- Wejdźmy na prywatne podwórko, więc będzie podobne pytanie, jak to pierwsze. Kim jest - jednym zdaniem - Michał Rado prywatnie?
- Ojcem i mężem - to jest najważniejsze.
- W mediach społecznościowych czasem chwali się pan dziećmi, żoną rzadziej...
- Faktycznie w mediach społecznościowych nie chcę aż tak ujawniać swojego prywatnego życia.
- Co możemy o żonie dowiedzieć się od pana?

Z żoną Magdą
- Ma na imię Magda, jest urzędniczką. Poznaliśmy się w Urzędzie Marszałkowskim...
- To pewnie był konflikt zależnościowy?
- Musiała zmienić wydział, bo gdy zostałem dyrektorem, jej wydział akurat mi podlegał.
- Oboje jesteście po przejściach...
- To żadna tajemnica, mieliśmy poprzednie małżeństwa, ale nie mieliśmy dzieci, więc problemy nie były takie wielkie. Teraz mamy wspólne dzieci, dwie córki - Zosię (8 lat) i Tosię (6 lat).

Z rodziną
- Żonę rzadko widać na większych uroczystościach z udziałem wicemarszałka Rado. To jej decyzja czy pana?
- Czasem bierze udział, czasami ze względu na dzieci ciężko nam jest gdzieś razem być w jednym czasie.
- Jak już powiedzieliśmy, pochodzi pan z Bystrzycy...
- Tak, tu się wychowałem, tu chodziłem do szkoły, tutaj mieszkam.
- Potem było liceum w Oławie?
- Tak, następnie studia we Wrocławiu jedne, drugie, a potem powrót do Bystrzycy.
- Jedne i drugie, czyli?
- Politologia i prawo. To już było później, ale mam też ukończone studia podyplomowe na zarządzaniu projektem i magisterskie na zarządzaniu.
- Czyli aż trzy tytuły magisterskie?
- Tak.
- Czy mieszkanie w Bystrzycy, około 40 km od miejsca codziennej pracy, nie jest zbyt dużym obciążeniem? Nie planujecie wyprowadzki do stolicy województwa?
- Na razie nie mamy tego w planach. Na studiach chwilę mieszkałem we Wrocławiu, lubię to miasto, ale lubię też Bystrzycę i tych ludzi. Do dojazdów się przyzwyczaiłem, ale Wrocław ma wiele do zaoferowania i często też tu jestem prywatnie na przykład w teatrze.
- Pana rodzice?
- Mama mieszka w Bystrzycy, tata zmarł.
- Za co jest pan im wdzięczny?
- Za to, że zawsze we mnie wierzyli. Nawet, gdy się buntowałem, bo nie chciałem studiować, tylko pracować, zawsze mnie wspierali, motywowali. W dzieciństwie niczego nam z siostrą nie brakowało. Nie było nacisków na konkretne studia - to ważne, sami wybraliśmy. No i najważniejsze - zawsze byli, kiedy była taka potrzeba. Mama do dziś pomaga nam przy dzieciach. Jest z nami.
- Rodzice byli w jakikolwiek sposób związani z urzędami?
- Nie. Mama przez wiele lat była główną księgową w Nadleśnictwie Oława, a tata pracował w prywatnych oławskich firmach, najpierw w papierni, a potem w Zakpolu.
- Czy miejsce dzieciństwa, czyli właśnie Bystrzyca, w jakikolwiek sposób pana ograniczało, było obciążeniem, czy jednak bardziej dodawało skrzydeł?
- Wiadomo, że gdzieś zawsze ta pewność siebie na wsi była mniejsza...
- Musiał się pan bardziej rozpychać?
- Też. Jeżeli chodzi o tę większą politykę, to pewna nieśmiałość zawsze mi towarzyszyła. Poczucie, że oni są z wielkiego miasta, a ja ze wsi. Tak było na początku mojej drogi, bo dzisiaj jestem dumny z miejsca pochodzenia, chwalę się nim, a gdzie mogę, to Bystrzycę reklamuję. Ostatnie dożynki wojewódzkie były przecież w Bystrzycy, czy niedawne spotkanie organizowane przez ministerstwo dla seniorów - też było w mojej miejscowości. Nie mam żadnego kompleksu Bystrzycy, wręcz jestem dumny z tego, że tu mieszkam. Wszystkim polecam tę miejscowość. Zresztą wielu znajomych z Wrocławia, którzy ją poznali, teraz szuka tu domów.
- Jak brzmią trzy pierwsze zdania o Bystrzycy, które pan mówi znajomym w takiej sytuacji? Że jest fajna, bo...?
- Bo jest wszystko na miejscu. Mamy szkołę, ośrodek zdrowia, aptekę, sklepy, place zabaw, boisko, rzekę, lasy. Wieś jest blisko Wrocławia, a ludzie są tutaj wyjątkowi.
- Powiedział Pan, że rodzina jest dla pana najważniejsza. A kto jeszcze poza najbliższą rodziną jest dla Pana ważny. Są tacy ludzie?
- Przyjaciele, z którymi staram się spędzać bardzo dużo czasu. Moja żona mówi nawet, że zbyt dużo.
- A wśród tych przyjaciół jest któryś najlepszy?
- Tak, Marcin, nie podaję nazwiska, ale w Bystrzycy i tak wszyscy będą wiedzieli, o kogo chodzi.
- Co jest pana największym atutem jako mąż i ojciec.
- Staram się być odpowiedzialny za rodzinę, żeby im niczego nie brakowało. I staram się spędzać z nimi jak najwięcej czasu, choćby wtedy, gdy przyjeżdżam z pracy tylko na chwilę, aby odebrać dzieci ze szkoły, zjeść z nimi obiad i... z powrotem wracam do pracy. Wiem, że warto i to robię. Staram się poświęcić dziewczynkom jak najwięcej czasu. Moja córka zawsze powtarza, że to tatuś nauczył ją jeździć rowerem i jestem z tego dumny. Wczoraj byliśmy na spacerze nad rzeką, gdzie jako nastolatek się kąpałem. Do dzisiaj huśtawka, zrobiona ze starego strażackiego węża, tam wisi. Moje dziewczynki nie mogły zrozumieć, że to dla nas była huśtawka, bo przecież nie ma krzesełka, więc jak tam się można huśtać. Opowiadam im wtedy o mojej wsi z dzieciństwa. Niedawno udało nam się przejść przez młynówkę - znaleźliśmy odpowiednie do tego miejsce. Dla moich córek atrakcją było, że szliśmy przez wielkie krzaki, była przygoda. A dla mnie atrakcją było to, że po prostu byliśmy razem i widziałem uśmiechy na ich twarzach.

Z córkami

Z córkami w bystrzyckiej świetlicy
- Prywatne życie nie zawsze wyglądało tak sielankowo. Wracam do tragicznego wydarzenia sprzed lat, kiedy na pana oczach zginął kolega, z którym wracaliście z Warszawy. Łoś wybiegł na drogę.
- Gdyby nie to tragiczne zdarzenie, pewnie dzisiaj pytany o najlepszych kolegów wymieniłbym dwa imiona, a nie jedno. To był mój drugi prawdziwy przyjaciel. Wyciągałem go wtedy z rozbitego auta, reanimowałem... To był przełomowy moment dla mnie, bo dał mi nowe życie albo drugie życie, bo niedużo brakowało... Ale też było to jakieś ostrzeżenie, że wystarczy moment... Można kiedyś wyjść z domu i po prostu nie wrócić.
- Może pan już dzisiaj o tym spokojnie rozmawiać?
- Dziś mam to już przepracowane, minęło parę lat, ale niełatwo było otrząsnąć się z tego, że najlepszy przyjaciel umiera na rękach. Trzeba było czasu, aby wrócić do normalności. Przydała się pomoc psychologa i wsparcie najbliższych. Dla mnie wtedy to nie były najłatwiejsze chwile, bo nieco wcześniej zmarł mi tato, więc to się zbiegło w czasie. W każdym razie to był najtrudniejszy moment w moim życiu.
- Zdarza się jeszcze, może w takich chwilach, które właśnie przychodzą, bo za parę dni Wszystkich Świętych, że wraca pan myślami do tamtej tragedii?
- Zdarza się, ale może bardziej w maju, kiedy to się wydarzyło. Zresztą bardzo często tamtędy przejeżdżam, bo to miejsce jest na trasie do Warszawy. Czasami stanę, aby się pomodlić. Zawsze pamiętam.
- Jakie słowo najlepiej określa pana prywatnie?
- Determinacja. Jak postawię sobie jakiś cel do niego dążę.
- A gdy posypią się plany polityczne, jest jakiś plan B?
- Polityka to nie jest koniec świata, mam też pomysły biznesowe na siebie.
- Nie tylko słynna myjnia w Janikowie o oryginalnej nazwie Bober?
- To akurat żony, ja tam tylko sprzątam, ale mamy w tym jakieś zabezpieczenie na przyszłość. Mam też inne pomysły biznesowe. Jestem jednak radnym i mam zobowiązania wobec swoich wyborców. Dlatego na razie skupiam się na tym, co jest tu i teraz, co chcę zrealizować na Dolnym Śląsku, bo na pewno nie powiedziałem ostatniego słowa.

Napisz komentarz
Komentarze