku odbywał służbę wojskową w żandarmerii polowej. Po odbyciu służby wojskowej wrócił w rodzinne strony i w 1925 ożenił się z Marią Gredgierewicz, zamieszkałą w Skalacie. Po dwóch latach małżeństwa urodziła im się córka Danuta (1927), następnie syn Zbigniew (1929) i Adam (1932). Żona nie pracowała, zajmowała się prowadzeniem domu. Zmarła w 1983 roku w Oławie.
- Był wzorowym mężem i ojcem - wspominała Danuta Gawęda. - Troszczył się nie tylko o dom i wykształcenie dzieci, ale chciał również zapewnić im przyszłość. Ze swojej skromnej pensji odkładał oszczędności i rozpoczął budowę domu, ale we wrześniu 1939 - kiedy nawała sowiecka zalała całe Podole - wszystko zostało zniszczone, a dom, w którym mieszkaliśmy - spalony. Był również wzorowym pracownikiem i z tego okresu miał różne odznaczenia. Ponieważ jednak w czasie wojny cała dokumentacja rodzinna zaginęła, nie można dziś podać szczegółów. Ojciec był czynnym członkiem zespołu mandolinistów, który działał przy Policji. I tak toczyło się życie - praca i dom, dom i praca. Po pracy doglądał budowy domu. Wracał wieczorem zmęczony. Ojciec nie dopuszczał do siebie myśli o wojnie, choć ludzie o niej mówili, coś się wyczuwało. Kiedy ówczesny rząd opuszczał Warszawę, pewien znajomy ojca, który przejazdem był w Tarnopolu, wstąpił do biura i powiedział: Antoś, bierz rodzinę i jedź z nami, Sowieci już blisko. Ojciec odpowiedział: Siejesz panikę, to niemożliwe, ja zostaję.
Za kilka dni, 17 września 1939, Sowieci przekroczyli granicę. Wkroczyli do Tarnopola. Antoniego Kamińskiego zastali siedzącego przy biurku. Dopiero, gdy został pojmany, uwierzył w to, co się dzieje. Miał wtedy 40 lat. Przez cały tydzień policjantów z Tarnopola i okolic trzymali na podmokłych łąkach, o chlebie i wodzie. Nie dopuszczali nikogo z rodziny.
- Nie mogliśmy podać ani jedzenia, ani cieplejszych ubrań - wspomina jego córka Danuta. - Kazali im zrzucić czapki, pozrywać orzełki, guziki itp. Po tygodniu, zziębniętych i głodnych ustawili czwórkami i rozpoczął się "pochód śmierci". Opuszczali swoich najbliższych, żegnając wzrokiem swoją ojczystą ziemię. Szli złożyć swe życie na ofiarę, bowiem wiedzieli, co ich czeka. Mijając wioski spotykali ludzi z chlebem, ale żandarmi nikogo nie dopuszczali. Żandarm przy żandarmie, z bagnetami. Prowadzili ich jak złoczyńców. A oni szli ze spuszczonymi głowami, na pewno myśląc o swoich najbliższych. Nasza znajoma służąca opowiadała, że też wyszła z chlebem, by dać go swojemu "panu", ale gdy zbliżała się, została odtrącona i upadła. Ojciec poznał ją i się rozpłakał. Szedł w pierwszej czwórce.
Od granicy policjantów załadowano do wagonów i wywieziono w głąb Rosji. Od tej pory słuch o nich zaginął. Rodzina czekała z utęsknieniem na jakąś wiadomość, aż w 1940 roku dotarł list z Ostaszkowa - pierwszy i ostatni.
I znów wracam do wspomnień córki Antoniego, a mojej ciotki: - Ojciec pisał, że jest zdrowy i czuje się dobrze, ale to nie była prawda. Tak kazali im pisać. List zaginął w czasie naszego transportu na Ziemie Zachodnie. Matka pozostała z trójką małych dzieci, bez dachu nad głową, ponieważ dom w Tarnopolu spalił się w czasie bombardowania. Wobec tego zmuszona była wyjechać wraz z dziećmi do rodziny w Skałacie. Tam mieszkaliśmy w rodzinnym domu dziadków. Kiedy rozpoczęły się transporty na Zachód, musieliśmy również wyjechać i zamieszkaliśmy najpierw w Opolu, a potem w Oławie...
Jerzy Kamiński
(syn Adama, wnuk Antoniego)

Stąd nadszedł ostatni list od Antoniego Kamińskiego - to klasztor w Ostaszkowie, gdzie w latach 1939–1940 NKWD założyło obóz dla polskich jeńców wojennych, następnie decyzją Biura Politycznego KC WKP(b) z 5 marca 1940 roku rozstrzelanych w piwnicach więzienia Obwodowego Zarządu NKWD w Kalininie (obecnie Twer) przy ul. Sowieckiej i pogrzebanych w ośrodku rekreacyjnym NKWD położonym nieopodal miejscowości Miednoje (fot. P. Pawłowicz)

Antoni Kamiński jest upamiętniony na cmentarzu w Miednoje

W tych piwnicach NKWD zabijało Polaków strzałem w tył głowy







Napisz komentarz
Komentarze