Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
sobota, 6 czerwca 2026 14:21
ZOBACZ:
Reklama Aftermarket Oława
Reklama
Reklama Tauron
Reklama Jaśnikowski
Reklama BMM

17 tysięcy kilometrów w trzy kierownice

To był najbardziej spektakularny dojazd na Rajd Koguta w jego dziesięcioletniej historii
17 tysięcy kilometrów w trzy kierownice
To był najbardziej spektakularny dojazd na Rajd Koguta w jego dziesięcioletniej historii. Z Tajlandii do Oławy. Z prawej Tomasz Jurczak
Podziel się
Oceń

Z Tomaszem Jurczakiem i Henrykiem Gulką - uczestnikami wyprawy "Z ziemi tajskiej do Polski" - rozmawia Jerzy Kamiński

 

 

- Mówiłeś mi parę miesięcy temu, że to będzie wyprawa życia. Była?

TOMEK: - Zdecydowanie tak. 

- Bo?

- Bo zobaczyliśmy pół świata, a to było 13 bardzo ciekawych krajów, spotkaliśmy wielu interesujących ludzi. Każdy kraj po drodze to inna kultura i to nam się bardzo, bardzo spodobało. Troszeczkę dziwiło mnie, że w Azji bardzo dużo ludzie nie wiedziało, gdzie leży Polska, więc mieliśmy niebywałą satysfakcję z tego, że pokazywaliśmy im na naszych mapach, gdzie ona leży i gdzie jest Oława. 

- Co było, z perspektywy dzisiejszej, najtrudniejsze w tej wyprawie?

- Najtrudniejsze było dbanie o stan techniczny samochodów, którymi jechaliśmy. Nie wierzyliśmy na początku, że one w ogóle dojadą, bo generalnie te auta mają już po 50 lat i nie są w super kondycji. 

- A ilu mechaników było w szóstce uczestników? 

- Ani jednego. Przynajmniej żadnego praktykującego.

HENIEK: - Jeśli chodzi o zaplecze techniczne, to najwięcej wykazywał się Tomek, który za młodu bardzo dużo Fiatów i Polonezów naprawiał, więc naprawdę zna się na tym. On był kimś z rodzaju głównego mechanika. Taka złota rączka.

- Ile razy musieliście podczas podróży korzystać z lokalnych warsztatów samochodowych?

                                     Im wyżej i dalej, tym częściej maski aut trzeba było otwierać

TOMEK: - Przeliczając na trzy samochody, było tego kilkanaście razy. Każdy samochód parę razy wymagał naprawy, pomocy podnośników i mechaników. 

- Była jakaś poważna awaria, która w praktyce mogłaby zatrzymać wyprawę?

- Żadna awaria nie była na tyle poważna, aby nas powstrzymać, najdłużej zatrzymała na dwa dni. Mielimy trzy samochody nie przez przypadek. Był pomysł, że w przypadku jakiejś większej awarii, czyli gdyby się wóz rozkraczył, silnik zatarł czy coś takiego, wtedy zawsze była możliwość powrotu do kraju dwoma pozostałymi autami. 

- Które z aut psuło się najbardziej?

- Polonez chyba najmniej, a najbardziej nasz Fiat 125, ten z miotłami na dachu. 

- Jakie przygody w drodze zaskoczyły cię najbardziej?

- Oprócz tego, że jechaliśmy samochodami, chcieliśmy też troszeczkę pozwiedzać, coś zobaczyć, posmakować tamtejszej kuchni. Jeżeli chodzi o jedzenie, to nie było żadnych problemów, a nie jedliśmy w jakichś ekskluzywnych restauracjach, tylko w tych przydrożnych, gdzie jadają inni kierowcy. Baliśmy się trochę Rosji, bo wiadomo - jest konflikt zbrojny, oni nie lubią Polaków, zwłaszcza teraz. Wiedzą, że Polska jest po stronie Ukrainy, więc mieliśmy z tym problemy, nie tylko teoretyczne. Przejeżdżając Rosję masz po drodze kilkadziesiąt punktów kontrolnych, co 20-30 km jest budka z policjantami, którzy wypytywali, gdzie jedziemy, po co, a czy wiemy, że jest wojna, dlaczego Polacy pomagają Ukrainie itp. Musieliśmy się tłumaczyć, że nie uczestniczymy w wojnie, więc nas puszczali, ale na granicy były przesłuchania, a nasze telefony były sprawdzane, przeglądali wszystkie zdjęcia. 

Chiny. Wjechali na wysokość 3700 m n.p.m - do Polski zostało jeszcze ok. 14 000 km. Samochody poza drobnymi naprawami sprawują się dobrze, choć jeden Fiat ma problem z wysokością, bo co jakiś czas gaśnie

 

- Czy były jakieś nadzwyczajne, niespodziewane wydatki po drodze? Łapówki...

- Mieliśmy ustalony budżet, zmieściliśmy się w nim, ponieważ kraje azjatyckie nie są drogie. Spaliśmy na przykład w miejscach, gdzie płaciliśmy po 30 zł za osobę, paliwo było po 1,8 zł, a obiady kosztowały nas w przeliczeniu na nasze jakieś 5 zł. Budżet nam wystarczył, a jakieś łapówki... Musieliśmy zapłacić 50 euro, bo byśmy nie przejechali. Niespodziewane wydatki to w Turcji na przykład musieliśmy zapłacić za tranzyt, jechał z nami policjant od jednej  granicy do drugiej aż 1900 km i za niego musieliśmy zapłacić 500 euro, do tego 58 euro za jego ubezpieczenie plus noclegi i  wyżywienie. Taki największy dodatkowy wydatek to wtedy, gdy musieliśmy zapłacić po 2500 euro za każdy samochód wjeżdżający o Chin i za to, żeby miał rządowego przewodnika, bo inaczej się nie dało. Generalnie do Chin autem, które nie jest tam zarejestrowane, nie możesz wjechać. Musieliśmy być pod kontrolą rządowej agencji turystycznej, która decydowała, ile którego dnia możemy zrobić kilometrów, którą trasą jechać, i w którym hotelu spać. Przez tę agencję musieliśmy też wyrobić miejscowe prawa jazdy i tymczasowo zarejestrować tam samochody. 

- Sześciu facetów przez dwa miesiące razem. Po ilu tygodniach mieliście siebie dosyć?

- Nie mieliśmy. Owszem, wszyscy nie znaliśmy się wcześniej i poznawaliśmy się dopiero w trasie. Z dobrym skutkiem. 

- Podobno to były najbardziej spokojne tygodnie twojego życia. Nikt nie dzwonił nie zawracał głowy firmą, fakturami, muzeum...

- Tak. W swoim Fiacie w ogóle się nie męczyłem. Plecy nie bolały, czułem się wyśmienicie, dobrze się wysypiałem. Rano byłem pełen energii, głowa na wyprawie odpoczęła i polecam każdemu wyrwać się na jakiś czas, by zrobić coś dla siebie, zmienić otoczenie, wyłączyć się z codzienności. Na mnie to super zadziałało i to chyba jakiś znak.

- Będzie następna wyprawa?

 

- Na pewno. My tak naprawdę przejechaliśmy z Tajlandii dopiero pół świata, jedną półkulę. I teraz została nam druga. Paweł już szuka kolejnego polskiego Fiata w Tajlandii i tym razem chcielibyśmy pojechać w przeciwną stronę - Wietnam, Japonia, USA, Kanada, Europa. Pewnie to nie jest pomysł na ten rok, ale już kiełkuje. Z Heńkiem relacjonowaliśmy wyprawę na bieżąco, mamy odczucia, że wielu osobom się to spodobało, bo przecież nie każdy miał okazje jechać np. przez cały Kazachstan. A przypominam, że przejechaliśmy od wschodu do zachodu też całe Chiny - to jest 6000 km! Były wysokie góry, były pustynie, naprawdę wiele zobaczyliśmy i to wszystko staraliśmy się na żywo pokazywać w naszych relacjach i widzieliśmy, że bardzo wielu ludzi to ogląda, domagali się więcej. Czuli się, jakby jechali z nami, co nas motywowało do myślenia o kolejnej wyprawie.

- Wspomniałeś o górach. Internauci mocno komentowali to, że wybraliście się w wysokie góry, gdzie może być śnieg, samochodami bez ogrzewanie, bo przecież tajska wersja Fiatów nie potrzebowała tego. Naprawdę nie spodziewaliście się, że może być aż tak zimno?

HENIEK: - Z informacji, jakie mieliśmy, wychodziło, że to będzie maksymalnie 3 tys. metrów, a okazało się, że wyjechaliśmy na 4,6 tys. I tam akurat było stosunkowo ciepło, w krótkich rękawkach chodziliśmy. Zła pogoda zaczęła się dalej, gdy przez dwa dni jechaliśmy na wysokości 3 tys. metrów. Nagle w ciągu 40 minut temperatura z plus 14 spadła do minus 14. A my w krótkich spodenkach, auta bez ogrzewania. Akurat nasze auto było najbardziej hardcorowe, bo nie miało ogrzewania, nie miało klimatyzacji, jak dwa pozostałe, na dodatek nie miało pasów, bo fabrycznie nikt ich wtedy nie zakładał - co ciekawe przy tych 150 kontrolach w Chinach żaden policjant nawet nie zapytał o pasy. No i dodatkowo nie mieliśmy przez całe Chiny hamulców na tylnych kolach, a przypomnę, że przez Chiny jechaliśmy aż dwa tygodnie.  

    Chiny na wysokości 3400 m n.p.m - 6 dzień przebijają się przez góry. Do granicy Chin z Kazachstanem zostało tylko 3000 km

 

- No to gdy zaczął się ten mróz, to co?

- Szyba zamarzła nam od zewnątrz i od wewnątrz, a wycieraczki chodziły na słowo honoru. Znaleźliśmy w aucie klocek drewniany, Marcin wystawił rękę na zewnątrz i tym klockiem zamarzający lód zdzierał na bieżąco. Mieliśmy takie malutkie grzałki samochodowe, które się włącza do zapalniczki i nimi grzaliśmy małe kółeczko na szybie od wewnątrz, żeby w ogóle coś było widać. Wtedy jeszcze nie było śniegu i jakoś dojechaliśmy do hotelu, ale rano, gdy wstaliśmy, okazało się, że... za oknami mamy 20 cm śniegu! Niemal dwa dni w tym śniegu zjeżdżaliśmy z gór, a przypomnę, że na letnich oponach, bo zimowych w Tajlandii nie kupisz. No i bez w pełni sprawnych hamulców. Było przeżycie. 

- Mieliście jakieś zimowe ubrania?

- Skąd?  Zatrzymaliśmy się w jakimś magazynie i do każdego auta kupiliśmy potężny koc z jaka tybetańskiego. Gruby, ciężki i ciepły. Nakrywaliśmy sobie nim kolana, żeby jakiekolwiek ciepło utrzymać. I tak staraliśmy się powoli zjeżdżać. To było najbardziej ekstremalne przeżycie podczas wprawy. Jeden z tych koców jest teraz na aukcji Rajdu Koguta. 

- Które państwo było dla ciebie najciekawsze?

- Chiny. Ludzie tam podchodzili do nas często, bo w tych rejonach, przez które przejeżdżaliśmy, nie ma wielu turystów. Tam w ogóle co roku wpuszczają do 200 aut na innych rejestracjach, więc mieliśmy przyjemność być wśród tej "elitarnej" grupy wpuszczonych. Rzadko kiedy ludzie tam widzą auta z inną rejestracją, więc byliśmy lokalną atrakcją - gdziekolwiek stawaliśmy, zawsze nas otaczali Chińczycy, którzy chcieli się dowiedzieć, co tu robimy. Bogu dzięki, że mieliśmy mapy, więc udawało nam się jakoś wytłumaczy, skąd i gdzie jedziemy, a oni robili wielkie oczy. Częstowali nas papierosami, bo - jak się okazało - to jest dla nich wyraz szacunku i gościnności. Dawali też wodę, kanapki... W Chinach bardzo rzadko ludzie mają zarost, a ja akurat mam, więc podbudowywałem się trochę na takich ostojach jako "mędrzec z Zachodu". Podrzucali mi nawet na ręce dzieci i ukradkiem robili zdjęcia. To było fajne przeżycie. 

- Jak się z nimi dogadywaliście?

- To akurat ciekawe, bo naprawdę w żadnym hotelu nie spotkaliśmy ani jednego Chińczyka, który mówiłby po angielsku. Czy to gość hotelu czy obsługa. Tylko po chińsku. Bez translatora elektronicznego, który mieliśmy ze sobą, byłyby kłopoty. Oczywiście on czasem bardzo dziwnie tłumaczy, więc różnie to wychodziło. Do tego mentalność tamtejszych ludzi jest zupełnie inna od naszej, czasem ciężko było Chińczykom wytłumaczyć, o co nam chodzi. Wchodząc do restauracji, a było na trzech, pokazywaliśmy na palcach trzy i wskazywaliśmy palcem, o jakie danie nam chodzi na zdjęciu w menu, po czym pani przynosiła nam... jedno danie dla całej trójki. 

                                 Wjeżdżają do Chin - na granicy mieli dużo formalności i dopiero po 6 godzinach ruszyli

 

- Kto był szefem wyprawy? Paweł z Tajlandii, który ją uruchomił, czy Tomek, który ją doprowadził do skutku? Bo przy sześciu facetach ktoś jednak musiał ustalać, kiedy wyjeżdżacie, gdzie są postoje itp.

- Jak ci powiem tak - na komunikatorze mieliśmy utworzoną grupę i wszyscy starali się robić tak, jak napisał Paweł. Tu mu nie wchodziliśmy w kompetencje organizacyjne. On ustalał trasę, a z jego spokojem i rozsądkiem dobrze mu to wychodziło. Imponował nam zgraniem, bo wiele rzeczy robił jednocześnie - był pilotem, ustalał szczegóły, kręcił filmiki, kierował autem - wszystko na raz. Jeszcze naprawiał swoje auto, bo znał je najlepiej.

 - Trasę mieliście zaplanowaną, a ile razu musieliście w czasie wyprawy z niej zbaczać, bo droga była zamknięta, w złym stanie, albo w ogóle jej nie było...

- Był główny zarys trasy i tego staraliśmy się trzyma. I mniej więcej tak jechaliśmy. Trudności nawigacyjne z powodu braku dostępu do internetu były spore, kilka razy pobłądziliśmy, więc w sumie musieliśmy nadrobić jakieś 50-100 km, co w porównaniu do 17 tysięcy kilometrów nie wydaje się jakąś znaczącą wartością. Cały czas mieliśmy ze sobą kontakt i staraliśmy się wiedzieć, gdzie kto jest.

- A kłóciliście się? Bo to jednak parę tygodni...

- Małe sprzeczki były, ale wszystko jakoś pozytywnie rozwiązywaliśmy, to nie był problem.

- To inaczej. Kogo z tej piątki następnym razem byś nie zabrał?

- Wszystkich bym zabrał. 

 

- A jaka jest twoja najciekawsza przygoda, o której zawsze opowiadasz na początku wspominania wyprawy?

- Tych przygód było naprawdę mnóstwo, ale zabawnie było w pewnej chińskiej restauracji hotelowej. Radkowi bardzo się zachciało herbaty na śniadanie. Poszedł do pani z prośbą, aby zrobiła nam herbatę. Pamiętając, jakie mieliśmy wcześniej trudności z tłumaczeniem, mówię mu, że nie da rady jej tego wytłumaczyć. Idź lepiej do pokoju po torebkę - mówię - ona ci tylko da wrzątek, który zalejesz, i gotowe. Ale nie, idzie i zapewnia, że ona mu na pewno zrobi herbatę, bo to przecież oczywiste i nic trudnego. Poszedł, piętnaście minut tłumaczył, że chce dwie herbaty, że czekamy, że zapłaci. Uradowany wraca, siada z nami o mówi, że kurcze, chyba się udało babce wytłumaczyć i będzie herbata. Po chwili ona przychodzi do niego i... rozmieniła mu te pieniądze, które jej dał. Bardzo ciężko szło nam dogadywanie się. 

Fotka z Bajkonuru, gdzie zaczynała się kosmiczna droga wielu ludzi - w tym polskiego kosmonauty Mirosława Hermaszewskiego

 

 

- Nie brakowało wam kawy, bo w Azji przecież kraje raczej herbaciane?

- Oj, brakowało, ale też mamy taką teorię, dlaczego Chińczycy nie piją kawy. Wiesz dlaczego? Bo gdyby wszyscy Chińczycy ją pili, to by kawy na świecie nie wystarczyło. 

- A jak sobie radziliście bez niej?

- W Tajlandii wszystko było, także dobra kawa, bo tam są turyści, ale w Chinach faktycznie był problem. Oni jednak mieli do kupienia coś takiego, jak kawa parzona na zimno w butelkach. Kupowaliśmy i piliśmy ją. Nie było innej możliwości. 

- Najtrudniejsze momenty wyprawy dla ciebie?

- Chyba przejścia graniczne, bo to długo trwało, raz nawet 10 godzin. Była niepewność, czy uda się przejechać. Wjeżdżamy na przykład na granicę gruzińsko-turecką i słyszymy, że nas nie przepuszczą. Nauczeni doświadczeniem z PRL poczekaliśmy i druga zmiana nas przepuściła. Okazało się, że jednak możemy. 

- Po drodze spotykaliście wielu ludzi. Jakie było najciekawsze spotkanie?

- Na pewno w Turcji z piechurem Danielem Korzeniewskim, który pieszo idzie dookoła świata. Dwa dni wcześniej ktoś w komentarzach napisał nam, że jesteśmy blisko niego, więc może byśmy się spotkali. Udało się, pogadaliśmy, poopowiadał nam swoje historie. Gaduła straszny, więc nie wiem, jak on sobie radzi samotnie idąc przez świat.  

- Coś wam to spotkanie dało?

- Wiatr w żagle, bo to, co on robi, to jest dopiero wyczyn. To, że my wsiedliśmy do starych aut i przejechaliśmy ileś tam kilometrów, to żaden wyczyn w porównaniu z  tym, co on robi. Za sobą ma już Afrykę, teraz z Istambułu idzie do Singapuru - to ma być najdłuższa piesza trasa na świecie, a przed nim jeszcze dwa lata wędrówki. 

- Co było największym zaskoczeniem dla ciebie?

- Chiny. Widoki w górach były piękne, mistrzostwo świata. Przejeżdżaliśmy cały Tybet - uroda tego zakątka świata była porażająca. Tam też było najwięcej kontroli. Potem jak już wjechaliśmy na pustynię Gobi, było tego zdecydowanie mniej... 

- W najgorętszym dniu na tej pustyni to ile było stopni?

- Czterdzieści. 

- Czyli od minus 14 do plus 40 - niezły rozstrzał. A wszystko pewnie w jednej koszulce?

- No nie, praliśmy sobie cały czas, bo oczywiście nie mogliśmy wziąć tyle odzieży na zmianę. W Tajlandii nie było z tym problemu, bo tam wszędzie przy ulicach stały pralnie samoobsługowe. Podobnie w Chinach, choć rzadziej. W Kazachstanie sami musieliśmy sobie prać... Jakoś trzeba było sobie radzić. Ubrań wzięliśmy mało, bo chcieliśmy wziąć ze sobą jak najwięcej części do aut.

- A dużo ich wzięliście?

- W styczniu pierwszy raz pojechaliśmy do Tajlandii, aby zobaczyć auta przed wyprawą, i już wtedy przywieźliśmy ze sobą pierwszy rzut - każdy z nas wziął do samolotu 5 kg części, drugim razem wzięliśmy po 7 kg do bagażu. Jak się potem okazało, dobrze trafiliśmy, bo na trasie potrzebowaliśmy potem dokładnie tych części, które zabraliśmy ze sobą, np zepsuła się pompa wody - mieliśmy,  zepsuł się silnik wycieraczek - mieliśmy. Za to z klockami hamulcowymi mieliśmy problem - w Kazachstanie dobierali nam je niemal przez pół dnia - okazało się jednak, że do dużego Fiata pasują te od Mazdy 323. Dobrze wiedzieć.  

- Z wyprawy cały czas wysyłaliście do sieci filmiki, relacjonowaliście wszystko, ale sami. Czy teraz, z perspektywy czasu, nie żałujecie, że nie jechała z wami jakaś ekipa filmowa, żeby powstał z tego dobry profesjonalny reportaż? 

TOMEK: - My chcieliśmy to zrobić przede wszystkim dla siebie. Nie planowaliśmy dużo nagrywać, Heniek wziął  jedną kamerkę i to wszystko. I tak nie pokazaliśmy w sieci wszystkiego, co mamy. Nie było wcześniej takiego pomysłu, aby brać ekipę filmową i dobrze. Nie żałuję. Może przy kolejnej wyprawie lepiej się do tego przygotujemy, może więcej będziemy nagrywać, bo faktycznie to zainteresowanie ludzi, którzy chcieli zobaczyć, jak wygląda tamtejszy świat, było bardzo duże. Z moich znajomych nie znam na przykład ani jednej osoby, która po wybuchu wojny z Ukrainą pojechałaby do Rosji, więc dobrze, że pokazaliśmy to, jak ona teraz wygląda, jakie tam mieliśmy przygody.

 

HENIEK: - Były takie sytuacje, że kamerka nie zadziałała i potem trochę żałowaliśmy. Opowiadaliśmy wtedy historię własnymi słowami i jechaliśmy dalej. Najbardziej żałuję takiej akcji z Astrachania. Tam nasz Marcin miał urodziny i chcieliśmy mu kupić wino. Okazało się, że akurat jedna z ekspedientek też obchodziła tego dnia urodziny. Wspólnie śpiewaliśmy "Sto lat"  - oni po rosyjsku, my po polsku. Wydawało się, że wszystko nagrywamy, ale... przycisk nie zadziałał i nie udało się tych scen zachować. Potem Tomek na filmie o wszystkim poopowiadał, ale już pokazać nie było co. 

Rosja. Przejazd przez rzekę Wołga - krótka chwila, wielkie wrażenie...

 

- Ale to chyba jednak Chiny dostarczyły Wam największych wrażeń?

TOMEK: - Miałem w Chinach na przykład takie spotkanie - rano wychodzę z hotelu, a tam na trawie starsze panie ćwiczą sobie tai-chi, rozciągają się. Zawołały mnie, abym dołączył. Zrobiłem to i... zapamiętam na długo. To, jak bardzo ci ludzie tam są serdeczni, otwarci. Bo jednak u nas w złym kierunku to wszystko idzie. Tu ludzie są bardziej dla siebie zawistni i nie zawsze serdeczni. A tam się czuliśmy tak, jak to kiedyś było w Polsce - może dlatego, że tam ludziom czasem do szczęścia wystarczy szczelny namiot, dwie kozy, krowa i człowiek jest szczęśliwy, radzi sobie w życiu i jeszcze nam pomaga, pokaże drogę, poczęstuje gotowanymi ziemniakami. 

- To w Rosji po raz pierwszy poszły w ruch łapówki? 

HENIEK: - Nie, nie... Pierwsze łapówki poszły w ruch dopiero i niestety w Europie. 

TOMEK: -  W Rosji każdy policjant pytał, czy mamy dla niego jakieś podarki, ale łapówek nie wymuszali. Dawaliśmy im jakieś naklejki, tajskie monety, cokolwiek. Dopiero w Serbii nas zatrzymali za to, że nie mamy zielonej karty, bo faktycznie nie mieliśmy. Groził nam mandat  200 euro. Powiedziałem, że ok, ale spytałem, gdzie go mam zapłacić. No, to musisz pojechać do komisariatu - mówią - tam zapłacisz, ale... lepiej nie jedź, daj nam, a my przekażemy. Dałem, przepuścili, ale to na pewno była forma łapówki, bo gdy spytałam, ile mam ostatecznie dać, wystarczyło 50. Potem dorzuciłem im jeszcze raz 50. 

Ale były też w Serbii sympatyczne spotkania. Tankujemy na rosyjskiej stacji, bo tam takie są, czyli LUKOIL. Okazało się, że nie możemy zapłacić kartą, bo oni są objęci sankcjami, a  już zaczęliśmy tankować. Mieliśmy jakieś dolary i euro, ale nie było waluty serbskiej. Nie można inną płacić - usłyszeliśmy - musicie zostawić auto i pojechać wymienić na naszą walutę. Okazało się, że jakiś pan, który stał za nami w kolejce, wszystko słyszał i powiedział: Chłopaki, to ja za was zapłacę. I zapłacił. Chcieliśmy mu oddać w euro, ale nie chciał wziąć. Tłumaczyłem mu, że mamy pieniądze i ostatecznie przyjął. Widział, że jedziemy z Tajlandii i jak wiele osób po drodze chciał nam pomóc. Sympatyczne. 

Za to w Gruzji okazało się, że jest do Henia telefon - dzwoni jakiś pan i mówi, że jest Gruzinem, studiował w Poznaniu i ma żonę Polkę. 

HENIEK: - Kolega Bola z Brzegu koło Oławy. 

TOMEK: - Czyli kolega takiego naszego znajomego. No i ten Gruzin pyta, gdzie jesteśmy i gdzie śpimy. W Tbilisi i Batumi - odpowiadamy. To proszę mi wysłać wasze nazwiska - mówi - będą na was czekały hotele, absolutnie nic więcej nie macie rezerwować i płacić. Ale my sobie poradzimy - mówię mu. Nie, absolutnie - mówi. Był nawet trochę natrętny, a my nie wiedzieliśmy, co to za facet. W końcu esemes do Henia przychodzi, że hotel ten i ten, wszystko zapłacone. I faktycznie, przyjeżdżamy, a tam wszystko na nas czeka. Zadzwoniliśmy potem podziękować temu Gruzinowi, nawet nagraliśmy filmik z podziękowaniami z tego hotelu. Ale skąd on się wziął, jak i dlaczego - do dziś nie mamy pojęcia. 

- Wieźliście na dachu różne ciekawe rzeczy, których po drodze musieliście się pozbywać. Były na przykład banany. Były i...

- I żal. To była solidna kiść z Tajlandii, 9 kg - były jeszcze zielone i dojrzewały podczas jazdy. Gdybyśmy dojechali z nimi do Oławy, to na mecie moglibyśmy je rozdać, a było ich sporo - ze 100 sztuk. Nie udało się, bo do Europy nie wolno wwozić żywności z Azji, a druga rzecz, że w Chinach, w tym mrozie banany zrobiły się czarne i nie przeżyły. 

- A miotły?

- Mieliśmy plan, aby do Polski przywieźć jakieś gadżety z wyprawy. A miotła w Tajlandii jest bardzo charakterystyczna, szeroka. Na jakimś bazarze przydrożnym kupiliśmy i zapakowaliśmy na dach. Potem okazało się, że w każdym kraju przy drodze można było kupić jakąś charakterystyczną miotłę, więc kupowaliśmy. Przywieźliśmy ich do Polski 6-7 i przekazaliśmy na licytację. Mamy też kanister z paliwem z Kazachstanu po... 1.8 zł za litr! Też idzie na licytację. W chwili, gdy rozmawiamy, tablica chińska, którą musieliśmy przypiąć do swojego Fiata, w licytacji osiągnęła już 4 tys. zł, a licytacja trwa. Zebrane pieniądze wspomogą dzieciaki w potrzebie.

- Trzy auta biorące udział w wyprawie stanęły na starcie Rajdu Koguta, zapewne dojadą do Zamościa, bo to jednak bliżej niż do Tajlandii. A co potem z nimi?

HENIEK: - Staną w naszym muzeum jako polskie samochody, które na własnych kołach pokonały trasę z Tajlandii do Polski na Rajd Koguta. One jeszcze przez pół roku mają ubezpieczenie i tajski przegląd, więc spokojnie jedziemy w rajdzie, potem trzeba będzie je przerejestrować. Już w muzeum, gdy staną, będzie postument z mapą i z każdego miejsca po drodze będzie do zobaczenia filmik po naciśnięciu guziczka.

Heniek Gulka na mecie wyprawy pod Muzeum Motoryzacji Wena w Oławie - z medalem i pamiątkowym pucharem, które otrzymywali wszyscy uczestnicy wyprawy

 

TOMEK: - Myślę, że tą naszą wyprawą zainspirowaliśmy wielu, wielu ludzi. Nasz kolega, który od kilku lat auta nie odpalał, nagle odpalił i też planuje jakiś wyjazd. Wiele osób zaczyna wybierać się w podróż. Udało nam się niedawno kupić na Sycylii maluszka, więc też już nie chcemy lawetą go wieźć do Polski, tylko na kołach zrobimy trasę - tak nam się to spodobało. I nie chcemy jechać autostradami, tylko zwykłymi drogami, żeby zwiedzić całe Włochy, spotkać ludzi. 

Mamy wiele pomysłów, w Egipcie  na przykład były produkowane Polonezy, 17 tysięcy sztuk, już ich szukamy. Niedawno udało nam się kupić na Kubie maluszka i trwa załatwianie dokumentacji, aby można było go z Kuby wywieźć, a to nie takie proste. 

- Widzę, że wyprawa dała wam potężny impuls do działania. 

HENIEK: - Nauczyła nas ta wyprawa jeszcze jednego - gdy nawigacja Google nie pokazuje trasy, to wcale nie znaczy, że jej nie ma. Sprawdźcie. W naszym przypadku, czyli z Phuket do Oławy, nie było możliwości przejechania tej trasy na kołach w żadnej z dostępnych nawigacji, a myśmy to zrobili. Czyli można. I o to chodzi. 

Więcej o autorze / autorach:

Napisz komentarz

Komentarze

ZASTRZEŻENIE PODMIOTU UPRAWNIONEGO DOTYCZĄCE EKSPLORACJI TEKSTU I DANYCH

Dokonywanie zwielokrotnień w celu eksploracji tekstu i danych, w tym systematyczne pobieranie treści, danych lub informacji ze strony internetowej tuolawa.pl i publikacji przy użyciu oprogramowania lub innego zautomatyzowanego systemu („screen scraping”/„web scraping”) lub w inny sposób, w szczególności do szkolenia systemów uczenia maszynowego lub sztucznej inteligencji (AI), bez wyraźnej zgody wydawcy - RYZA Sp. z o.o. jest niedozwolone. 

Zastrzeżenie to nie ma zastosowania do sytuacji, w których treści, dane lub informacje są wykorzystywane w celu ułatwienia ich wyszukiwania przez wyszukiwarki internetowe. Szczegółowe informacje na temat zastrzeżenia dostępne są TUTAJ

KOMENTARZE
Autor komentarza: wyborca Treść komentarza: Upokorzyć, potem fałszywie przepraszać i na koniec poczuć się silniejszym od szczerej i odważnej kobiety! Co za "moralność" i hipokryzja PiS-radnych! Pani Ela kierowała się odwagą i uczciwością, a PiS-radni wyłącznie korzyścią partyjną! Urbańczyk i Regiec - WSTYD! Data dodania komentarza: 6.06.2026, 11:01 Źródło komentarza: Urbańczyk obraża - Urbańczyk przeprasza Autor komentarza: symetrysta Treść komentarza: Wstyd po prostu wstyd... a widzę, że niektórzy radni już "smalą cholewy" do BBS - najwyraźniej panu Soroczyńskiemu marzy się bycie drugim Frischmannem... echh.... Data dodania komentarza: 6.06.2026, 08:25 Źródło komentarza: Absolutorium dla burmistrza Oławy i podzielona Rada Miejska Autor komentarza: symetrysta Treść komentarza: PiS wystawił sobie ocenę, takim a nie innym zachowaniem radnego. A klaskanie uszami pana Regieca czy Prusa - jest poniżej jakiekolwiek krytyki. Niekiedy warto milczeć - co zresztą w tej kadencji radnym PiS i BBS wychodzi bardzo dobrze... i może niech tak zostanie. Niech podnoszą rączkę jak im burmistrz nakazuje - bo to tego tylko się nadają. Data dodania komentarza: 6.06.2026, 08:22 Źródło komentarza: Urbańczyk obraża - Urbańczyk przeprasza Autor komentarza: teofil Treść komentarza: Do kogo są pretensje ? Przecież mieszkańcy sami sobie wybrali takich radnych co klepią wszystko co Friske im podłoży do podpisania. Przy kolejnych kartach wyborczych więcej refleksji a nie bezmyślnego stawiania krzyżyków. Data dodania komentarza: 6.06.2026, 08:12 Źródło komentarza: "Może jestem durna, ale takich w krótkim czasie znaleźliśmy ponad 2 tysiące!" Autor komentarza: baca Treść komentarza: Radni powinni patrzeć na ręce władzy a tymczasem część z nich jest poplecznikami burmistrza którego kadencja jest pasmem stagnacji dla miasta , nietrafionych inwestycji , nieudolności i braku pomysłu na rozwój miasta . Minimalista. Jedynie co mu się udaje to pijar o który dba. Słodkie focie do mediów , podłączanie się medialne do cudzych sukcesów. Odnosze wrażenie że zależy mu tylko na kupowaniu sobie przychylności mediów . Data dodania komentarza: 6.06.2026, 08:02 Źródło komentarza: Absolutorium dla burmistrza Oławy i podzielona Rada Miejska Autor komentarza: Donek Treść komentarza: Taką Radę trzeba odwołać Data dodania komentarza: 6.06.2026, 07:30 Źródło komentarza: Absolutorium dla burmistrza Oławy i podzielona Rada Miejska
Reklama
NAPISZ DO NAS!

Jeśli masz interesujący temat, który możemy poruszyć lub byłeś(aś) świadkiem ważnego zdarzenia - napisz do nas. Podaj w treści swój adres e-mail lub numer telefonu. Jeżeli formularz Ci nie wystarcza - skontaktuj się z nami.

Reklama
Reklama